Reklama

Reklama

Polska walczy z wielką wodą

Bieruń po powodzi - do normalności wciąż daleko

Na początku powodzi jest strach o własne życie, potem rozpacz po stracie dorobku. Kiedy ludzie na Dolnym Śląsku walczą z wodą i nie znają nawet ogromu strat, mieszkańcom Bierunia (Śląskie), dotkniętego przez majową powódź, wciąż daleko do zwykłego życia.

Bieruń to jedno ze śląskich miast, które najbardziej ucierpiały w wyniku majowego kataklizmu. Woda w kilkusetmetrowym rozlewisku utrzymywała się przez wiele tygodni. Niemal trzy miesiące po powodzi zalane domy w Bieruniu nadal straszą ścianami skutymi do pustaków i cegieł. W opustoszałych ogrodach rosną głównie chwasty i zniszczone przez wodę, zeschnięte krzewy. Ludzie mieszkają w garażach i udostępnionych przez gminę wozach kempingowych. Dopiero teraz spływają pieniądze z rządowej pomocy na remont i odbudowę domu - od 20 do 100 tys. zł. Nieliczni mają kłopoty z wyegzekwowaniem pieniędzy od ubezpieczycieli.

Reklama

W domu są gołe ściany, na podłodze piasek

Życie pani Jadwigi i jej męża toczy się na podwórku, gdzie mąż zainstalował zlew, oraz - jak mówi - w "salonie", czyli garażu. Tam też gotują. Śpią w wozie kempingowym, gdzie podczas upałów temperatura sięga niemal 50 stopni. Wóz dostali dwa miesiące po powodzi, wcześniej codziennie jeździli nocować do siostry pani Jadwigi w Tychach lub do szwagra.

W domu są gołe ściany, na podłodze piasek. - Już jest osuszone, musimy firmie zapłacić 3 tys. zł i robota ruszy dalej. Czekamy na te rządowe pieniądze, już mamy decyzję. Długo to trwało, biurokracja jest straszna - opowiada pani Jadwiga.

Problemy są też z wyegzekwowaniem ubezpieczenia. - Miałam typowe ubezpieczenie od powodzi. Szkodę zgłosiłam od razu, teraz są ciągłe korowody. Wysłałam im wszystkie dokumenty. Rzeczoznawca, który tu był, stwierdził, że szkoda jest całkowita, a byłam ubezpieczona na 110 tys. zł. Okazuje się, że ponoć nie ma jakichś dokumentów. Ja po prostu wynajęłam firmę doradczą, oni biorą 20 proc. od tego, więc będzie im zależało, żeby dostać jak najwięcej. Ja nie mam siły się z tym użerać, jest tu tyle spraw, co chwila coś wypisywać, coś załatwiać, człowiek już nie ma głowy do tego - narzeka kobieta.

Przyszła powódź. Myślałam, że umrę ze strachu

Pani Małgorzata Losoń nie była ubezpieczona. - Dwa miesiące przed powodzią robiliśmy generalny remont, wszystko nowe, i meble, i kuchnia. Mówiliśmy, że na jesień się ubezpieczymy, a w maju przyszła powódź. Tragiczne, żeby tak na stare lata... - przerywa, bo w oczach stają jej łzy.

Zaraz jednak rusza pokazywać, co już się udało zrobić. Dom jest osuszony, tynki położone. Na podłodze w kuchni kafelki. - Powódź ich nie uszkodziła, mąż porządnie widać położył, więc chyba zostawimy. Łazienkę też wymyłam i wygląda jak nowa - pokazuje.

- Ale boję się, że znów nas to spotka, jak te deszcze leją. Jak powódź przyszła, to myślałam, że umrę ze strachu. (...) Siedzieliśmy na schodach, a woda coraz wyżej do nas podochodziła. Strażacy nas łodzią ratowali, psa też wzięliśmy, ale bażanty i ozdobne kurki, które mąż hodował, to się wszystko potopiło - wspomina z żalem.

Dom zalany niemal po czubek dachu...

Na posesji państwa Kruków dumnie prezentuje się czyściutkie oczko wodne, w którym kwitną nenufary. Bardzo dbali o ogród - powódź całkowicie go zniszczyła. - Ale staramy się, żeby to jakoś wyglądało. Od rana się tu robi do wieczora" - opowiada pani Marta. Wybudowany zaledwie siedem lat temu domu państwa Kruków był zalany niemal po czubek dachu.

- Do tego stanu, co żeśmy mieli, to chyba nie wrócimy, bo tu było wszystko nowe. W tamtym roku wszystko skończyliśmy wymieniać - od pieców, lodówek, wypoczynków. I na pewno do tego nie doprowadzimy - mówi Marta Kruk. - Powoli się odbuduje, ale ile lat to potrwa? My już nie jesteśmy tacy młodzi - dopowiada jej mąż.

Oboje narzekają na długie oczekiwanie na pieniądze. Sprawa z ubezpieczycielem wciąż się toczy, piszą odwołania. Pieniądze rządowe po spełnieniu wielu formalności już dostali. - Do każdej rzeczy osobny wywiad, nawet jak trochę drewna dostaliśmy. Czy nie może być tak, że jeden wystarczy? - zastanawia się Stefan Kruk.

- Teraz w Bieruniu jest tak, że mężczyźni, np. tata i synowie, pracują przy domu, a mama biega za papierkami. Każdy chodzi po kilka razy i załatwia - komentuje Roman Chrząszcz. Powódź zalała jego właśnie budowany dom, był w stanie surowym. Ponieważ nie miał nawet numeru - a więc nie istniał w ewidencji - żadnej pomocy mu na razie nie przyznano. Wciąż pisze odwołania.

Były skargi na opieszałość - wojewoda zarządził kontrolę

- Jeżeli nie dostanę żadnego dofinansowania, to nic nie zrobię. Zabiję dechami i zostawię, bo mnie na to nie stać, żeby następne cztery lata robić, żeby doprowadzić do tego stanu, który już miałem - mówi z żalem.

Po skargach mieszkańców na opieszałość w wypłacie pieniędzy na odbudowy i remonty domów, wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk zarządził na początku tego tygodnia doraźną kontrolę w Bieruniu i Czechowicach-Dziedzicach. Jak wstępnie poinformował w piątek, potwierdziły się przypadki "opieszałości urzędniczej", skutkującej zbyt długim okresem między momentem złożenia wniosku o środki pomocowe a ich wypłatą. Kontrolę rozszerzono później o Częstochowę i powiat częstochowski. W poniedziałek wojewoda ma przedstawić bardziej szczegółowe ustalenia oraz działania w celu poprawy tej sytuacji.

MOPS: Mieszkańcy przerzucili swoje problemy

Dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Bieruniu Bogusława Miernik zapewnia, że jej pracownicy starali się pracować jak najlepiej. W pierwszym okresie po powodzi bieruński MOPS wsparli pracownicy ośrodków z Lędzin, Tychów, Katowic i Mysłowic. W ostatnim czasie zatrudniono trzy kolejne osoby. - Być może można było zrobić szybciej, ale nie ma ludzi do pracy. Zatrudnienie pracownika socjalnego nie jest takie proste, musi mieć odpowiednie kwalifikacje. Jest sezon urlopowy, moim pracownikom należy się odpoczynek. To trudna praca, mieszkańcy przerzucali swoje problemy na moich pracowników - tłumaczy.

MOPS w Bieruniu wydał dotychczas ok. 270 decyzji w sprawie pierwszego zasiłku po powodzi w wysokości do 6 tys. Wniosków o wsparcie na remont lub odbudowę domu jest ponad 200. Miernik informuje, że powinny być wypłacone wszystkim mieszkańcom do końca sierpnia, dotychczas zrealizowano połowę. - Przeżyliśmy już powódź w 1997 r., ale jej skala nie była tak duża i pomoc państwa nie była tak duża. Były tylko jednorazowe zapomogi, więc zupełnie inaczej się pracowało - ocenia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje