Reklama

Reklama

Robert Biedroń: Polska przespała negocjacje budżetu UE

- Polski rząd zamiast walczyć z ideologią gender, powinien skupić się na walce o unijne pieniądze. Inaczej czeka nas katastrofa - mówi w rozmowie z Interią europoseł Robert Biedroń.

Jowita Kiwnik Pargana: Finowie zaproponowali duże cięcia w przyszłym wieloletnim budżecie UE. Łagodniej za to podeszli do zasady powiązania funduszy UE z przestrzeganiem przez państwa członkowskie praworządności. Słusznie?

Reklama

Robert Biedroń: - To jest pragmatyzm, ponieważ art. 7 nie ma tak naprawdę mocy wykonawczej. Za nim nie idą konkretne rozwiązania, które sprawiłyby, że państwa, które naruszają praworządność poniosą za to realne konsekwencje; mówił o tym zresztą wielokrotnie Frans Timmermans. Dlatego Finowie znaleźli praktyczny sposób i postanowili powiązać praworządność z polityką wydawania środków unijnych.

Oczywiście, nie ma nic dziwnego w tym, że UE chce kontrolować sposób wydawania funduszy, ale czy taka zmodyfikowana reguła "pieniądze za praworządność" faktycznie rozwiąże problem naruszania państwa prawa?

- Niestety, myślę, że i ta reguła tego nie rozwiąże. Z drugiej jednak strony, ja nie chciałbym, żeby za naruszanie prawa, za niestosowanie się do reguł panujących w UE, za podważanie wartości unijnych przez PiS, cenę płacili Polki i Polacy. Chciałbym, żeby cenę za bezprawie, jakie stosowane jest dzisiaj w Polsce przez polityków, ponieśli obecnie rządzący. To będzie bardzo trudne. Dlatego oczekuję, że polska delegacja prodemokratyczna zrobi wszystko, żeby dopilnować, że jeśli mechanizm przyznawania funduszy za praworządność zostanie w jakimkolwiek stopniu zastosowany, to dotknie to tylko i wyłącznie obecną władzę. Nie chciałbym, żebyśmy my wszyscy musieli płacić za niekompetencję rządzących, chaos jaki panuje w tych negocjacjach i nieprzygotowanie polskiego przedstawicielstwa do rozmów budżetowych. A przede wszystkim za to jaki klimat rządzący w ostatnich pięciu latach wytworzyli wokół Polski.

Nie przesadza pan?

- Nie. To widać na unijnych korytarzach. Przez wiele lat byliśmy postrzegani jako champion Europy, wzorowy uczeń, a tu nagle dostajemy dwóję z demokracji. Ja jestem nowy w PE, ale przyznaję, że nie spodziewałem się, że jest aż tak źle, jeśli chodzi o wizerunek Polski.

Wspomniał pan, że polska delegacja prowadząca rozmowy budżetowe nie radzi sobie najlepiej?

- Trochę to wygląda, jakby Polska przespała negocjacje budżetu. Polska nie siedzi dzisiaj przy stole negocjacyjnym. Mieliśmy wstawać z kolan, rząd PiS obiecywał nam m.in. wyższe dopłaty unijne dla rolników. A teraz okazuje się, że dopłaty będą zamrożone, co najmniej. W każdej z polityk Polska straci - ciężar atencji unijnej przenosi się na południe Europy, które zmaga się z kryzysem migracyjnym i ogromnym bezrobociem. A Polska traci, na polityce spójności, na wspólnej polityce rolnej. Polski budżet, jeśli chodzi politykę spójności prawdopodobnie będzie zmniejszony o ok. 24 proc. I to jest katastrofa. Bo to realnie oznacza, że samorządy kupią mniej autobusów dla mieszkańców, wyremontują mniej chodników, ocieplą mniej szkół, będzie mniej środków na programy wymiany między krajami np. na badania naukowe. Mówię to także jako były samorządowiec. Ja po prostu wiem, co to znaczy.

W czym leży problem?

- Być może zajmowaliśmy się za bardzo swoim podwórkiem, walką z ideologią gender? A tu trzeba walczyć przede wszystkim o pieniądze. O realne rzeczy, które sprawią, że w Polsce będzie rósł dobrobyt, będziemy wyrównywali szanse między regionami, ale tak się nie dzieje.

Polscy politycy powtarzają, że będą walczyć o środki na politykę spójności.

- To ja trzymam kciuki. Bo też będę walczył.

Może jednak nie jest tak źle? Konrad Szymański, minister ds. europejskich, komentując propozycję fińską powiedział, że "udało się zatrzymać najbardziej szkodliwe cięcia w polityce spójności dla Polski".

- To pokazuje, że polski rząd nie ma żadnej strategii, bo wypowiedzi polityków nijak się mają do rzeczywistości, są kompletnie odrealnione. Widać, że Polska nie jest brana na serio. Polski rząd, oczywiście na własne życzenie, jest traktowany jak gorszy sort, o którym zresztą PiS tak chętnie mówi.

Podobno pojawiają się przecieki, że jeśli Polska zgodzi się na ustępstwa ws. redukcji CO2, to może dostanie więcej pieniędzy z budżetu UE. Natomiast Finowie nie wspominają ani słowem o Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, który miałby pomóc państwom takim jak Polska m.in. w odejściu od węgla.

- Rzeczywiście nie ma tego w propozycji fińskiej. W ramach funduszu ok. 100 mld euro miałoby zostać przeznaczone na transformację energetyczną. Dzięki tym środkom Polska mogłaby przeprowadzić rewolucję energetyczną. To dla nas szczególnie ważne, bo przypomnijmy, że co roku z powodu smogu umiera 45 tys. Polaków.

Tymczasem kilka dni temu minister Sasin podczas spotkania z górnikami powiedział, że "Polska nie przyjmuje do wiadomości, że czas węgla minął".

- Absurdem jest, że Polska idzie na konfrontację z polityką unijną, ponieważ to będzie oznaczało trudniejsze negocjacje, jeśli chodzi o środki unijne. Przecież projekt nowego Zielonego Ładu (strategia UE, która ma doprowadzić do neutralności klimatycznej w 2050 r. - przyp. red.) to jeden z priorytetów nowej Komisji. A Polska nawet nie uczestniczy w tych rozmowach. Przez takie działania, PiS będzie hamulcowym rozwoju Polski i hamulcowym dialogu z naszymi partnerami w Europie. PiS będzie największym szkodnikiem dla Polski, bo to przez niego nie dostaniemy tych środków. Przez ich głupią, średniowieczną, zacofaną politykę.

Parlament Europejski przyjmie propozycję Finów?

- Zdecydowanie nie. Jest jasne stanowisko przewodniczącego PE Davida Sassoli: "nie popieramy i będziemy walczyli o wyższy budżet UE".

Jowita Kiwnik Pargana

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy