Reklama

Reklama

Zwolska: Mama żartuje, że moje pomysły to "gwóźdź do trumny"

Jeszcze w kwietniu miałam mieszkanie, ale porzuciłam chwilowo to zobowiązanie na rzecz tułaczki. Jestem młoda - czuje, że mogę, nie muszę - mówi Ewa Zwolska, prowadzi popularne na Instagramie konto "Mewa w locie". W cyklu "Rozmowy z Bloomerami" opowiada o życiu podróżniczki.

Karolina Olejak, Interia: Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady. To twoje hasło?

Ewa Zwolska: - Jestem w Bieszczadach od marca. Natomiast wcześniej włóczyłam się po innych górach w Polsce.

Czyli motyw z memów przyjęłaś dosłownie?

- Około 3 lata temu w mojej głowie pojawił się pomysł pracy w schronisku górskim. Wtedy po raz pierwszy wpadłam na to, że można rzucić etat i zacząć żyć po swojemu, ale zawsze jakoś się nie składało. Coś stawało na drodze.

Co było barierą?

Reklama

- Kiedy pierwszy raz chciałam zacząć prace w schronisku, równolegle dostałam propozycję wyjazdu do Kazachstanu i później jakoś życie toczyło się innymi projektami, innymi wyjazdami. Co chwilę wpadałam na coś nowego, związanego z podróżami, co nie pozwalało mi osiąść na dłużej w jednym miejscu.

Aż w końcu się udało.

- Przypadkiem dowiedziałam się o pracy w Bieszczadach. Chciałam, chociaż na chwilkę tego liznąć. Potem pojawiły się kolejne plany wędrówki, właśnie w tej okolicy. Teraz moje życie kręci się wokół wysiłku i pięknych widoków.

To jak wygląda twój typowy dzień?

- Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Chwilowo nie miewam typowych dni. Przez kilka miesięcy pracowałam w bacówce, wtedy faktycznie były stałe elementy. Należały do nich przerwy i wyjścia na Małą Rawkę.

Właśnie zakończyłam wędrówkę szlakiem niebieskim, karpackim 445 km tzw. granicznym. Zatem była jakaś stała - marsz codziennie około 40 km. Noclegi były różne. Nigdy nie wiem, gdzie wyląduje, ani kogo spotkam. Chociaż na szlaku z piechurów spotkałam raptem kilku turystów.

Po przejściu szlaku wróciłam do bacówki, by z niej wylecieć do Szwajcarii. Potem? Zobaczę.

Brakuje ci czegoś z "miejskiego życia"?

- Oj pewnie! Czasem brakuje mi włoskiego jedzenia, wyjścia na drinka i przyjaciół, których mam w Warszawie. Natomiast wracam tam, gdy tylko mogę, a jak już bardzo tęsknie, to pakuje się w samochód i jadę gdzieś na coś dobrego lub kupuje bilety do Włoch.

Nie bałaś się tak wszystkiego rzucić?

- Nie wiem, czego miałabym się bać? Bałabym się o swoją przyszłość, mając teraz kredyt ze zmienną ratą. Tu życie toczy się powoli, spokojnie. Żyje w swoim rytmie i spełniam marzenia.

Co ci to daje?

- Wolność. Życie powinno być dla nas, nie dla norm społecznych. Nie dla "powinno się". Pieniądze są ważne do realizacji marzeń, ale nie są najważniejsze. Jeszcze w kwietniu miałam mieszkanie, ale porzuciłam chwilowo to zobowiązanie na rzecz tułaczki. Jestem młoda - czuje, że mogę, nie muszę. Nie mówię, że kiedyś jest za późno, ale może później nie będę miała odwagi, albo będę chciała żyć bardziej stabilnie?

Co na to twoja rodzina?

- Moja rodzina jest niezwykle wspierająca - ta najbliższa. Siostra tylko wysyła SMS z pytaniem, czy żyje i podaje info mamie. Moja mama czasem żartuje, że moje pomysły to dla niej "gwóźdź do trumny", bo jak każda matka martwi się o mnie, ale wiem, że mam w niej wsparcie.

Zawsze gdy wracam z wyprawy, słucha z zaciekawieniem. Gdyby tata żył, pewnie uwielbiały słuchać moich szalonych przygód. Co myśli dalsza rodzina? Nie wiem, nie pytam, bo nikt z nich nie przeżyje za mnie życia, wiec, dlaczego miałby prawo "suszyć mi głowę"?

Wyobrażam sobie, że może pojawić się myśl, że ludzie "ogarniają" sobie życie, a ty wypadłaś z tego trybu i nie będzie do czego wracać? Nie masz tak?

- W ogóle! To też tendencyjne. Czy to znaczy, że mają lepiej? Nie sądzę. Każdy wybiera to, co dla niego dobre. Cieszę się, że miałam odwagę zrezygnować ze stałej pensji, bo wiem, że to wygodne. Jednak moja praca była bardzo stresująca. Wielu znajomych chciałoby rzucić wszystko, ale albo się boją, albo wpakowali się w kredyty. Poza tym zawsze mogę wrócić. Praca jest. Przynajmniej raz w miesiącu dostaję pytanie, czy nie chce wpaść na rekrutację?

Da się tak żyć z rodziną?

- Nie mam dzieci, ale mam wielu znajomych, którzy mając dzieci, też rzucili wszystko. Pewnie wymaga to więcej ogarnięcia, może mniej spontaniczności, ale da się. Dzieci mogą mieć nauczanie pozaszkolne, teraz są ogromne możliwości. Mam znajomych, którzy pod namiotem z synkiem spali jak ten miał 7 miesięcy, teraz sam z nimi bryka po górach! Wielu remontuje busy pod campery i tak zwiedzają z dziećmi świat - to przykład, że się da, wystarczy chcieć.

Ja sama jeśli kiedyś założę rodzinę, mam nadzieję nie tracić zapału, pakować berbecia w nosidło i pokonywać kolejne szczyty, ale czy wówczas będę tego chciała? Nie wiem. Jedyną stałą jest zmienna. Zmienne mogą być też nasze potrzeby na różnych etapach życia.

Co dalej?

- Nie wiem. Zaplanowałam jeden trip po Polsce rowerem, na ten wyjazd oszczędzałam pieniądze, bo nawet nie mam jeszcze roweru. Chce pokazać się rodzinie, a co będzie potem, czas pokaże.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy