Reklama

Reklama

Polityka spójności w praktyce. Czyli kulisy projektu CITLiK

- W trakcie realizacji projektu można było się zżymać, że trzeba jeździć do urzędu, poprawiać dokumenty itd. Gdybym jednak teraz miał w skali od 1 do 10 ocenić stopień łatwości przedsięwzięcia, dałbym 7 lub 8 - mówi Leszek Rams, który z ramienia Sieci Badawczej Łukasiewicz - Instytutu Lotnictwa odpowiadał za realizację projektu Centrum Innowacyjnych Technologii Lotniczych i Kosmicznych i uzyskanie unijnego dofinansowania. Całkowity koszt projektu wyniósł ponad 63 mln zł, z czego blisko 28 mln zł pochodziło z polityki spójności.

Interia: Ile czasu zajęło wam przygotowanie wniosku?

Reklama

Leszek Rams, który z ramienia Sieci Badawczej Łukasiewicz - Instytutu Lotnictwa odpowiadał za realizację projektu: - Musieliśmy to robić szybko. Myślę, że przygotowanie wniosku zajęło nieco ponad sześć miesięcy. Złożyliśmy wniosek o dofinansowanie, który został zaakceptowany. Potem sporządziliśmy umowę.

Z jaką jednostką współpracowaliście?

- Skontaktowaliśmy się najpierw z Urzędem Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego. Potem zostało to przekierowane do Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych. Wszelkie formalne sprawy załatwialiśmy bezpośrednio z dyrektorem Mariuszem Frankowskim.

Jaki był koszt przygotowania wniosku?

- Korzystaliśmy z firmy zewnętrznej, która wykonała studium wykonalności. Każdemu będę polecał takie rozwiązanie. Łączny koszt przygotowania wniosku zamknął się w kwocie ok. 30 tys. zł. W tym przypadku nieco zaryzykowaliśmy. Zaczęliśmy działania związane z budową budynku już wcześniej, czyli np. staraliśmy się o pozwolenie na budowę, przetarg na projekt był osobno, a przetarg na wykonanie inwestycji dopiero po otrzymaniu dofinansowania. Wówczas można było zaliczyć część kosztów poniesionych jeszcze przed inwestycją, a teraz zdaje się, tego zrobić się nie da.

Ile czasu minęło od pomysłu do realizacji tego projektu?

- Tak naprawdę dwa lata. Bardzo szybko, bo byliśmy na zaawansowanym etapie z istotnymi sprawami. Można dodać jeszcze rok tych naszych wstępnych, nieco wyprzedzających działań, o których wspomniałem. Natomiast od momentu przyznania dofinansowania, do zakończenia realizacji projektu, wszystko zamknęło się w dwóch latach (2013-2015).

Biurokracja dała się panu we znaki?

- Raczej nie. Mieliśmy naprawdę dobrą współpracę z Mazowiecką Jednostką Wdrażania Projektów Unijnych. Służyli pomocą, dawali rady, a my wypełnialiśmy ich polecenia. Wszyscy starali się, by niepotrzebna biurokracja nie przeszkadzała, natomiast potrzebną staraliśmy się realizować. Bo oczywiście rozumieliśmy, że niektóre życzenia Jednostki musimy spełnić.

Cała procedura okazała się skomplikowana?

- W trakcie realizacji projektu można było się zżymać, że trzeba jeździć do urzędu, poprawiać dokumenty itd. Gdybym jednak teraz miał w skali od 1 do 10 ocenić stopień łatwości przedsięwzięcia, dałbym 7 lub 8. Naprawdę podkreślam dobrą atmosferę, która pomogła przezwyciężyć sprawy, które wydawały się nieprzyjemne, czyli biurokrację.

Znów chcecie ubiegać się o unijne środki. Spodziewa się pan jakichś kłopotów?

- W tej chwili składamy fiszki, staramy się o kolejne dofinansowanie, które ma być kontynuacją tego projektu. Składamy dwie fiszki, ale mamy już doświadczenie, więc powinno nam być łatwiej. Oczekujemy wsparcia, które łącznie zamknie się w okolicy 50 mln zł.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy