Reklama

Reklama

W poszukiwaniu zrabowanych dzieł sztuki

​Skarby z karkonoskich schronisk

Przeglądając różnego typu książki i opracowania dotyczące Sudetów, nadziwić się nie mogę bezkrytycznej wierze w skarby rzekomo ukryte przez Niemców w schroniskach górskich. Chyba tylko niedostatkiem powojennych lat można wytłumaczyć to, jak łatwowierni potrafili być czytelnicy, chłonący tego typu publikacje. A już nimb tajemniczości, jakim próbowano otaczać wypadki spłonięcia schronisk, trudny jest do wytłumaczenia w sposób racjonalny. Potęga opowieści o ukrytym skarbie, czy też o zagadkowym pożarze schroniska spalonego tylko po to, aby ukryć wielką defraudację... niezmiernie mnie zadziwia. Czy jest w nich choć ziarnko prawdy?

Odpowiedź na to pytanie jest typowo prawnicza: to zależy. Konkretnie zależy, co uznamy za skarb. Spróbujmy więc przyjrzeć się kilku schroniskom karkonoskim, leżącym głównie na terenie Karpacza, i temu, co się w nich wydarzyło mniej więcej w połowie XX wieku. Cofnijmy się więc myślami w czasie...

Reklama

Latem 1945 roku niewiele osób myślało o wędrówce szlakami Karkonoszy. Polska dopiero oswajała się z włączonym w jej granice Śląskiem, a niedawni obywatele III Rzeszy jeszcze nie potrafili uwierzyć, że to już nie są ich ziemie. Szklarska Poręba, Karpacz czy Kowary, były nadal pod względem etnicznym gminami, w których przeważającą część mieszkańców stanowiła mniejszość niemiecka. Choć brzmi to nienaturalnie, to mniej więcej w ten sposób określano sytuację narodowościową w comiesięcznych raportach wysyłanych do władz zwierzchnich. Polaków w Karkonoszach było niewielu.

I właśnie z tego ciekawego dla historyków czasu, niemal brak jest wiarygodnych relacji, co się działo w górach z karkonoskimi schroniskami.

Wiadomo, że część z nich nadal prowadzona była przez dotychczasowych niemieckich gospodarzy. W części obiektów stacjonowali żołnierze Wojska Polskiego, którzy do końca października 1945 roku pilnowali granicy z Czechosłowacją, zanim tę rolę przejęły Wojska Ochrony Pogranicza. Więcej informacji o stanie schronisk mamy z 1946 roku, kiedy to zaczęli przyjeżdżać w śląskie góry dziennikarze z prasy wielkopolskiej, małopolskiej czy górnośląskiej, opisując to, co zastali. Spora część karkonoskich schronisk była wtedy dokumentnie wyszabrowana i zdewastowana. Można przypuszczać, że dokonali tego głównie polscy szabrownicy traktujący Ziemie Odzyskane jako darmowy rezerwuar dóbr wszelakich. Zachowały się też nieliczne wzmianki, próbujące zrzucić przynajmniej część winy na obywateli Czechosłowacji, rozkradających opuszczone, przygraniczne schroniska w Karkonoszach.

Na usta ciśnie się podstawowe pytanie: cóż takiego wyniesiono z opuszczonych schronisk? Czy szabrownicy znaleźli tam kufry ze złotem ukryte przez zapobiegliwych Niemców w nadziei, że grzbiet Karkonoszy znajdzie się z dala od linii frontu i będzie tu można przeczekać spokojnie wojenną zawieruchę?

Faktem jest, że "długoletni, przejściowi panowie tych ziem", jak nazywano wówczas Niemców, nie zdążyli, lub nie mieli możliwości, opróżnić schronisk "do czysta" i co nieco wartościowego w nich zostało. Choć od razu należy zaznaczyć, że tuż po wojnie, każdy niemal  artykuł miał dużą wartość. Pamiętam jak swego czasu, w Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie, przeglądałem meldunki dzienne Wojsk Ochrony Pogranicza z terenu Karkonoszy, z lat tużpowojennych. Część z nich była wydrukowana na odwrocie niemieckiego papieru firmowego jednego ze schronisk, bodajże schroniska pod Łabskim Szczytem. Jak widać, jednostronnie czysty papier był w pewnych sytuacjach przydatniejszy od złota...

Znajdowano też bardziej zaskakujące łupy.

W schronisku na Śnieżce trzeba było zdemontować kabiny z radiową aparaturą nasłuchową, używaną podczas wojny przez niemiecką armię. W schronisku Strzecha Akademicka znajdowały się, według relacji z lutego 1946 roku, bogate kolekcje talerzy, miedzioryty, drzeworyty czy poroża łosi. Ten ostatni budynek akurat nie został rozszabrowany, gdyż Polacy zagospodarowali go już w 1945 roku.

Skarbowa legenda towarzyszyła Domkowi Myśliwskiemu. Schronisko to, położone poniżej Małego Stawu, było tuż po wojnie wydzierżawione przez osobę prywatną, później niszczało, potem zajął się nim kolejny prywatny inwestor, aż wreszcie przejął je Karkonoski Park Narodowy (KPN). Jak widać, na przestrzeni pierwszych kilkunastu powojennych lat, obiekt parokrotnie stał pusty i z pewnością nie brakowało okazji, aby go dokumentnie przeszukać. Kilka lat po utworzeniu KPN-u, budynek zaczął pełnić funkcję schroniska studenckiego. Pierwszym jego gospodarzem, po wydzierżawieniu przez Zrzeszenie Studentów Polskich, był Jerzy Stryjecki, późniejszy bytomski adwokat. W październiku 2010 roku spotkałem się z nim przypadkowo, w trakcie spotkania ze słuchaczami Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Bytomiu, które poświęcone było m.in. książce "Góry Polski". Umówiliśmy się na rozmowę na temat początków funkcjonowania Domku Myśliwskiego w roli schroniska studentów wrocławskich uczelni. Usłyszałem historię remontu i zagospodarowania obiektu, w którym panowały naprawdę spartańskie warunki. Okazuje się, że wówczas, w latach 60. XX wieku, Jerzy Stryjecki nie mógł się opędzić od poszukiwaczy skarbów. - Panie, czy jest tu co do wyszabrowania? - takie zapytanie padło wtedy niejeden raz. Aby zniechęcić potencjalnych penetratorów, młody gospodarz Domku Myśliwskiego posługiwał się fortelem, odpowiadając im: - Nie ma. To co było, samemu wszystko wyszabrowałem. Skutkowało.

Tej opowieści zapewne nie słyszeli panowie ze służb podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, którzy kilka lat później, w rejon Domku Myśliwskiego, zawieźli Herberta Klosego - w ramach akcji poszukiwania domniemanych niemieckich skarbów, jakie miały zostać wywiezione z Wrocławia pod koniec II wojny światowej. Wątek ten został opisany m.in. w książce Jacka M. Kowalskiego, Roberta J., Kudelskiego pt. "Złoto generałów", wydanej przez wydawnictwo Technol - tam więc odsyłam zainteresowanych szczegółami. Tu starczy nadmienić, że rejon Domku Myśliwskiego został wytypowany jako potencjalne miejsce ukrycia skarbów. Wydaje się jednak, że tym razem chodziło o skrytki nie w samym schronisku, lecz gdzieś obok niego. Tak czy siak, niczego nie znaleziono.

Nieco powyżej Domku Myśliwskiego, prawie nad brzegiem Małego Stawu, znajduje się schronisko Samotnia. Jak wynika z dokumentów, to właśnie w tym obiekcie, coś, mniej lub bardziej cennego, zostało ukryte przez Niemców. Co? Niełatwo powiedzieć...

W lutym 1951 roku zakończona została kontrola w oddziale Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Jeleniej Górze, prowadzona od jesieni roku poprzedniego. Przeprowadziła ją wrocławska delegatura Najwyższej Izby Kontroli. Akta z tejże kontroli zachowały się w Archiwum Państwowym we Wrocławiu. Nas w tym momencie najbardziej zainteresować może zeznanie, jakie złożył Henryk Graff, wówczas kierownik karkonoskiego schroniska "Odrodzenie" stojącego nad Przełęczą Karkonoską:

"Wg wypowiedzi zdaje się Borkowskiego - Staroń wieszał Niemców z »Samotni«, których tam zastał, po to, by powiedzieli, gdzie są rzeczy schowane. Gdy powiedzieli, to ich zwolnił". Wspomniany Przemysław Borkowski, na którego powoływał się Henryk Graff, był do 1950 roku kierownikiem schroniska Śląski Dom na Przełęczy pod Śnieżką. Natomiast oskarżany o wieszanie Niemców Stanisław Staroń, był pierwszym polskim gospodarzem Samotni. Czy znalazł tam srebrną zastawę stołową, złote monety, czy też innego rodzaju kosztowności, tego się już pewnie nie dowiemy.

Skarbowe tło próbowano dorobić pożarowi schroniska im. księcia Henryka Pobożnego na Smogorni. Obiekt ten spłonął w nocy z 10 na 11 października 1946 roku. Historia ta opisywana była na łamach "Odkrywcy" kilka lat temu ("Odkrywca" nr 2/2012). Publicystą, który rozpowszechnił sensacyjną hipotezę, był Andrzej Klamut, działacz sportowy z Karpacza. Później usiłował on połączyć sprawę pożaru schroniska im. księcia Henryka Pobożnego na Smogorni z pożarem schroniska im. Bronisława Czecha. Ten drugi pożar miał miejsce w pierwszej połowie grudnia 1966 roku. Andrzej Klamut widział pewne analogie pomiędzy obydwoma wydarzeniami i zastanawiał się, czy sprawa ma drugie dno:

"Do tej pory nie wiadomo jednak czy pożar wywołany został celowo, czy też był to nieszczęśliwy wypadek. W tym czasie bardzo surowo karano dowody marnotrawstwa dobra narodowego. Dziwi więc cisza, jaka zapadła po pożarze »Bronka Czecha«. (...) Zastanawiający jest również fakt, iż pożar wybuchł w pomieszczeniu, gdzie był jedyny aparat telefoniczny. Ponadto w pokoju kierownika nie brakowało zapewne popielniczek. Przypadek, czy celowe działanie? - pytanie to zostaje otwarte".

Czyżby schronisko im. Bronisława Czecha, leżące w górnej części Karpacza, przy ul. Na Śnieżkę, miało zostać podpalone w celu ukrycia jakiejś wielkiej defraudacji? Teza to karkołomna i nie mniej absurdalna, niż ta, że ofiary lawiny śnieżnej w Białym Jarze z marca 1968 roku pojechały tam w Karkonosze zimą, aby odkopać spod śniegu złoto Wrocławia. Na pytania stawiane przez Andrzeja Klamuta da się logicznie odpowiedzieć. Z innych relacji wynika, że w schronisku nie było jednego aparatu telefonicznego, lecz dwa. Tyle że ten drugi... nie posiadał tarczy, więc nie można było z niego wykręcić żadnego numeru. Mógł on więc służyć głównie do odbierania połączeń. Tak, tak, w czasach PRL były i takie aparaty telefoniczne bez tarczy. Ponadto, po pożarze schroniska im. Bronisława Czecha nie zapanowała żadna cisza, wręcz odwrotnie - sprawa obiła się głośnym echem, a koncepcja odbudowy wałkowana była jeszcze przez wiele lat. Dalej. Może i w pokoju kierownika schroniska nie brakowało popielniczek, ale faktem jest, że niedopałek wrzucono do wiklinowego kosza. Ot nonszalancja palaczy...

Jestem przekonany, że dzisiaj nie ma najmniejszego sensu zrywać podłóg, albo poszukiwać zamaskowanych skrytek w piwnicach karkonoskich schronisk turystycznych. Przez obiekty te, tuż po wojnie, przeszły gromady maruderów i poszukiwaczy łupów. W części schronisk funkcjonowały, przez pewien czas, strażnice, bądź też tylko placówki Wojsk Ochrony Pogranicza. Dziesiątki ekip remontowo-budowlanych przewinęły się przez każde ze schronisk na przestrzeni dziesięcioleci. Niejeden z kierowników miał też wystarczająco dużo czasu, aby nasłuchać się ewentualnych opowieści o poniemieckich skrytkach, a potem ewentualnie, w martwym sezonie, gdy w schronisku nie było żadnych turystów, zweryfikować te opowieści. Ale jeśli kogoś to nie przekonuje - proszę bardzo. Wystarczy kupić bilet wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego oraz, co będzie ciut większym wydatkiem, profesjonalny wykrywacz metalu i ruszyć na wędrówkę od schroniska do schroniska, oczywiście po uprzednim uzyskaniu wszelkich pozwoleń. Powodzenia!

Tomasz Rzeczycki

Literatura i źródła:

1. A. Klamut, "Tajemnica »Bronka Czecha«, [w:] "Karkonosze" nr 3 (175)/ 1992, s. 41-44

2. J. M. Kowalski, R. J. Kudelski, "Złoto generałów", Technol, Kraków 2009

3. T. Rzeczycki, "Zagadka spalonego schroniska księcia Henryka Pobożnego" [w:] "Odkrywca" nr 2 (157)/2012 s. 27-31

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy