Reklama

Reklama

"To było wielkie cierpienie i trudna choroba". Jula Migdalska o walce z anoreksją

Młodzi, którzy korzystają z Instagrama, sami wiedzą, jak bardzo można wyretuszować zdjęcie i co robią filtry. To wbrew pozorom sprawia, że mamy większy dystans. Wiemy, że ten świat nie jest realny. Młodzi ludzie są naprawdę bardzo świadomi. W cyklu "Rozmowy z Blommerami" Jula Migdalska opowiada o wyjściu z anoreksji i działaniu na rzecz zdrowia jej rówieśników.

Karolina Olejak, Interia.pl: Co jadłaś na śniadanie, gdy chorowałaś?

Julia Migdalska: - Jadłam pół kilo marchwi i serek wiejski. Nie na śniadanie, ale przez cały dzień.

To wszystko?

- Czasem zastanawiałam się, czy zjeść pół jabłka. Pamiętam, że kiedyś popłakałam się, gdy mój chłopak namawiał mnie, żebym zjadła kanapkę z serkiem śmietankowym.

Jak zaczyna się anoreksja?

- Przyczyny mogą być bardzo różne. Jeżeli chodzi o to, co w moim przypadku, było widać na zewnątrz, to stopniowo zaczęłam wyrzucać z diety różne produkty. Najpierw ograniczyłam cukier, później tłuszcz. Później masło, pieczywo. Ostatecznie skończyłam na konkretnej, bardzo krótkiej liście dozwolonych produktów. Poza tym cały czas miałam w głowie przelicznik, sprawdzałam, ile kalorii ma dany produkt. Ile trzeba będzie ćwiczyć, żeby go spalić. Ważyłam się codziennie. Odczuwałam paniczny strach przed przytyciem.

Reklama

Kiedy zaczęłaś interesować się jedzeniem?

- "Zdrowym odżywianiem" zaczęłam się interesować w wieku 13 lat. Dziś wiem, że ze zdrowiem miało to niewiele wspólnego. Moja anoreksja trwała przez kilka lat. To był trudny czas. Pełnię zdrowia uzyskałam dopiero w wieku 19 lat.

Już wtedy byłaś obecna w mediach społecznościowych?

- Profil na Instagramie zaczęłam prowadzić w wieku 14 lat. Na początku wrzucałam zdjęcia posiłków. Miał to być profil kulinarny, ze zdrowymi przepisami. Dziś, gdy patrzę na swoje stare posty, archiwum, to widzę, że niestety wiele z nich było bardzo związanych z moją chorobą. Przykro mi, bo w pewnym sensie szerzyłam te złe nawyki.

Wtedy nie miałam tej świadomości. Moje myślenie było bardzo zero-jedynkowe, a dieta pełna restrykcji. Wydawało mi się, że promuję zdrowe odżywianie. Tymczasem pokazywałam, może i duży talerz, ale praktycznie samej sałaty. Dopiero teraz rozumiem, że to nie było zdrowe.

Teraz chcę się dzielić wiedzą, którą zdobyłam dzięki chorobie. Przeszłam liczne szkolenia, jestem na studiach związanych z dietetyką. Mówię już nie tylko o jedzeniu, ale i o zdrowiu psychicznym. Wiedzę łączę ze zdrową dawką śmiechu, bo ta forma bardziej trafia do ludzi.

Jaka jest skala zaburzeń odżywiania?

- Ogromna. Jedna na sześć młodych kobiet choruje na zaburzenia odżywiania, jednak aż 35% do nawet 45% dorastających dziewcząt uważa się za zbyt grube i chce schudnąć. To tylko wierzchołek góry lodowej. Myślę, że problem może być jeszcze większy. Sama znam wiele osób, które cierpią z tego powodu i nie przyznają się do tego. Ważne, żeby pamiętać, że zaburzenia odżywiania mogą dotknąć absolutnie każdego. Niezależnie od płci, wieku, masy ciała.

Nie mówią, bo nie mają świadomości swojego problemu, czy się wstydzą?

- Zaburzenia odżywiania mają to do siebie, że do pewnego momentu często je wypieramy. Z pewnością jest sporo osób, które w ogóle o tym nie mówią. Świadomość problemu to już sukces i pierwszy krok do zdrowienia.

Wstyd to też ważny element tej układanki. Każdy młody człowiek chce być postrzegany jako "normalny" przez swoich rówieśników. Warto jednak pamiętać, że anoreksja oraz inne zaburzenia odżywiania to po prostu choroba. Jak każda inna. Dlatego nie powinniśmy się wstydzić, mówić o niej głośno i szukać pomocy.

A zdarza się, że dorosły uzna problem za fanaberię?

- Sama często się z tym spotykałam. Słyszałam komentarze w stylu "nie wybrzydzaj", "zjedz ten obiad". Dodatkowo nieraz mówiono mi, że wyglądam jak kościotrup i powinnam przestać się odchudzać. Nikogo nie obchodziło, że ja po prostu nie mogłam przestać. Gdybym potrafiła wyjść z tych zaburzeń, tak po prostu, na pewno bym to zrobiła. To było wielkie cierpienie i trudna choroba.

Która bywa śmiertelna.

- To choroba, która może doprowadzić do całkowitego wyniszczenia organizmu. Nie chodzi tylko o braki w składnikach odżywczych. Gdy jesteśmy niedożywieni, to powoli wysiadają różne układy: sercowo-naczyniowy, pokarmowy. Do tego dochodzi całkowite zachwianie gospodarki hormonalnej. Bardzo często anoreksji towarzyszy depresja, więc niejednokrotnie prowadzi do samobójstwa.

Kto ci wtedy pomógł?

- Mój chłopak. Jego techniki nie były profesjonalne, ale dawał mi ogromne wsparcie. To, że miałam przy sobie osobę, która akceptowała mnie, niezależnie od wyglądu i widziała we mnie inne wartości, pomogło mi stanąć na nogi.

Wtedy, ze względu na sytuację rodzinną i materialną, nie miałam szansy na psychoterapię. Przeszłam ją dopiero później. Jednak polecam ją wszystkim, którzy zmagają się z zaburzeniami odżywiania. Może ja też wyzdrowiałabym szybciej, gdybym miała taką szansę.

W mediach społecznościowych są grupy, gdzie chorzy dzielą się swoimi trikami. Udzielają porad, jak zjeść jeszcze mniej.

- Pamiętam jeszcze z gimnazjum, że były takie fora. Służyły do wzajemnej motywacji w chudnięciu. Były nawet takie, które wprost dotyczył anoreksji i "pilnowania się" nawzajem, żeby nie jeść. To było bardzo szkodliwe. Teraz już tam nie jestem, bo żeby tam trafić, trzeba chcieć.

Sama dbam o to, żeby obserwować tylko te konta, które sprawiają, że czuję się ze sobą dobrze.

Musisz mocno selekcjonować? W Instagramowym mainstreamie też jest pełno kont, które promują niezdrową fiksację na sylwetce i wyglądzie.

- Jest całe morze kont, gdzie pokazany jest wyidealizowany obraz sylwetki. To sprzyja zaburzeniom odżywiania, bo wiele osób porównują swoje ciała do tych z Instagrama.

I pomijają fakt, że te modelki mają czas i pieniądze na ćwiczenia i dbanie o swoje ciało, bo na tym zarabiają.

- Część z osób nie ma świadomości, że nasze ciała różnią się, nie zawsze wyglądają idealnie, a czasem ich wygląd potrafi się mocno zmienić nawet na przestrzeni dnia. Jednak coraz częściej młodzi ludzie zdają sobie sprawę, że zdjęcie na Insta to nie zawsze tylko wygląd, a też dobre światło, poza, czasem nawet retusz w Photoshopie.

Ile masz lat?

- 21.

Dzieli nas kilka lat. Gdy ja byłam nastolatką, też promowano idealnie szczupłą sylwetkę. Tyle że nawet jeśli wyświetlały nam się reklamy w internecie, czy telewizji, to nie było ich tak wiele i nie zalewały nas z każdej strony tak jak was. To chyba podstawowa różnica

- To ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony faktycznie z każdej strony zalewają nas piękne zdjęcia. Z drugiej strony mam wrażenie, że z biegiem czasu są one na szczęście coraz bardziej różnorodne i pokazują coraz więcej typów sylwetek, rozmiarów itp.

Mam wrażenie, że wiele dorosłych kobiet nagle odkryło filtry i oburzają się tym, jak bardzo zmieniają zdjęcia. To wasza codzienność. Radzicie sobie z nią? 

- Młodzi, którzy korzystają z Instagrama, sami wiedzą, jak bardzo można wyretuszować zdjęcie i co robią filtry. To wbrew pozorom sprawia, że mamy większy dystans. Wiemy, że ten świat nie jest realny. Młodzi ludzie są naprawdę bardzo świadomi.

To może dorośli też trochę demonizują media społecznościowe?

- Żyjemy w czasach, gdzie coraz większa tendencja, żeby pokazywać to ciało w takie dni, gdy nie wygląda idealnie. Robią to też osoby, które wiedzą, jak zrobić ładne zdjęcie. Pokazują, że nawet one mają czasem fałdkę, a ich uda nie wyglądają dobrze, gdy siedzą. Zdjęcia też można mocno poprawić.

Tylko że tak popularna teraz "ciałopozytywność" wciąż jest o wyglądzie. Nie ma w tym wyjścia z logiki oceniania ciała. Mamy po prostu akceptować szerszą gamę sylwetek.

- Dlatego ja wolę pojęcie "ciałoneutralność". Nie ma potrzeby nadawania ciału konkretnych emocji. Trzeba postrzegać je jako narzędzie do robienia wielu fajnych rzeczy. Gdy przestaniemy fiksować się na wyglądzie, odkryjemy, że to ono daje nam możliwość uczenia się, podróżowania, rozwijania zainteresowań. Odkrycia tego pięknego stanu życzę wszystkim.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy