Reklama

Reklama

Marek Belka: Groźby Polski wobec Unii uważam za blef

- Myślę, że polski rząd ugnie się pod żądaniami Unii Europejskiej. Za bardzo by stracił na braku kompromisu budżetowego, a w Polsce lubimy mieć pieniądze unijne i bardzo na nich polegamy - podkreśla w rozmowie z Interią były premier, europoseł SLD prof. Marek Belka.

Jowita Kiwnik Pargana: Do końca roku PE musi zatwierdzić proponowany przez Radę Europejską pakiet budżetowy, ale nadal pozostaje kwestia reguły "fundusze za praworządność". Parlament zapowiada, że nie zgodzi się na rozwodnienie zapisów. Co nas w takim razie czeka?

Reklama

Prof. Marek Belka: - Na pewno czekają nas niełatwe negocjacje i to nie tylko odnośnie praworządności, którą oczywiście polski rząd interesuje się najbardziej. Ale nie zapominajmy, że Parlament Europejski nie zgadza się na proponowaną obecnie wielkość wieloletniego budżetu Unii, bo nasza pierwotna propozycja zakładała ponad 120 mld euro dodatkowo, oraz zaproponowany rozdział środków. Na pewno wiec będziemy musieli jeszcze trochę ponegocjować. W końcu Parlament Europejski jest współdecydującym w sprawach budżetu i to jest jedna z jego głównych funkcji. Zresztą osobiście uważam, że propozycje Parlamentu są o wiele mądrzejsze niż te Rady i Komisji Europejskiej. Oczywiście wszyscy chcemy, żeby negocjacje zakończyły się w grudniu i myślę, że prezydencja niemiecka zrobi wszystko, żeby doprowadzić do tego sukcesu. Gdyby jednak tak się nie stało to przecież nie nastąpi trzęsienie ziemi, po prostu zostanie przyjęte prowizorium budżetowe, czyli mówiąc krótko obecny budżet przejdzie na rok 2021.

Z tym, że w tej sytuacji nie będzie można uruchomić w styczniu Funduszu Odbudowy, który ma ożywić gospodarkę po pandemii?

- I właśnie to jest podstawowy problem, tym bardziej, że na Funduszu zależy państwom najbardziej dotkniętym przez COVID-19, czyli krajom Południa - Francji, Hiszpanii, Włochom. Stąd można powiedzieć, że przed Parlamentem jest teraz znacznie więcej decyzji niż zwykle, czeka nas jeszcze sporo dramatycznych momentów. Dla Polski oczywiście najbardziej istotnym problemem jest to, jak zostanie potraktowana kwestia łamania praworządności.

A czego możemy się spodziewać?

- Ja mam wrażenie, że zarówno prezydencja niemiecka, jak i Komisja Europejska miały pewną skłonność, żeby tę kwestię rozwadniać. Ale od kilku dni mamy nieoficjalną propozycję prezydencji, która trochę spycha Polskę i Węgry pod ścianę i potencjalnie mogłaby utrudnić im znacznie ewentualne próby szantażowania Unii.

No właśnie, Polska i Węgry grożą vetem ws. budżetu, jako że część pakietu wymaga jednomyślności 27 krajów Unii. Czy UE grozi realny klincz budżetowy?

- Myślę, że to blef, a polski rząd ostatecznie ugnie się przed żądaniami Unii. Za bardzo by stracił na braku kompromisu budżetowego. A w Polsce lubimy mieć pieniądze unijne i bardzo na nich polegamy, tym bardziej że nasza gospodarka w tej chwili opiera się przede wszystkim na inwestycjach sektora publicznego, które w dużej mierze napędzane są środkami unijnymi. Oczywiście propaganda rządzących idzie w tym kierunku, żeby pokazać jak wielkie sukcesy odnosimy w negocjacjach unijnych, ale władza w końcu się ugnie, bo będzie musiała uwzględnić to, że Polacy są prounijni, a przynajmniej prounijno-pieniężni.

Czy rząd ustąpi także w sprawach klimatu? W połowie września Ursula von der Leyen wygłosiła w Parlamencie orędzie o stanie Unii i zaproponowała m.in. ambitniejsze cele klimatyczne, w tym jeszcze większą redukcję emisji CO2. Tymczasem Polska jest jedynym krajem, który nie chciał zadeklarować neutralności klimatycznej do 2050 r. Straciliśmy już część środków jakie spodziewaliśmy się otrzymać w ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Czy takie stanowisko nam się opłaca?

- Nie opłaca się, dlatego myślę, że polskie władze już się przygotowują do tego, żeby jednak się przyłączyć do tej neutralności klimatycznej. Moim zdaniem to nastąpi jeszcze w tym roku. Wskazuje na to coraz więcej wypowiedzi polityków, łącznie z tą Daniela Obajtka, który jeszcze we wrześniu zapowiedział, że PKN Orlen do 2050 r. osiągnie neutralność klimatyczną.

Szefowa KE i europosłowie skrytykowali również Polskę za tzw. strefy wolne od LGBT. Część polskich gmin nie otrzymała już funduszy unijnych, stracą także środki w funduszy norweskich. Czy polska wojna ideologiczna, może pozbawić nasz kraj realnych pieniędzy z Unii?

- Przede wszystkim jest tak, że dzisiaj cały świat traktuje LGBT jako papierek lakmusowy tolerancji. 20 lat temu takim papierkiem lakmusowym była walka z antysemityzmem, dzisiaj to poszanowanie osób LGBT. To jest kwestia praw człowieka i kwestia równości. A jeśli nie będziemy traktować wszystkich obywateli równo, to będzie to równoznaczne z łamaniem zasady praworządności co, jak wiemy, może wiązać się z odebraniem nam funduszy. Zresztą nawet jak nie będzie oficjalnego zamrożenia środków, to będziemy karani na poziomie różnych negocjacji. Ja już jestem świadkiem tego, jak nam obcinają środki choćby na Fundusz Sprawiedliwej Transformacji. Sam pracuje nad tym dokumentem w Parlamencie i widzę, że atmosfera wokół Polski jest po prostu zła.

Konsekwencji będzie więcej?

- Myślę, że tak. Tym bardziej, że nasza władza robi wszystko, żeby nagonka na LBGT nie umarła. Z jednej strony mamy Ziobro, który podsyca ją cynicznie i dla własnych celów, z drugiej strony jest premier Morawiecki, który mówi na arenie międzynarodowej, że strefy wolne od LGBT to jest tzw. "deep fake". Tylko co jest w takim razie nieprawdą, skoro wiemy, że Kraśnik i inne gminy uchwaliły, że są strefami wolnymi od LGBT? Polski rząd ma ten problem, że jak robi coś na scenie krajowej, to myśli, że Unia tego nie zauważy. A przecież to, co się dzieje w małym miasteczku w Polsce jest odbierane np. w Lizbonie. Zresztą ten fantastyczny przepływ informacji to jedno z najwspanialszych osiągnięć integracji europejskiej. Czasem mam wrażenie, że Premier Morawiecki myśli, że Polska jest krajem jakby z innego świata, a międzynarodowe zasady nas nie dotyczą.

To znaczy?

- Przecież my w Polsce nie mamy żadnych problemów z wyjątkiem tych, które sobie sami wymyślimy. Jesteśmy jednym z najbezpieczniejszych krajów w Europie, a może i na świecie. Gospodarka, mimo polityki rządu, w porównaniu do większości krajów europejskich rozwija się jak złoto. Nawet COVID-19 nas dotknął mniej, co prawda teraz nadrabia zaległości. Tymczasem wymyślamy sobie "tęczową zarazę", wymyślamy sobie strach przed uchodźcami, których u nas przecież nie ma. My sobie nawet nie zdajemy sprawy w jakiej jesteśmy świetnej sytuacji. Za bardzo uwierzyliśmy w "Polskę w ruinie".

Rozmawiała Jowita Kiwnik Pargana

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje