Reklama

Reklama

Malezyjski samolot zestrzelony na Ukrainie

Rosjanie chcą "zestrzelić" kolejny samolot pasażerski

Coraz więcej dowodów wskazuje na zacieranie przez władze na Kremlu śladów ich udziału w zestrzeleniu samolotu malezyjskich linii lotniczych MH17 nad Ukrainą. Rosjanie przyznali jednak ostatnio, że przyczyną katastrofy była rakieta wystrzelona z ziemi, a nie - jak wcześniej twierdzili – z ukraińskiego myśliwca. By udowodnić skąd wystartował pocisk, proponują przeprowadzić eksperyment z zestrzeleniem kolejnego, prawdziwego samolotu pasażerskiego (prawdopodobnie kierowanego przez autopilota).

Niezależni eksperci wyraźnie wskazują na odmienny od zachodniego sposób prowadzenia w Rosji dochodzenia w sprawie przyczyn katastrofy samolotu malezyjskich linii lotniczych. Standardowe postępowanie polega bowiem najpierw na szybkim zebraniu wszelkich możliwych dowodów, a później na ich analizowaniu i ogłoszeniu wyników.

Reklama

W przypadku Rosjan wszystko zostało jednak odwrócone. Najpierw rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu ogłosił, że za zestrzeleniem MH17 w lipcu 2014 r. stoi ukraiński samolot wojskowy - przy okazji zmieniając jego dane w Internecie - a później rosyjscy specjaliści z firmy Almaz-Antej rozpoczęli dochodzenie mające wskazać przyczynę wypadku. I - co najważniejsze - później milczeli, mimo że ich dochodzenie wskazywało na coś zupełnie innego, niż 11 miesięcy wcześniej deklarował minister Szojgu, a co później dokumentowali rosyjscy dziennikarze, przedstawiając, przykładowo, "super tajne" zdjęcia satelitarne.

Co zestrzeliło samolot malezyjskich lotniczych?

Trwające na Zachodzie dochodzenie, podczas którego badane są szczątki przywiezione z Ukrainy, zmusiło ostatecznie Rosjan do ujawnienia pewnych szczegółów, których dalsze ukrywanie i tak nie byłoby dalej możliwe. Początek dała firma Almaz-Antej, znany na całym świecie producent systemów przeciwlotniczych, w tym od początku "podejrzanego" rakietowego zestawu "ziemia-powietrze" Buk.

Pracujący tam specjaliści zwołali konferencję, na której poinformowali o wynikach swojego dochodzenia. Według nich samolot MH17 zestrzelono rakietą przeciwlotniczą typu 9M38M lub 9M38M1, przenoszącą głowicę bojową typu 9M314 lub 9M314M1, wystrzeloną z zestawu przeciwlotniczego Buk-M1. Dodali ponadto, że ślady po odłamkach w niczym nie przypominają efektów, jakie powstałyby po trafieniu rakietą "powietrze-powietrze". "Najbardziej charakterystyczne uszkodzenia sugerują, że katastrofa została spowodowana przez uderzenie rakiety ziemia-powietrze".

Informacja była o tyle szokująca, że do podobnych wniosków można było dojść w chwilę po katastrofie, podczas robienia wykorzystywanych potem materiałów fotograficznych. Tymczasem specjaliści z Almaz-Antej milczeli nawet wtedy, gdy rosyjska machina propagandowa wyciągała kolejne dowody na rzekomy udział w zestrzeleniu niezidentyfikowanego samolotu sił powietrznych Ukrainy.

Specjaliści z zewnątrz wskazują na małą wartość informacji przekazanej od producenta rakiet. Są one bowiem tylko oficjalnym potwierdzeniem tego, do czego już kilka tygodni wcześniej doszli niezależni eksperci, i co opublikowano, między innymi, w czasopiśmie "Nowaja Gazieta".

Rosyjskie milczenie i propaganda

Działania specjalistów z Almaz-Antej nie były jednak całkowicie bezinteresowne. W pierwszej kolejności chcieli oni udowodnić, że sankcje nałożone na ich firmę przez Unię Europejską są zupełnie bezzasadne, ponieważ producent zestawów Buk-M1 zaprzestał produkcji tych rakiet na wiele lat przed włączeniem go w skład koncernu Almaz-Antej.

Celem otwarcia się na media była jednak - przede wszystkim - próba udowodnienia, że rakietę, która zestrzeliła MH17, wystrzelono z zestawu przeciwlotniczego należącego do sił zbrojnych Ukrainy i stacjonującego w miejscowości Zaroszenskoje w regionie donieckim. Specjaliści z Almaz-Antej chcą więc obalić tezy stawiane przez media, że winny całej tragedii system Buk-M1 był rozstawiony w Szeznoje koło Doniecka, a więc na obszarze zajętym przez separatystów.

Chcąc nadać wiarygodności swoim nowym tezom, dyrektor Almaz-Antej Jurij Nowikow zaproponował podczas konferencji prasowej przeprowadzenie eksperymentu, który udowodniłby, że MH17 został trafiony przez pocisk wystrzelił z okolic Zaroszenskoje. Badanie miałoby polegać na odpaleniu bojowej rakiety 9M38M1 w kierunku wycofanego z eksploatacji (prawdopodobnie kierowanego przez autopilota) samolotu pasażerskiego takiego samego typu, jaki zestrzelono nad Ukrainą. Pomysł jest o tyle nierealny, że eksperyment chciano przeprowadzić na terytorium Ukrainy, a - co gorsza - nad obszarami zamieszkałymi przez ludzi.

Działanie Rosji coraz bardziej przypominają tragikomedię. Już dzień po konferencji prasowej w Almaz-Antej rosyjski komitet dochodzeniowy poinformował, że ma świadka, ukraińskiego mechanika, który feralnego dnia widział ukraiński samolot bojowy, który wystartował do lotu uzbrojony, a powrócił na lotnisko bez rakiet.

Brak koordynacji pomiędzy różnymi instytucjami, prowadzącymi w Rosji dochodzenie w tej sprawie, może świadczyć o pewnej nerwowości władz na Kremlu. Wszyscy tam bowiem wiedzą, że raport opublikowany przez międzynarodową komisję może ostatecznie uciąć wszelkie spekulacje i wskazać jako winnego putinowskie władze, które dostarczyły separatystom broń, ofiarą której padło 300 bezbronnych osób.

Maksymilian Dura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne