Reklama

Reklama

Nauczyciel języka polskiego: Nauczyciele w Polsce nie są zachęcani do tej pracy

- Edukacja to dostarczanie ludziom materiału do refleksji, nigdy nie powinna mieć charakteru formatowania myślenia w jednoznaczny sposób - mówi Piotr Szwed, nauczyciel języka polskiego z łódzkiego liceum. Na jego lekcjach uczniowie i uczennice omawiają teksty piosenek hip-hopowych, szukają połączeń między "Potopem", a serialem "Stranger Things" i uczą się identyfikować fake newsy.

Napięcie między Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, a Ministerstwem Edukacji i Nauki, dyskusja wokół podręcznika do przedmiotu historia i teraźniejszość czy rozmowy na temat wynagrodzeń nauczycieli to tylko jedne z kilku gorących tematów, poruszanych tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Jak mówi Piotr Szwed, nauczyciel języka polskiego z VIII Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Łodzi, gdyby kończył studia teraz, dużo rzeczy od razu zniechęcałoby go do rozpoczęcia pracy nauczyciela.

Anna Nicz: Wyobrażam sobie, że powroty do szkoły po wakacjach muszą wiązać się z pewnym napięciem. Ale czy w tym roku to napięcie jest większe, w związku z obecną sytuacją nauczycieli i tym, że polityka Ministerstwa Edukacji idzie w takim, a nie innym kierunku?

Reklama

Piotr Szwed: Niewątpliwie dyskomfort rośnie. Można mieć poczucie, że nauczyciele w Polsce nie są zachęcani do tej pracy. Widzę to wokół siebie. Młodzi, dobrzy pedagodzy dochodzą do wniosku, że jeśli mają bawić się w uwzględnianie nowych przepisów, wysłuchiwać upokarzających haseł dyskredytujących ich pracę, stresować się rozporządzeniami dotyczącymi bardziej restrykcyjnego sposobu dyscyplinowania nauczycieli, to wolą pracować poza tym systemem. Tak jak autorka świetnego fanpage’a polonistycznego Aneta Korycińska, znana jako Baba od polskiego - między innymi ona ostatnio pożegnała się ze szkołą. 

To dramat, że osoby, które wnoszą mnóstwo pozytywnej energii i przemyśleń do nauczycielskiego warsztatu stwierdzają, że jednak lepiej zająć się czymś innym. Jesteśmy mocno zniechęcani do tej pracy. Ja trwam w niej z różnych względów, jest ona dla mnie źródłem satysfakcji, mam przyjemność z czerpania energii od młodych ludzi, słuchania ich, obserwowania, jak reagują na kulturę dawną i współczesną. Jednak, czy będąc dziś człowiekiem po studiach, rozważałbym pracę w szkole? Jest dużo rzeczy, które by mnie od razu zniechęciły. Po pierwsze dezinformacja w kwestii zarobków nauczycieli. Ministerstwo często podaje w mediach zawyżone stawki, kwoty brutto, kwoty podawane na podstawie tak zwanej średniej pensji nauczyciela, która nie odzwierciedla tego, jak nauczyciele zarabiają. To tak, jakby ktoś zaczął pracę w nowej firmie, a jego szef rozpowiadał wszem i wobec nieprawdę o jego zarobkach, żeby stworzyć wrażenie, że ten pracownik powinien być mu wdzięczny za gigantyczne premie. 

Ministerstwo opowiadało o tym, że związki zawodowe odrzuciły 30-procentową wielką podwyżkę. Tak naprawdę ta podwyżka łączyła się ze zwiększeniem pensum, nauczyciele mieliby pracować więcej za właściwie takie same pieniądze. Do tego ministerstwo nie wspiera przekonania, że warto być nauczycielem w sposób odważny. Dwa lata temu zmieniono przepisy dotyczące sposobu dyscyplinowania nauczycieli, wprowadzono bardzo ogólnikowy zapis o tym, że dyrektor ma od razu informować kuratorium, jeżeli narażone jest dobro dziecka. Problem polega na tym, że to bardzo nieostre pojęcie. O ile prawa dziecka są spisane, o tyle dobro dziecka jest takim wytrychem, który można rozumieć bardzo ogólnie. Pojawia się obawa o to, że te przepisy mogą być bardzo różnie interpretowane, w związku z tym lepiej się nie wychylać. Lepiej robić wszystko zgodnie ze schematem, z oczekiwaniami, bo nie wiadomo, co zostanie uznane za podejrzane, niepokojące, jakie treści zostaną skomentowane i ocenione jako nieadekwatne. 

A czy ty miałeś kiedykolwiek obawy o to, że twój sposób przekazywania wiedzy może zostać uznany za nieodpowiedni, nieadekwatny?

Staram się zawsze trzymać dokumentów szkolnych i wszystkich wytycznych. Z jednej strony szukam dla siebie przestrzeni do pomysłowości, oryginalności, a z drugiej bardzo wczytuje się w to, co mnie obowiązuje: w programy nauczania, podstawy, które określają pracę nauczyciela. Staram się być w porządku formalnie, a jednocześnie robić swoją robotę w sposób nieszablonowy. Obecną podstawę programową języka polskiego można krytykować za różne elementy, ale na szczęście nie zawiera ona treści, które czyniłyby z mojego przedmiotu tubę propagandową albo w prymitywny, instrumentalny sposób manipulowały literaturą.

Póki co uczę przedmiotu, w którym mogę zadawać z uczniami pytania, szukać odpowiedzi, w podstawie nauczania nie ma żadnych wniosków, do których uczniowie powinni dojść np. podczas omawiania "Przedwiośnia" czy podczas lektury "Dziadów". Szukamy znaczeń, interpretujemy, zastanawiamy się, wartościujemy po swojemu i odnosimy to wszystko do współczesności. Zadajemy pytanie, jak te dawne teksty odnoszą się do naszego świata. Czasami, żeby przeprowadzić dobrą lekcję wystarczy zadać jedno pytanie, pasujące do omawianego tekstu, a jednocześnie do współczesnych problemów.

Na przykład?

Gdy rozmawiam o "Monachomachii" Krasickiego, pytam o to, czy powinny istnieć granice dla prowokacji i satyry. Mam naszykowane fragmenty tekstu literackiego i sporo współczesnych kontekstów otwartych w komputerze: rysunki Janka Kozy, fragmenty wybranych stand-upów. np. Ricky’ego Gervaisa. Nie mam natomiast naszykowanej odpowiedzi na pytanie, które zadaję. Staram się pytać o to, co wydaje się serio intrygujące, by poszukiwać odpowiedzi razem z uczniami. 

W swojej pracy mocno opierasz na współczesności, na odniesieniach do muzyki, seriali, szeroko rozumianej popkultury. Jak młodzież na to reaguje? Czy pomaga im to w przyswojeniu podstawy programowej? Jak wygląda ta współpraca? 

Na odniesieniach popkulturowych pracuje się znakomicie. Szczególnie w momencie roku szkolnego, w którym uczniowie są już zmęczeni, zniechęceni - wtedy można przykuć ich uwagę jakimiś aluzjami, nawiązaniami, kontekstami. Pokazać, ile łączy to, co dziś jest popularne w muzyce, filmie czy serialu z klasycznymi treściami. Staram się interesować współczesną kulturą, czasem nawet nie planuję tego, że wykorzystam to w czasie lekcji, często wychodzi to automatycznie. Na przykład pod koniec poprzedniego roku szkolnego omawialiśmy "Potop". Zgrało się to z premierą kolejnego sezonu serialu "Stranger Things". Nie miałem tego w planach, a wyszły nam cztery lekcje, podczas których porównywaliśmy, czym charakteryzuje się kultura popularna z końca XIX wieku, a współczesna kultura popularna.

Nagle okazało się, że "Stranger Things" i "Potop" mają ze sobą wiele wspólnego jeśli chodzi np. o element nostalgii, który jest bardzo istotny w obu tych tekstach kultury. Henryk Sienkiewicz sprzedawał Polakom opowieści o dawnej wspaniałej Polsce, za którą wszyscy tęsknili. A twórcy współczesnych seriali serwują nostalgiczną wycieczkę kilkadziesiąt lat wstecz, do pewnych bardzo dobrze znanych motywów. To sprawdza się znakomicie, serial ma młodszych, ale i starszych odbiorców, którzy znają lata 80. Jeżeli jako nauczyciele jesteśmy otwarci na skojarzenia uczniów, nie oceniamy od razu tego, czym się interesują, to automatycznie pojawia się element wymiany doświadczeń kulturowych

Któraś z takich lekcji albo zadanie związane z odniesieniami do współczesnej popkultury szczególnie zapadło ci w pamięć? Albo zaskoczyło reakcją uczniów i uczennic? 

Czasami zaskakuje mnie to, jak młodzi ludzie są nawet konserwatywni w swoich gustach estetycznych i muzycznych. Kiedy okazuje się, że np. proponuję im jakieś nawiązania do współczesnych utworów hip-hopowych, a kilka osób w klasie mówi, że chętniej posłuchaliby piosenek Jacka Kaczmarskiego albo zespołu Queen. To wbrew przyjętemu stereotypowi. Często ludzie z góry zakładają, że lekcja poprowadzona na temat piosenek hip-hopowych znakomicie się sprawdzi i spodoba młodym ludziom, a nie zawsze tak jest. Podoba mi się to, że są tak różnorodne reakcje na popkulturę. 

Ciekawe są też komentarze, które pokazują, jak bardzo zmienia się ocena pewnych rzeczy. Dosyć ciekawym doświadczeniem był dla mnie pomysł, który wykorzystałem przy omawianiu "Dziadów" Mickiewicza. Postanowiłem zestawić je z płytą "Zemsta na wroga" duetu Siksa. To mocno prowokacyjny, ostry materiał, a jednocześnie bardzo ciekawie nawiązujący do romantyzmu. Dla niektórych było to bardzo interesujące, świeże, a dla dużej części uczniów było to wręcz coś niesłuchalnego. To była też okazja, by porozmawiać o tym, jakiego rodzaju bunt w sztuce im odpowiada, z czym pozytywnym się łączy, z czym negatywnym. Ciekawe dla mnie było obserwowanie reakcji na taki wymagający materiał. 

Masz poczucie, że uczniowie i uczennice dzięki twoim lekcjom poszerzają swoje zainteresowania? Dostajesz od nich sygnały, że to wychodzi gdzieś dalej?

Przy okazji omawiania "Dziadów" puszczałem niedawno "Strange Fruit" Billie Holiday. Po jakimś czasie jeden uczeń przyszedł zadowolony, że rozpoznał ten utwór wsamplowany na płycie Kanye Westa, chciał wiedzieć, czy znam to nawiązanie i co o nim myślę. Działa to także w drugą stronę - o wielu twórcach hip-hopowych dowiedziałem się od uczniów. To oni polecali mi np. Bedoesa, Guziora, Belmonda. To jest wymiana inspiracji.

Błędem, którego trzeba się wystrzegać, a który czasami zauważam u polonistów, jest element pychy dotyczącej własnych preferencji kulturowych. Zakładanie, że skoro uczeń pisze o jakimś raperze albo o mandze, to jest to od razu coś niepoważnego, gorszego niż wielka literatura. A znajomość historii kultury powinna przecież uczyć pokory w ocenianiu i wartościowaniu. 

Obowiązująca lista lektur na maturę 2023 z poziomu podstawowego to ponad 40 pozycji. Pojawiają się głosy, że jest tego za dużo, że to zbytnie przeciążenie dla uczniów. 

To nie jest takie proste. Tych lektur jest 49 jeśli chodzi o podstawę, ale są tam np. wybrane wiersze, fragmenty utworów. Można mieć poczucie, że mogłoby być ich mniej, ale nie dramatyzowałbym, że uczniowie są zarzuceni nieprawdopodobną liczbą lektur. Według mnie problem jest inny - wybór tych lektur jest mocno dyskusyjny. Uczniowie przez szkołę podstawową i liceum mają do przeczytania aż trzy obszerne powieści Henryka Sienkiewicza. W podstawówce omawiają "W pustyni i w puszczy" oraz i "Quo vadis" i gdy w liceum dochodzi do tego "Potop", nie reagują entuzjastycznie. Nie jestem zwolennikiem tego, żeby Sienkiewicz znikał z kanonu lektur - to bardzo ważny pisarz, który w ogromnym stopniu wpłynął na polską tożsamość narodową, na to, jak myślimy o sobie. Ale czy aż taka dawka Sienkiewicza jest konieczna?

Druga kwestia, która nie podoba mi się to przewaga polskiej kultury i polskiej literatury nad literaturą światową. Bardzo brakuje tekstów, które poszerzają perspektywę rozmowy o współczesności. Co prawda jest na liście licealnych lektur tekst Ryszarda Kapuścińskiego, ale to byłoby na tyle. Uczniowie na teksty reporterskie, które wprowadzam z własnej inicjatywy i omawiam z nimi we fragmentach, reagują niesamowicie entuzjastycznie. Gdy przyniosłem na zajęcia "Chrobot" Tomasza Michniewicza, który przedstawia zwyczajne, codzienne życie w różnych krajach, uczniowie byli zafascynowani. Pytali, co to za książka, ile kosztowała, jak ją kupić. Ich reakcja była niesamowita, a wynikała z tego, że dostają coś nowego, rozmawiają o współczesnym świecie dzięki tekstowi literackiemu, jakim jest reportaż. Mogą poznać perspektywy ludzi z różnych stron świata. 

Tego właśnie brakuje mi w liście lektur - żeby szkoła była otwarta na inne perspektywy, niż nasza polska czy zachodnioeuropejska. Pokazywała, jak złożony jest świat, zachęcała do poznawania i odkrywania go. Im mniejsza wiedza o świecie, który nas otacza, tym łatwiej ludźmi manipulować, zastraszać wizją czyhającego za granicami zła. W ostatnich latach zniknęło np. z listy licealnych lektur "Jądro ciemności" Josepha Conrada i teraz jest tak, że przez całą szkołę podstawową i liceum jedynym obowiązkowym tekstem dotyczącym Afryki jest to nieszczęsne "W pustyni i w puszczy" wypełnione kolonialnymi stereotypami

Wspomniałeś o potrzebie poszerzania granic, o niebezpieczeństwie manipulacji, wrogiego nastawiania i tutaj możemy gładko przejść do tematu podręcznika do historii i teraźniejszości. Jego treść nie zostawia przestrzeni do interpretacji, wszystko podane jest na tacy, według jednej wizji.

Sytuacja z podręcznikiem prof. Roszkowskiego jest wyjątkowa. Po raz pierwszy podręcznik zyskał taką sławę, mamy do czynienia z najbardziej dyskutowanym podręcznikiem w historii edukacji III Rzeczpospolitej. To chyba nie jest dobra recenzja, jeżeli podręcznik staje się takim "przebojem". Przez lata miały one różne wady, natomiast przyzwyczaiły ludzi do tego, że nie starają się tak ostentacyjnie narzucać określonej wizji świata, nie były felietonami, w których autor z perspektywy swojego autorytetu złośliwie komentuje, ocenia, wyraża swoje poglądy religijne, polityczne, manifestuje jedną określoną ideologię. Profesor Roszkowski jest uznanym historykiem, w tym tekście próbuje być jednak ekspertem od muzyki rockowej, filozofii i metod zapłodnienia jednocześnie. Jest to dość kuriozalne.

Mam nadzieję, że ten podręcznik stanie się przestrogą dla wszystkich, którzy wyobrażają sobie edukację w ten sposób. Ostrzeżeniem, żeby nie iść nigdy w tę stronę, to jest fatalna wizja edukacji. To jest nieskuteczne, bardzo naiwne, pokazuje brak pokory. Szkoła powinna zapewniać warunki do swobodnego myślenia, weryfikowania różnych rzeczy, do poszukiwania. Edukacja to dostarczanie ludziom materiału do refleksji, nigdy nie powinna mieć charakteru formatowania myślenia w jednoznaczny sposób. Co ciekawe, w podstawie programowej tego przedmiotu nie ma aż takiego wartościowania. Przejrzałem ten dokument i według mnie pomysłowy nauczyciel może zrobić z historii i teraźniejszości ciekawe zajęcia. 

Jak młodzi ludzie radzą sobie z weryfikowaniem informacji, które do nich docierają, choćby fake newsów?

Gdy ich proszę: teraz rozpoznajemy fake newsy, przeanalizujcie te informacje - radzą sobie naprawdę nieźle. Raz na jakiś czas robię takie ćwiczenia na godzinie wychowawczej. Podaję im nie do końca precyzyjne, czasem podchwytliwe sformułowanie. Daję pół godziny, możliwość skorzystania z internetu. Lubię robić takie ćwiczenia, bo to znakomita okazja, żeby młodzież zrobiła użytek ze smartfonów. Uczniowie i uczennice sprawdzają w kilku źródłach, sięgają do różnych metod, żeby porównać przekaz, sięgają do stron, które im poleciłem. Na tej podstawie są w stanie zweryfikować. 

Natomiast to jest sytuacja lekcyjna, inaczej zaś wygląda codzienne korzystanie z mediów. Czasem widzę, że takiej refleksji nie ma, brakuje czujności. Często uczniowie nie potrafią precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie o źródło. Mówią, że dowiedzieli się o czymś z internetu, z Facebooka, Tik Toka. Jest to przyznanie się do bezrefleksyjności w odbiorze informacji. Szkoła ma na tym polu do wykonania niezwykle ważną misję, może pokazać proces zbliżania się do prawdy, ważenia sądów i słów. Może wskazać, gdzie szukać faktów - np. na moich zajęciach bardzo polecam pod tym względem portal Our World in Data

Nie masz poczucia, że w szkole brakuje oddzielnego przedmiotu zajmującego się edukacją medialną? 

Jest kilka takich przedmiotów, które przydałyby się, jednak plan szkolny nie jest z gumy. Istnieje też pomysł, by wprowadzić edukację klimatyczną - można go rozważyć, ale przecież równie dobrze da się mówić o ekologicznych zagrożeniach podczas zajęć biologii, geografii czy języka polskiego. Trzeba to tylko wprowadzić do podstawy programowej. Trzeba skierować uwagę na otaczający nas świat, na XXI wiek, a tymczasem niemal wszystkie egzaminy maturalne z języka polskiego w ostatniej dekadzie proponowały pisanie wypracowań na temat tekstów XIX-wiecznych. Jest na ten temat znakomity mem, przedstawia profesor MacGonagall, która patrzy na Harry’ego, Rona i Hermionę i pyta: dlaczego to zawsze musicie być wy? Pod bohaterami "Harry’ego Pottera" widać podpisy: Prus, Sienkiewicz, Mickiewicz.

Myślę, że nauczyciele i uczniowie mają od jakiegoś czasu dość radykalnych zmian systemowych, pragną raczej rozsądnych korekt. Wprowadzenie dodatkowego przedmiotu nieźle wygląda PR-owo, ale czy przyniesie naprawdę poważną zmianę? Moim zdaniem lepsze rozwiązanie jest mniej spektakularne. Po prostu więcej współczesności, więcej twórczości. Pod tym względem znakomicie sprawdza się metoda projektu. Można odpytywać z pozytywizmu, ale można też sprawdzić, co uczniowie będą w stanie zrobić z pozytywizmem, do czego twórczego są w stanie wiedzę o tej epoce dziś wykorzystać. W ten sposób mogą powstać spektakle teatralne, tematyczne fanpage’e w mediach społecznościowych, kampanie społeczne realizowane w szkole, zorganizowane przez uczniów happeningi...

Nie zapowiada się na to, żebyście wrócili do nauki zdalnej, ale jeśli miałoby się tak wydarzyć, myślisz, że twoi uczniowie i uczennice byliby na to gotowi? Czy raczej nie chcieliby już funkcjonować w taki sposób?

Mimo dramatycznych okoliczności pojawienia się nauki zdalnej, ona może być naprawdę pozytywnym doświadczeniem dla uczniów i nauczycieli. Pojawiło się mnóstwo negatywnych opinii na jej temat, że był to czas zmarnowany, czas gorszej edukacji, uczniowie zostali zaniedbani, nie byli przygotowani itd. W przypadku niektórych osób to może być prawdziwa wizja, natomiast części z nich bardzo dobrze pracowało się zdalnie. Zwłaszcza tym bardziej introwertycznym, którzy w domu nie byli przez nikogo rozpraszani. Jest grupa uczniów, która lepiej odnalazła się w tym świecie. Teraz trzeba zastanowić się, co zrobić, żeby bardziej uwzględniać ich potrzeby w pracy szkolnej.

Inna sprawa, że edukacja zdalna pokazała duże możliwości zmiany w sposobie prowadzenia lekcji. Teraz pracujemy normalnie, ale nadal proszę uczniów o logowanie się na Teamsach, bo robię tam niektóre kartkówki. Siedzą w klasie i piszą je w swoich smartfonach. To ułatwia mi pracę, pozwala zaoszczędzić czas.

Jak ty radziłeś sobie podczas nauki zdalnej? Pytam nie tyle o kwestie techniczne, co o kwestie emocjonalne.

To jest zupełnie inny poziom kontaktu i emocji, które się wyzwalają. Praca łączy się dla mnie z wymianą energii, tworzeniem wspólnej atmosfery. Gdy dyskutujemy, widzę, jak uczniowie reagują, kiedy się uśmiechają, kiedy są zaskoczeni, zdziwieni, poruszeni. To wszystko w przypadku edukacji zdalnej jest niemożliwe do odtworzenia. Ale pojawiły się inne opcje, niemożliwe do zrealizowania w przypadku edukacji stacjonarnej. Zapraszałem na lekcję gości, np. Dorotę Masłowską, Dianę Lelonek czy Alex Freiheit z Siksy. To były rewelacyjne zajęcia, których w normalnych warunkach po prostu nie moglibyśmy zrealizować. 

Zdecydowanie nie tęsknię za edukacją zdalną, ale jestem zdania, że - już poza sytuacją pandemii - wybrane dni nauki zdalnej mogłyby być świetnym rozwiązaniem, pozwalającym np. zrealizowanie określonego zadania, które jest możliwe tylko wtedy, gdy każdy siedzi w domu przed komputerem. Wyobrażam sobie wspólne granie online w grę powiązaną z tematyką zajęć albo zorganizowanie w taki dzień spotkania online z ekspertem, któremu uczniowie mogą zadawać pytania podczas wideokonferencji.   


Piotr Szwed - literaturoznawca zajmujący się krytyką muzyczną, na co dzień przede wszystkim nauczyciel języka polskiego, czym zajmuje się od 12 lat. Obecnie pracuje w VIII Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Asnyka w Łodzi. Autor książki "Oddaleniec. Poezja Bolesława Leśmiana wobec romantyzmu polskiego", regularnie publikuje w Dwutygodniku i Czasie Kultury, były redaktor naczelny serwisu Screenagers.pl.

Anna Nicz, anna.nicz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy