Reklama

Reklama

Komisja Europejska kontra Węgry. Ekspert: Dojdzie do bitwy prawnej podobnej do polskiej

Przez ostatnie 12 lat Viktor Orban stosował taniec pawia z Brukselą. Trochę stroszył piórka, trochę się naginał, niby wykonywał wyroki TSUE, ale tylko połowicznie. To się może zmienić - mówi w rozmowie z Interią Daniel Hegedüs, węgierski politolog z German Marshall Fund. - Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później dojdzie do, bardzo podobnej do polskiej, bitwy prawnej między Węgrami a UE - dodaje ekspert.

Jowita Kiwnik Pargana: Na jakim etapie jest aktualnie spór o praworządność między Unią Europejską a Węgrami?

Daniel Hegedüs, węgierski politolog z amerykańskiego think tanku German Marshall Fund: Myślę, że możemy tu rozróżnić dwie płaszczyzny: z jednej strony te wszystkie kwestie, które są przedmiotem sporu między Komisją Europejską a węgierskim rządem, z drugiej - poważne naruszenia instytucjonalne, które podważają rządy prawa na Węgrzech, ale o których UE albo już nie pamięta, albo uważa je za zbyt polityczne, żeby z ich powodu wszczynać postępowanie przeciwnaruszeniowe wobec Węgier lub choćby skierować skargę do węgierskich władz.

Reklama

Co konkretnie Bruksela zarzuca Węgrom?

- Powtarzają się te same trzy zarzuty. Pierwszy dotyczy niezależności prokuratury, a zwłaszcza niezależności prokuratora generalnego Petera Polta, byłego posła Fideszu i jednego z najbliższych współpracowników premiera Viktora Orbana, i tego, że węgierska prokuratura praktycznie nie prowadzi dochodzeń w sprawach o korupcję, a dotyczących kręgów politycznych i biznesowych skupionych wokół partii rządzącej. W ciągu ostatniej dekady na Węgrzech stworzono zorganizowany system korupcyjny oparty na celowym nadużywaniu funduszy unijnych, co umożliwiło Fideszowi rozszerzenie kontroli nad węgierskim rynkiem medialnym i nabycie szerokiego kręgu aktywów, zapewniając elicie solidną podstawę ekonomiczną, nawet w przypadku odsunięcia jej od władzy w przyszłości. W UE uważa się, że na Węgrzech praktycznie zbudowano równoległe państwo w oparciu o środki unijne, a prokuratura kierowana przez Petera Polta w tym pomagała. To jest powodem niepokoju KE, zwłaszcza odkąd w 2020 r. nadużycia przy wydawaniu funduszy unijnych znalazły się w centrum uwagi polityki europejskiej, a kwestia ta zaczęła być podnoszona przez kilka krajów członkowskich, w tym Holandię czy Szwecję.

Dlatego kwestia prawidłowego wydawania funduszy unijnych stała się podstawą nowego unijnego mechanizmu warunkowości, który uzależnia wypłaty funduszy od przestrzegania praworządności?

- Zapewne. Zresztą procedura wobec Węgier i Polski została właśnie formalnie rozpoczęta, listem wysłanym przez Komisję Europejską 19 listopada do Orbana i Morawieckiego. Węgrom zarzuca się w nim m.in. że nie mają kompleksowej strategii antykorupcyjnej i że praktycznie nie stosują się do zaleceń OLAF-u, czyli Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. Korupcja jest tu ściśle powiązana z kwestią niezależności prokuratury i jako taka stanowi jeden z elementów sporu o praworządność.

Jak Orban odpiera te oskarżenia?

- Węgierskie władze stoją na stanowisku, że przetargi publiczne lub procedury zamówień publicznych, co do których pojawiają się zarzuty o korupcję, są w pełni zgodne z prawem. Patrząc z tej perspektywy faktycznie tak jest. Nawet jeśli Węgry mają w Unii Europejskiej jeden z najwyższych odsetków przetargów z jednym oferentem, to rzeczywiście jest to zgodne z węgierskimi przepisami o przetargach i zamówieniach publicznych. Rząd tłumaczy, że nie robi nic innego, tylko wspiera krajowy przemysł i rodzimych przedsiębiorców, zaś to, co UE uważa za korupcję, jest niczym więcej, jak tylko narodowym podejściem do robienia interesów i wzmacnianiem węgierskiego kapitału w konkurencji z międzynarodowymi firmami.

Mówił pan o trzech zarzutach ze strony KE. Jakie są dwa kolejne?

- Drugą kwestią związaną z praworządnością są obawy o niezależność Krajowego Urzędu Sądowniczego, zwłaszcza biorąc pod uwagę szerokie kompetencje jakie uzyskał na mocy ustaw zainicjowanych przez Fidesz w stosunku do organów sądowniczych i sądów oraz samego wymiaru sprawiedliwości. Mowa tu o możliwościach mianowania, odwoływania czy dyscyplinowania sędziów, delegowania sędziów na stanowiska tymczasowe lub przekazywania spraw z jednego sądu do drugiego.

Trzeci zarzut dotyczy wprowadzonego dwa lata temu specjalnego mechanizmu odwoławczego, który umożliwia instytucjom publicznym odwołanie się do Trybunału Konstytucyjnego nawet w sprawach, w których sądy powszechne już wydały prawomocne wyroki. Oznacza to, że jeśli jakieś orzeczenie sądu nie jest korzystne dla instytucji państwowych, mogą one domagać się jego zweryfikowania przez TK.

Węgierskie władze mówią, że zmiany w sądownictwie były konieczne.

- Według Fideszu wszystkie te posunięcia były niezbędne, żeby węgierski system sądowniczy był bardziej efektywny. I tak na przykład możliwość przenoszenia spraw z jednego sądu do drugiego lub, w niektórych przypadkach, czasowe przeniesienie lub oddelegowanie sędziów do innego sądu są konieczne do skuteczniejszego rozstrzyganie spraw. Zdaniem Orbana, reforma węgierskiego wymiaru sprawiedliwości nie powinna być, więc postrzegana jako kwestia czy problem niezależności.

A co z tematami, które KE "zapomniała" poruszyć?

- Praktycznie nie wspomina się o braku niezależności węgierskiego Trybunału Konstytucyjnego i jego upolitycznionym charakterze. Powód tego jest bardzo prosty - zawłaszczenie węgierskiego TK w 2013 r. odbyło się "zgodnie z prawem", w sposób, który nie naruszał węgierskiej konstytucji. A to dlatego, że Fidesz, który od 2010 r. ma większość konstytucyjną w parlamencie, wcześniej ustawę zasadniczą odpowiednio zmienił, więc mógł stanowiska sędziów obsadzić, jak chciał. A skoro politycznie zawłaszczenie sądu odbyło się zgodnie z normami proceduralnymi, KE się na to nie skarżyła. To się oczywiście może niebawem zmienić, zwłaszcza, że do węgierskiego TK trafił - podobnie jak niedawno do polskiego - wniosek ze strony rządu w sprawie prymatu prawa unijnego. Chodzi tu o orzeczenie czy europejskie normy dotyczące azylu i uchodźców są sprzeczne z węgierską konstytucją. Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później dojdzie do, bardzo podobnej do polskiej, bitwy prawnej między Węgrami a UE.

Co z zarzutami wobec Węgier o łamanie praw człowieka? Mówię tu nie tylko o migrantach, ale także o przepisach uderzających w społeczność LGBT.

Wobec Węgier wszczęto już kilka postępowań przeciwnaruszeniowych w związku z nieprzestrzeganiem przepisów i wymogów UE w zakresie prawa azylowego i migracyjnego. Trwa również postępowanie o naruszanie praw człowieka mniejszości seksualnych na Węgrzech. Pozostaje pytanie jak zakwalifikować te kwestie: czy są one częścią systemowego braku praworządności na Węgrzech, czy też jego konsekwencją?

Węgierskie władze mówią, że spór o praworządność z UE to tak naprawdę spór światopoglądowy, że Bruksela ma liberalne poglądy, które uważa za jedyne słuszne i nie jest w stanie zaakceptować modelu konserwatywnego.

- Ja nie zgadzam z tą narracją o zderzeniu światopoglądu liberalnego i konserwatywnego. Mamy rządy konserwatywne w Europie, nawet w Europie Środkowo-Wschodniej, jak nowy przyszły rząd czeski, który pokazuje, że chociaż jest konserwatywny, może być proeuropejski, prodemokratyczny i antykorupcyjny.

Rozporządzenie "pieniądze za praworządność" obowiązuje od stycznia, ale Komisja jeszcze na szczycie Rady w grudniu ub.r. obiecała premierom Polski i Węgier, że jeśli uchylą swoje weto budżetowe, to nie będzie wnioskować o zawieszenie wypłat do czasu rozpatrzenia przez TSUE wniosku obu krajów o unieważnienie tych przepisów. Wyrok ma zapaść wiosną, ale KE już blokuje polskie i węgierskie środki z funduszu odbudowy.

Owszem, Komisja Europejska niezależnie od debaty na temat wdrożenia mechanizmu warunkowości, zawiesiła fundusze naprawcze dla Polski i Węgier z argumentacją, że w tych krajach istnieją poważne obawy co do należytego nimi zarządzania. Tym posunięciem KE pokazała, że niekoniecznie potrzebuje regulacji warunkowej, żeby wykonywać swoją pracę i że to zawsze była tylko kwestia woli politycznej. Najwyraźniej nie ma już politycznego apetytu by odblokować pieniądze. Dotychczas Angela Merkel mocno na to naciskała, teraz widzimy, że nastrój i stanowisko niemieckiego rządu się zmienia. Zresztą, jeśli spojrzeć na nową umowę koalicyjną to podrozdział o praworządności w UE jest jednym z najbardziej szczegółowych i jest tam bardzo wyraźne zdanie, że Niemcy poprą uruchomienie funduszy unijnych i funduszy naprawczych tylko wtedy, gdy obawy związane z praworządnością zostaną złagodzone w tych krajach, które podlegają takiej procedurze. Nawet jeśli, jak sądzę, Niemcy nie będą wywierać presji w relacjach bilateralnych z Polską i Węgrami, to będą znacznie aktywniej wspierać Komisję Europejską i instytucje unijne w zapewnieniu przestrzegania zasad praworządności.

Węgry, podobnie jak Polska, wytykają KE, że przekracza swoje kompetencje, faktycznie tak jest?

Uważam, że Komisja Europejska i Unia Europejska działają w ramach swoich kompetencji legislacyjnych. Główny problem polega na tym, że KE, która jest strażnikiem traktatów, nie wykorzystała dostępnych narzędzi wcześniej. Przez ostatnie 12 lat Orban stosował taniec pawia z Brukselą, trochę stroszył piórka, trochę się naginał, niby wykonywał wyroki TSUE, ale tylko połowicznie. To się może zmienić.

Rozmawiała Jowita Kiwnik Pargana

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy