Reklama

Reklama

Kohut o wizycie szefowej KE: Powinna reagować, gdy lis grasuje w kurniku

- Jestem zawiedziony, że przewodnicząca KE nie zareagowała w odpowiednim momencie. Kiedy premier podważa jej słowa i mówi, że praworządność w Polsce ma się bardzo dobrze, to powinna zareagować. Rozumiem jednak dyplomację. Szkoda, bo w momencie, kiedy lis grasuje w kurniku, trzeba reagować - mówi Interii europoseł Łukasz Kohut po wizycie Ursuli von der Leyen w Polsce.

Wizyta Ursuli von der Leyen w Polsce jest pokłosiem uzgodnień między polskim rządem a Komisją Europejską. Komisja zapowiedziała akceptację dla Krajowego Planu Odbudowy, o co polski rząd zabiegał od ponad roku. Kluczowym elementem ustaleń jest kwestia praworządności. Prezydencka ustawa o SN przełamała impas w rozmowach, ale musi być jeszcze wdrożona. Polska, jak mówiła von der Leyen, zobowiązała się też do spełnienia trzech istotnych warunków (o czym piszemy w tym tekście).

Reklama

Europoseł Łukasz Kohut zwrócił uwagę, że premier Mateusz Morawiecki w swoim wystąpieniu stwierdził, że winna "nieporozumieniu" jest opozycja, która "zdołała przekonać niektórych unijnych polityków do tego, że w Polsce łamana jest praworządność".

- Jestem zawiedziony, że przewodnicząca KE nie zareagowała w odpowiednim momencie. Kiedy premier podważa jej słowa i mówi, że praworządność w Polsce ma się bardzo dobrze, to powinna zareagować. Rozumiem jednak dyplomację. Szkoda, bo w momencie, kiedy lis grasuje w kurniku, trzeba reagować - uważa Kohut.

Polityczne "dwa światy"

Jego zdaniem na konferencji prasowej zderzyły się ze sobą "dwa światy".

- Widzę dwa światy. Ursulę von der Leyen, która mówi, że pieniądze zostaną uruchomione za przywrócenie praworządności. I widzę premiera Morawieckiego, który opowiada o cudzie gospodarczym i "putinflacji", a prezydent Andrzej Duda zbiera polityczne złoto, że był autorem tej zmiany - podkreśla polityk ze Śląska.

Choć wstępne porozumienie zostało zawarte, a KPO zaakceptowany, to wciąż Polska będzie musiała spełnić oczekiwania Brukseli, by rzeczywiście środki trafiły nad Wisłę. Czy prezydencka ustawa to wszystko gwarantuje?

- Trzeba poczekać co wydarzy się do końca z prezydencką ustawą. Przeciąganie liny potrwa, ale Bruksela naprawdę chce nam dać te pieniądze. Odczuwam to na korytarzach. To potrzebne wszystkim, bo obie strony się na to umówiły. To oczywiście kolejny krok do federalizacji Europy, dlatego też tak mocno Zbigniew Ziobro się stawiał w tej sprawie. Wszyscy na to zielone światło czekali, a czy dojdzie do pełnej realizacji tych założeń, musimy poczekać - uważa Kohut.

- Sędzia Waldemar Żurek kilka dni temu dostał kolejną dyscyplinarkę, inny sędzia został przywrócony, ale w innym miejscu. Obawiam się, że to wszystko może okazać się "mętną wodą" - dodaje.

Symboliczny warunek KE

W jego opinii jeden z warunków szefowej Komisji Europejskiej ma nie tylko wymiar praktyczny, ale też symboliczny.

- Przywrócenie sędziów to jeden z najważniejszych kamieni milowych. Symbolicznie to byłby ważny gest w kierunku KE. To nie jest jakiś legion sędziów, ale kilkunastu. Mam jednak wrażenie, że rząd tego po prostu nie dopnie - ubolewa.

Tymczasem w sobotę Prawo i Sprawiedliwość ma konwencję, która zgodnie z założeniami partii rządzącej, ma dać jej nowy impuls. Częściowe zamknięcie frontu z Brukselą, a w perspektywie wielkie środki na inwestycje, mogą być politycznym paliwem PiS do kolejnych wyborów w 2023 roku.

- Nie zgadzam się tylko z tezą, że jeżeli Polska dostanie pieniądze z KPO, to PiS ma (w kieszeni - red.) trzecią kadencję. Kompletnie tego nie widzę, bo wiem, co dzieje się oddolnie. Co tydzień spotykam się z wyborcami i odczuwam wielkie poruszenie dotyczące szalejących cen, rosnących rat, czy np. cen ekogroszku. Ludzie nie mają pieniędzy na zakup opału na zimę. Inwestycje inwestycjami, ale społeczeństwo ma już po prostu dość tej władzy - uważa Kohut.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy