Reklama

Reklama

Przez żołądek do serca

Kolacja w stylu obiadów czwartkowych Stanisława Augusta Poniatowskiego, wycieczka po Polsce w poszukiwaniu produktów regionalnych albo zwiedzanie Warszawy trasą nowych smaków - to nowe, niekonwencjonalne sposoby na promocję polskiej kultury. Jak się okazuje - skuteczne.

Taką właśnie strategię wśród berlińczyków obrała Julia Bosski, dwudziestoparoletnia warszawianka. Stworzyła klub kolacyjny Polskie Obiady Czwartkowe (Polish Thursday Dinners), na punkcie którego oszalał najpierw międzynarodowy światek artystyczny, a - odkąd o inicjatywie napisał portal Freunde von Freunden - również poważne berlińskie instytucje, spieszące do Julii z zamówieniami.

- Kiedy pięć lat temu przyjechałam do Berlina, słyszałam wokół: Jesteś z Polski? A, to wy pijecie wódkę, jecie pierogi i kradniecie nasze rowery. Próbowałam wyjaśnić, że jest zupełnie inaczej - wspomina Julia. By przełamać kulinarno-kulturowe stereotypy, zaczęła więc serwować tradycyjne dania rodzimej kuchni w nowoczesnym ujęciu, zwołując znajomych na zamknięte spotkania kulinarne w różnych miejscach w mieście - początkowo do spółki z byłym chłopakiem, który organizował tego rodzaju kolacyjne kluby. Fama rozniosła się szybko, zwłaszcza gdy od pierogów Julia przeszła do wymyślania nowych dań na bazie tradycyjnej kuchni. Jednym z przebojów stał się czarny burger z oscypkiem i śledziem. Polskie Obiady Czwartkowe nawiązują świadomie do tradycji obiadów Stanisława Poniatowskiego, podczas których - prócz degustacji - zajmowano się dyskusjami i czytaniem literatury. W taki sposób Julia promowała między innymi twórczość Gombrowicza. Przy jej stole nie przeważają bowiem Polacy, tylko miejscowi lub przybysze z różnych stron świata.

Reklama

Od roku Julia promuje też utalentowanych szefów polskiej kuchni. Wspólnie organizują kolacje - podczas "KüchenSpiele“ w Kaufhaus Jandorf prezentującej najciekawsze zjawiska gastronomiczne w Berlinie współpracowała z Flavią Borawską. W planach ma wymianę między szefami kuchni z Berlina i Warszawy i promocję polskich smaków w Anglii i w Stanach Zjednoczonych - a przy okazji również i kultury. Za naszą cechę charakterystyczną i największy atut uważa różnorodność - ze względu na skomplikowaną historię i częste zmiany granic polska kuchnia podlegała wpływom z różnych stron świata.    

Chwytliwe dla cudzoziemskich uszu hasło "Food, Vodka and Culture" też kryje głębszy sens. Wykorzystująca je Agnieszka Wojtowicz-Jach, współwłaścicielka Warsaw Trip - firmy organizującej wycieczki dla obcokrajowców, której założyciele jako pierwsi stworzyli koncepcję turystyki kulinarnej po Polsce dla zagranicznych dziennikarzy i zarazili tą ideą Instytut Adama Mickiewicza, podkreśla, że wszystko zależy od kontekstu. - Jeśli zabieramy grupę na przejażdżkę po Warszawie zabytkowym tramwajem, to poczęstunek złożony z pierogów, chleba ze smalcem i ogórków kiszonych jest  jak najbardziej na miejscu. Podobnie z polską wódeczką. To nas wyróżnia w świecie, świetnie się sprzedaje, czemu się od tego odżegnywać? Dlatego świadomie gramy w nazwie z konwencją.  Uczestnicy wyjazdów biorą udział w warsztatach lepienia pierogów albo koktajli na bazie wódki - szarlotki lub wściekłego psa.  Ale poznają też drugi koniec spektrum - chwalimy się pierwszymi restauracjami michelinowskimi, organizujemy kolację w hotelu Starym w Krakowie, gdzie szef kuchni uczy ich, jak zrobić chłodnik z szyjkami rakowymi, zapraszamy na spotkania z przedstawicielami polskiej kultury, działaczami organizacji pozarządowych, dziennikarzami. Obraz Polski, który chcemy przekazać? Że nasz kraj to mozaika kulturowa, współtworzona przez wieki przez różne nacje, w której kuchnia odgrywa istotną rolę. Szanujemy swój dorobek kulinarny, ale jesteśmy nowocześni - podkreśla Wojtowicz-Jach.

Monika Brzywczy, redaktorka naczelna magazynu "Usta", promuje Polskę kulinarnie poza jej granicami. Przykładowo, w 2016 roku we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych wydała kolacje w czterech europejskich miastach: Berlinie, Pradze, Bratysławie i Budapeszcie, za każdym razem starannie wybierając miejsca, w których miały się odbyć. Miejscowi dziennikarze i blogerzy kulinarni mieli okazję poznać nie tylko nowoczesną twarz polskiej gastronomii, ale również polskiej mody i designu. W roli mistrza ceremonii występował Michał Gniłka, kucharz samouk, który zawodowe szlify zdobywał w Londynie, a potem między innymi pracował przez rok na planach filmowych hollywoodzkich produkcji, gotując dla sław w rodzaju Stevena Spielberga, Ridleya Scotta czy Charlize Theron.  Wystrój stołu przygotowała modna poznańska kwiaciarnia. Prowadząca spotkanie Maria Szybińska ze stowarzyszenia ArtAnimacje, ubrana w charakterystyczną sukienkę projektu jednej z młodych polskich marek odzieżowych, zwracała uwagę gości na zastawę - pochodzącą od krajowych, lokalnych producentów.

- Dobre restauracje mają już świadomość, że każdy element - począwszy od identyfikacji graficznej miejsca, po osobę, która wita gości, wnętrze, kwiaty czy dźwięki w tle wpływa na to, co przeżywamy podczas wizyty - mówi Monika Brzywczy. - Dlatego przy stole słuchamy polskiej muzyki, współpracujemy z młodymi firmami modowymi, bo nawet nasze stroje mają składać się na pewnego rodzaju holistyczne doświadczenie. Chcemy promować Polskę ciekawą, inspirującą, nowoczesną, ale świadomą również swoich korzeni, oryginalności, charakteru. Pokazujemy nasze publikacje, częstujemy kawą trzeciej fali (kawosze zwracają większą uwagę na to co piją, delektują się smakiem kawy i nie traktują jej jak zwykłego napoju), ale też w menu jest oscypek, żurawina, jabłka, miód spadziowy, jagnięcina czy kasza gryczana.

- Mamy świetne śliwki węgierki, twaróg, kasze, kiszone ogórki i kapustę -wylicza Monika Kucia, ekspertka kulinarna, współpracująca z Instytutem Adama Mickiewicza i innymi organizacjami zapraszającymi opiniotwórczych obcokrajowców do podróży po Polsce połączonej z kosztowaniem tutejszych specjałów. -  Jakość się zawsze obroni, a polskie produkty regionalne są znakomite. Dlatego najbardziej lubię zawozić gości z zagranicy bezpośrednio do producentów żywności regionalnej w różnych miejscach w Polsce. Nic tak nie uwiarygadnia danego produktu, jak możliwość przyjrzenia się, jak powstaje, rozmowa z jego wytwórcą, doświadczenie energii miejsca, osadzonego w konkretnej tradycji. Przybysze są zwykle zaskoczeni, reagują entuzjastycznie. Innym naszym atutem są doskonałe warunki przyrodnicze. Około 24 proc. powierzchni kraju to grunty rolne użytkowane w sposób sprzyjający zachowaniu wysokiej różnorodności przyrodniczej. W skali Europy to bardzo dużo. 

Monika Brzywczy podkreśla, że dzisiejsze kulinaria to poszukiwanie cech charakterystycznych dla danego miejsca - produktów, smaków, procesów i przetwarzanie ich na nowo, filtrowanie przez wrażliwość i pomysłowość szefa kuchni. - Opowiadamy więc, że mamy świetne restauracje, wykształconych szefów, produkty wysokiej jakości, ale też genialną ceramikę, dobrze zaprojektowane wnętrza restauracji, świetne wina i obsługę, która nie odbiega od standardów europejskich. I że warto do nas przyjechać, zwiedzać, skosztować.

- Oboje z moim wspólnikiem, Wojciechem Błaszczykiem, wywodzimy się z branży reklamowej, więc opracowaliśmy nasze wycieczki jako typowy program marketingowy: począwszy od doboru dziennikarzy - muszą to być postaci opiniotwórcze i interesujące się już wcześniej Polską, poprzez umawianie się z nimi na konkretne publikacje podsumowujące wyjazd i bezlitosne rozliczanie z efektów w postaci zrealizowanych materiałów - włącznie ze wskazaniem nakładu czasopisma i wyliczenia, ile kosztowałaby w nim reklama podobnej objętości - opowiada Agnieszka Wojtowicz-Jach. - Tylko takie podejście daje efekty. 

- Aby promocja Polski poprzez kuchnię przynosiła skutek za granicą, potrzeba połączenia działań podejmowanych przez grupy pasjonatów, władze samorządowe i duże instytucje - dodaje Monika Kucia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje