Reklama

Reklama

Zhakowali maturę 2022? "Przygotowaliśmy do egzaminu co trzeciego maturzystę"

- Gdy wybieramy kierunek studiów, czy podejmujemy inną, ważną decyzję bardzo często słuchamy rodziców. Problem w tym, że teraz to osoby, które wychowały się w całkowicie innym systemie. Dziś nieaktualne są nawet rady od 10 lat starszego rodzeństwa. W związku z tym brakuje kogoś, kto powie młodym ludziom, na co zwrócić uwagę. Czuję, że to może być fenomen naszego TikToka - mówi Nataniel Brożnowicz, współtwórca projektu "Maturalni", który na TikToku obserwuje blisko 300 tys. osób.

Karolina Olejak, Interia.pl: Bardzo młodzi ludzie robią korki dla jeszcze młodszych. Tak można opisać wasz projekt?

Nataniel Brożnowicz, "Maturalni": - Korepetycje kojarzą się z lekcjami indywidualnymi. Maturalni działają grupowo. Tylko w ciągu ostatnich 3 miesiącu prowadziliśmy lekcje dla ponad 80 000 uczniów. Oznacza to, że z naszych materiałów skorzystał co trzeci maturzysta. Było ogromne zapotrzebowanie.

Wchodzicie tam, gdzie szkoła nie daje rady?

- Tak, bo nie ograniczamy się tylko do omawiania podstawy programowej. Pomagamy młodym ludziom planować karierę, prowadzimy zajęcia z psychologiem, redukujemy stres, budujemy relacje.

Reklama

Ile macie lat?

- Jest nas piątka. Mamy od 20 do 27 lat.

Skąd pomysł na "Maturalnych"?

- Robimy to, co najlepiej nam wychodzi, czyli rozmawiamy z młodymi o ich problemach i szukamy dla nich rozwiązań.

No i o czym Wam mówią?

- W tym roku maturzyści zgłaszali, że są przerażeni egzaminami. Ostatnie 3 lata upłynęły im pod znakiem pandemii, zdalnej edukacji, a ostatnio nawet wojny. W wielu szkołach nauka nie wyglądała tak, jak powinna. Nauczyciele i szkoły nie były przygotowane merytorycznie i sprzętowo na zdalne lekcje. Z tego powodu duże grono uczniów obawiało się o wynik swojej matury. Porównania z rówieśnikami, z którymi za chwilę będę konkurować o miejsce na wymarzonych studiach.

W tym samym czasie stawki za korepetycje poszybowały mocno w górę. Obecnie za lekcje z naprawdę dobrym nauczycielem trzeba zapłacić powyżej 100, czasem blisko 200 zł za godzinę. Jeśli pomyślimy o serii kilkunastu takich spotkań z kilku przedmiotów, to kwoty liczyć można w tysiącach, a na to stać tylko nielicznych.

I tu pojawiacie się wy, czyli "Maturalni". Zgadza się?

- Dokładnie! Pierwszym krokiem "Maturalnych" było znalezienie odpowiednich nauczycieli. Stanęliśmy na głowie, by się z nimi skontaktować i przekonać ich do naszej wizji. Udało nam się pozyskać nie tylko pasjonatów, ale przede wszystkim ludzi z ogromnym doświadczeniem i wiedzą. Część z nich jest egzaminatorami CKE, część influencerami obserwowanymi przez setki tysięcy uczniów... jest wśród nich nawet Nauczyciel Roku 2021.

Wspólnie z nimi postanowiliśmy po pierwsze zorganizować ponad 100 darmowych lekcji na Facebooku, które odbywały się codziennie wieczorem, a po drugie odpalić w całej Polsce Turbo Weekendy, czyli 6-godzinne powtórki materiału do matury ze wszystkich najważniejszych przedmiotów. W darmowych lekcjach online wzięło udział ponad 80 000 uczniów, z tego największe transmisje gromadziły ponad 20 000 osób. W Turbo Weekendach wzięło udział ponad 10 000 osób, co sprawiło, że były to największe powtórki w Polsce.

Darmowe lekcje na Facebooku i sześciogodzinne powtórki, to chyba za mało, by dobrze przygotować się do egzaminu?

- Stworzyliśmy swój własny model przerabiania materiału. Weźmy np. taką matematykę. Przed maturą omawia się 10 działów. Zadania są zwykle bardzo powtarzalne. Nasz ekspert przygotował więc po 10 zadań z każdego z działów. Łącznie, jak łatwo policzyć, jest ich 100.

Uczniowie przychodzą na warsztat, który trwa 6 godzin. Powtarzają to, co najistotniejsze.

Podobnie z językiem polskim. Pamiętam, że w szkole "Lalkę" omawialiśmy przez blisko 10 godzin. Z perspektywy matury najważniejsze jest 5 scen tej lektury.

Nasza nauczycielka ukuła kiedyś taką teorię, której się trzymamy. To bardzo dobry pedagog z doświadczeniem w nauczaniu w polskich i zagranicznych szkołach. Z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdziła, że każdą 45-minutową lekcję można streścić do 8. To wszystko przez to, że na każdej lekcji czytana jest lista obecności, później zawsze ktoś o coś dopyta, przyjdzie ktoś z ogłoszeniem. To wszystko zajmuje czas.

Tylko że matura to nie wszystko. Szkoła ma pomóc zdobyć wiedzę ogólną, a egzamin weryfikuje tylko pewne fragmenty.

- My nie mówimy, że szkoła jest dobra lub zła, potrzebna, czy niepotrzebna. Nie od tego jesteśmy. Po prostu pytamy uczniów: - Ej, po co jesteś w szkole średniej? Przeważnie słyszymy: - Po to, żeby dobrze zdać maturę.

Nie podważamy aspektu społecznego, kulturowego wartości edukacji. To na pewno bardzo ważne. My po prostu pomagamy dobrze zdać maturę i dostać się na wymarzone studia i oszczędzamy ich czas.

Polski system edukacji nie szanuje czasu młodych ludzi?

- Przed pandemią uczeń technikum spędzał w szkole średnio 7-8 godzin. Dodatkowo poświęcał czas na dojazdy, odrabianie lekcji i przygotowanie do sprawdzianów. Znam badanie, z którego wynika, że osoby, które uczą się w szkołach technicznych, spędzają na nauce więcej czasu niż dorośli w pracy na pełen etat.

Codziennie spotykam się z komentarzami w stylu: - Spędziłem na lekcjach polskiego 420 godzin, a mniej niż 5 proc. z tej wiedzy przydało mi się na maturze. Zresztą każdy, kto chodził do szkoły, wie, że to nie jest 420 godzin nauki, ale raczej bycia w szkole.

Młodzi ludzie dla szkoły i zadań domowych często zmuszani są do zrezygnowania ze swoich pasji, lub tracą szansę na ich odkrycie. Kilka lat później ci sami dorośli, którzy do tego doprowadzili, mówią: - Nic nie robisz, tylko siedzisz w tym komputerze.

To mocno kłóci się z powszechną narracją, że uczniowie bardzo źle wyszli na tym, że przez ostatnie lata byli w domu. Okazuje się, że można znaleźć sporo dobrych stron takiego stanu.

- My sami wychodziliśmy do uczniów z takim przekonaniem. Mówiliśmy im, że są biedni. To oni wyjaśnili nam, że prawda jest nieco inna. Ich zdaniem edukacja zdalna, to w pewnym sensie przywilej. Nie mają bata nad głową, nie muszą siedzieć na nudnych lekcjach. Mogą uczyć się w swoim tempie, czytać też to, co ich interesuje.

W pewnym sensie pandemia otworzyła nam głowy. Zarówno uczniom, jak i osobom odpowiedzialnym za edukacje.

Tylko pewnie nie każdy potrafi uczyć się sam.

- Ja mówię tu głównie o uczniach szkół średnich. Nie małych dzieciach. Tu nawet nie chodzi o nasze zajęcia. Podam taki przykład. Benek, który miał zaległości z matematyki z trzech lat, bo w szkole nie słuchał, a w domu grał w gry, teraz z nudów otwiera TikToka, czy YouTube i  wpisuje hasło "ciągi". Pokazuje mu się 100 różnych filmików. Jeśli kliknie ten najwyżej pozycjonowany, to najprawdopodobniej jest to osoba, która fantastycznie potrafi przykuć uwagę, bo tak działa algorytm. Z jakiegoś powodu tyle osób jej zaufało.

Wracając do twojego pytania, czy ludzie nie wyjdą wtedy z brakami w fundamentalnej wiedzy? Wcześniej też wychodzili, ale może teraz przynajmniej będą mieli czas na rozwijanie swojej niszy, czegoś, w czym naprawdę będą dobrzy.

Może dorośli chcą wierzyć, że szkoła dobrze zajmuje się ich dziećmi i dlatego większość diagnoz sprowadza się do równania brak szkoły = problemy młodych. Tymczasem epidemii towarzyszyła samotność i to ona była głównym czynnikiem zapalnym, a nie to, że nastolatkom brakowało bodźców do rozwoju?

- Czuję, że gdyby nie aspekt społeczny, to szkoła już mogłaby nie istnieć. To jest archaiczny konstrukt. Może alternatywą jest właśnie powszechna edukacja domowa plus dodatkowe zajęcia z tańca, śpiewu czy gry na gitarze? Tylko w ciągu pierwszego roku pandemii czterokrotnie zwiększyła się liczba uczniów w edukacji domowej. To ostatecznie prowadzi do konkluzji, że uczniowie mają coraz większą świadomość, że to nie szkoła, a oni sami są odpowiedzialni za swoje wyniki.

W czasie pandemii zakazane było spotykanie się, czasem wychodzenie z domu. Wszędzie straszono śmiercią, ilością zakażeń i chorobami. Nic dziwnego, że ludzi źle czuli się psychicznie.

Nie byłabym taka entuzjastyczna. Jednak edukacja domowa to trochę złota bańka. Nawet dodatkowe zajęcia nie zastąpią nam możliwości spotkania z ludźmi z różnych grup społecznych.

- Ja też to bardzo czuję. Sam dorastałem "na blokach". Było tam różne towarzystwo. Nieraz trzeba było się z kimś pokłócić, coś wynegocjować. Tu ktoś kopnął, a tam wyzwał. To jest bardzo potrzebne. Tylko że młodzi ludzie dziś i tak uciekają od tego do bezpiecznego, ich zdaniem, świata w internecie. Miejsca, gdzie wszyscy ich lubią. Tu jestem po twojej stronie, ale nie uważam, że szkoła dziś ten problem rozwiązuje.

Na TikToku macie blisko 300 tysięcy obserwujących. Wytłumacz starszej koleżance, na czym polega ten fenomen?

- Rzucę odważną tezę.

Dawaj!

- Tiktok jest Facebookiem, Youtubem i Instagramem w jednym, do tego 10 razy szybszym. W ciągu jednej minuty możemy dostać potężną dawkę merytorycznej wiedzy, coś, co nas zainspiruje i coś, co nas rozśmieszy. To wszystko w jednym filmiku. To bardzo uzależniająca aplikacja, ale mająca zarazem duży potencjał rozwoju. Tam naprawdę jest bardzo dużo wartościowych treści.

Stereotyp głosi, że to tylko tańce i głupoty. Zdziwię cię, ale nie myślą tak tylko starsi ludzie. My tam weszliśmy z twardą edukacją. Moje pierwsze nagrania trwały minutę. Mówiłem o rzeczach związanych ze szkołą. Nie było tam żadnych, specjalnych efektów. No i ludzie to kupili.

To na czym polega ten fenomen?

- Tam na starcie masz społeczność młodych ludzi. Jeśli wrzucę im ważną wiadomość, np. wczoraj - post dotyczył tego, ile osób będzie szło do szkoły średniej - widziało ją już 700 tys. Oni chcą dyskutować, ale w bezpiecznej dla siebie formule. Również w miejscu, gdzie nie ma ich rodziców.

Widziałam twój filmik o tym, jaki zawód warto wybrać. Pomyślałam sobie, że nawet od czasu, gdy ja zdawałam maturę, powstało wiele zawodów, do których system edukacji nas nie przygotował.  Wy macie jeszcze trudniej.

- Istnieje badanie, które mówi o tym, że osoby, które dziś są w szkole podstawowej, w 65 proc. będą pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją.

Mam wrażenie, że to jest poważny problem. Gdy wybieramy kierunek studiów, czy podejmujemy inną, ważną decyzję, bardzo często słuchamy rodziców. Problem w tym, że teraz to osoby, które wychowały się w całkowicie innym systemie. Dziś nieaktualne są nawet rady od 10 lat starszego rodzeństwa. W związku z tym brakuje kogoś, kto powie młodym ludziom, na co zwrócić uwagę. Czuję, że to może być fenomen naszego TikToka. Mówimy, jakie są nasze doświadczenia, a że jesteśmy tylko trochę od nich starsi, to brzmimy wiarygodnie.  

W tej twojej radzie podobała mi się też zmiana logiki. To nie była rada w stylu: "idź na medycynę, to zostaniesz lekarzem". Polecałeś studia z psychologii biznesu, bo tam można nauczysz się kilku konkretnych rzeczy, które przydadzą się w wielu branżach. Nacisk był położony na to, czego się nauczysz, a nie gdzie docelowo trafisz.

- Nie wymyślamy tego wszystkiego sami. Słuchamy wielu mądrych ludzi, ale wiemy, jak to przedstawić, żeby zobaczyło to pół miliona osób.

No tak w końcu jesteście "edukacyjną ekipą Friza"

- Ta łatka faktycznie do nas przylgnęła. To dlatego, że jest kilka podobieństw. Po pierwsze jesteśmy młodzi, jesteśmy grupą przyjaciół, która wynajęła dom pod Krakowem, gdzie realizuje projekt życia. Nie mamy Mini Majka i jesteśmy jeszcze 10 razy mniejsi, ale równoważymy to byciem fajnymi ziomkami i przekazywaniem ważnych tematów.

Co dalej?

- Obecnie chcemy pomóc ósmoklasistom, którzy mają ogromny problem, gdyż w przyszłym roku do szkół wybiera się ponad 150 000 osób więcej niż rok temu. Dostanie się do dobrego liceum graniczyć będzie z cudem, dla wielu osób zostaną miejsca tylko w technikach i zawodówkach.

Tutaj także organizujemy Turbo Powtórki, które tym razem trwają nie 6 a 4 godziny. Bilety na pierwszy weekend wyprzedały się w 2 dni, teraz uruchamiamy kolejny, bo chcemy pomóc możliwie dużej liczbie osób.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy