Reklama

Reklama

Studentka z Ukrainy: "Moim znajomym ze stresu wypadają włosy"

Kobiety na wojnie najbardziej boją się o dzieci. Tego, że ktoś zrobi im krzywdę, albo że zgubią się w tym całym zamieszaniu. To realny strach. Druga sprawa, to gwałt. Kobieta cały czas ma w głowie, że to może się wydarzyć. To, co łączy wszystkich, to po prostu strach przed śmiercią. Tego każdy boi się tak samo. W cyklu "Rozmowy z Bloomerami" o działaniu wolontariuszy w czasie wojny opowiada Julia Jarmoluk, lwowianka zaangażowana w pomoc w Ukrainie od pierwszych dni rosyjskiej agresji.

Karolina Olejak, Interia.pl: Myślałaś, żeby uciec z Ukrainy?

Julia Jarmoluk: - Oczywiście, że tak. Zwłaszcza na początku wojny, gdy nie wiedziałam, jak daleko zajdzie front. Rozmawialiśmy o tym ze znajomymi. Szybko wprowadzono zakaz wyjeżdżania dla mężczyzn. Wiedziałam, że skoro mój tata zostanie, to mama również. W tej sytuacji ja też nie chciałam wyjeżdżać. Postanowiłam sobie, że ucieknę, dopiero gdy Rosjanie będą już blisko Lwowa.

I wtedy zaangażowałaś się w wolontariat

- Wolontariat zaczęłam 26 lutego, czyli 2 dni po ataku Rosji na Ukrainę. Miałam silną potrzebę działania. Nikt z nas nie był na wojnie, więc nie wiedzieliśmy, co jest potrzebne. Zaczęło się szukanie.

Reklama

Moja mam pracuje w instytucji państwowej, która ma styczność z wojskiem. Syn jej kolegi z pracy jest lekarzem wojskowym, stąd dowiedziałam się, że praktycznie od pierwszych dni, było ogromne zapotrzebowanie na leki i opatrunki. 

Zorganizowałaś zbiórkę?

- Najpierw starym zwyczajem poszłam do apteki. Jeszcze nie wyobrażałam sobie, że w moim mieście może zabraknąć podstawowych produktów. Okazało się, że w pierwszych dniach ludzie zaczęli wykupywać bandaże, lekarstwa, jedzenie i benzynę. Wszystko, co wydawało im się przydatne podczas ataku. Nie wiem, skąd czerpali to wyobrażenie. Może z książek? Przecież nikt z nas nie wiedział, jak ta wojna będzie wyglądać.

Szybko okazało się, że pomocy szukać muszę poza Ukrainą. Napisałam w swoich mediach społecznościowych post.

Jaki był odzew?

- Dosłownie po chwili odezwała się do mnie znajoma z Polski - Magda, później kolejni. Zadeklarowali, że zbiorą pieniądze i wyślą potrzebne rzeczy. W porozumieniu z jedną z brygad przygotowałam listę. Spodziewałam się, że na jej podstawie znajomi skompletują jedną paczkę. Okazało się, że dosłownie w 1,5 dnia przygotowali i wysłali 20 dużych paczek. To było niesamowite.

Później jeszcze zorganizowaliśmy kilka podobnych akcji. Zgłaszały się do nas znajomi znajomych.

O co najczęściej prosili?

- Pamiętam dużo próśb o opaski uciskowe. Wykorzystuje się je przy silnych krwawieniach. Nagle okazało się, że wśród znajomych mam osoby z niezwykłymi kontaktami. Tu właściciel apteki, tam ktoś z włoskiej żandarmerii. W Polsce wszystko udawał się załatwić. Ja odbierałam paczki we Lwowie i kolportowałam je do potrzebujących na froncie.

Z uchodźcami też działałaś?

- Na moim osiedlu we Lwowie jest dużo szkół. Wszystkie zostały przekształcone na ośrodki dla uchodźców. W pewnym momencie zostałam poproszona, żeby zrobić zwiad i sprawdzić, czego tym ludziom potrzeba. Na miejscu okazało się, że wszyscy są świetnie zaopiekowani. Rodzice dzieci z tych szkół przychodzili gotować obiady. Były słodycze, zabawki. Sami uchodźcy mówili, że wszystkiego jest aż w nadmiarze, więc nie chcieli wykorzystywać tego, co może przydać się w innych miejscach.

Zanim wybuchła wojna działałaś, jako wolontariusz. Miałaś doświadczenie organizacji zbiórek?

- Nigdy wcześniej nie działałam w ten sposób. Wybuchła wojna i po prostu wiedziałam, że trzeba coś robić. Na początku nie byłam pewna co. Wszystko potoczyło się samo. Śmieje się, że wszechświat tak sobie zażyczył. Wiele razy udało się zorganizować, coś, co wydawało się niemożliwe. Nagle stworzyła się siatka, gdzie każdy działał jak mógł.

Wszystko oddolnie

- Spotkałyśmy się we Lwowie, więc wiesz, że na początku był ogromny chaos. Każdy działał jak chciał. Oczywiście były organizacje, które istniały przed 2014 rokiem. Jednak większość z nich powstała niedawno. Ja też działałam oddolnie, ale w pewnym momencie się zatrzymałam.

Co się wydarzyło?

- Moja koleżanka powiedziała mi, że rusza pomoc na poziomie państwa (później potwierdziła mi te informacje wpływowa osoba). Do Ukrainy zaczęły przybywać transporty przygotowane przez międzynarodowe organizacje z ogromnym doświadczeniem. Upewniłam się, że wojskowi, którymi do tej pory się opiekowałam, mają do nich kontakty.

Trudno było odpuścić? Taki aktywizm może być uzależniający. Czujesz się potrzebna

- Faktycznie na początku wpadłam w taki wir. Chciałam pomóc każdemu, komu się da. Zgłaszały się osoby, które potrzebowały pomocy z transportem ze wschodu, noclegu. Do tego zaopatrywaliśmy wojskowych z okolic. Odbierałam dziesiątki telefonów. Na każdy starałam się zareagować. Często okazywało się, że gdy udało mi się już coś załatwić, w międzyczasie ktoś inny już pomógł. Moja praca szła na marne. Wtedy postanowiłam, że skupię się na dostarczaniu leków i opatrunków dla wojska, a inne prośby będę przekierowywać dalej. Gdy pomoc zaczęła być bardziej systemowa wycofałam się. Musiałam zadbać o siebie.

Nie studiowałaś i nie pracowałaś w tym czasie?

- Do końca studiów została mi do napisania praca dyplomowa. Pracę zawodową straciłam po rozpoczęciu wojny. Byłam agentem nieruchomości.

Ten rynek się zatrzymał?

- Przeciwnie. Osoby, które przyjechały ze wschodu, szukają mieszkań. Wiadomo, na początku wojny wszyscy działaliśmy nieodpłatnie. No może z wyjątkiem podłych naciągaczy - tacy też się zdarzają.

Później usłyszałam historie o rosyjskich szpiegach, którzy wynajęli mieszkanie we Lwowie. Jeden z agentów zupełnie nieświadomie im pomógł. Nie chciałam w tym uczestniczyć. To duży stres, a go mam już pod dostatkiem.

W międzyczasie wyjechałaś na wschód

- Tak, ale to nie był wolontariat. Chciałam sama dla siebie zobaczyć, jak ta wojna wygląda. Zabrałam się z kolegą dziennikarzem. Byliśmy w obwodzie sumskim i Charkowie. W pewnym momencie zrobiło się gorąco.

Co tam zobaczyłaś?

Charków był niesamowicie zniszczony. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak małe miasteczka. Takie w stylu Buczy. Ludzie opowiadali, że przez miesiąc nie dało się dostać jedzenia. Kombinowali, jak tylko się dało. Ktoś miał mąkę, ktoś ogórki.

Rosjanie wchodzili do ich domów, zabierali rzeczy. Wiele osób wciąż jest zaginiona. Spotkałam tam np. kobietę, która spędziła 30 dni w piwnicy. Opowiadała, że cały czas żyli, nasłuchując, czy idą Rosjanie. Bała się, że zabiorą jej bliskich, a ją zgwałcą.

Na wojnie kobiety boją się inaczej?

Kobiety na wojnie najbardziej boją się o dzieci. Chodzi o to, że ktoś może im zrobić krzywdę, albo mogą się też zgubić w tym całym zamieszaniu. To realny strach. Druga sprawa, to gwałt. Kobieta cały czas ma w głowie, ze to może się wydarzyć. To, co łączy wszystkich, to po prostu strach przed śmiercią. Tego każdy boi się tak samo.

Jak ty to wszystko przeżywasz?

- Teraz jest już znacznie łatwiej, ale miałam moment, gdy czułam, że mam wszystkiego dość. To było chwile przed wyjazdem na wschód. Czułam, że nie zniosę więcej. We Lwowie nie miałam grupy, z którą bym działała. Byłam praktycznie sama. Nie miałam też przygotowania, więc to wszystko było jedną, wielką improwizacją. Zrozumiałam, że żeby pomagać dalej muszę zadbać o siebie.

Takich osób jak ty jest wiele?

- Moim znajomym ze stresu wypadają włosy. Z pozoru wszystko jest ok, ale gdy wejdzie się w jakąś poważniejszą rozmowę, okazuje się, że jedni cierpią na bezsenność, inni mają regularny ból brzucha. Myślę, że z czasem problemy z psychiką będą widoczne na ogromną skalę. Teraz jeszcze działamy na adrenalinie.

Macie jeszcze ze znajomymi nadzieje, że wrócicie do życia sprzed wojny?

- Na początku wszyscy chcieli wierzyć, że to potrwa jeszcze tydzień, dwa. Dziś, gdy jakiś polityk mówi, że wojna skończy się w wakacje, uznajemy, że nic nie wie.

Wszyscy mamy poczucie, że nie warto planować nic na daleką przyszłość, bo nie wiadomo co z tego będzie. Żyjemy chwilą, łapiąc momenty normalności. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy