Reklama

Reklama

Polacy w Afganistanie

"W rejonie Nangar Khel było spokojnie"

W rejonie afgańskiej wioski Nangar Khel, gdzie w wyniku działań polskich żołnierzy w sierpniu 2007 r. zginęło kilkoro cywili - w tym kobiety i dzieci - nie zaobserwowano ruchu rebeliantów - zeznał przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie jeden ze świadków, st. szer. Marek P., w procesie dotyczącym akcji.

Zagrożenie ze strony talibów to, jak twierdzą adwokaci siedmiu oskarżonych w sprawie żołnierzy, jedna z okoliczności, która przyczyniła się do tragedii.

Reklama

St. szer. Marek P., podczas pierwszej zmiany polskiego kontyngentu w misji ISAF w Afganistanie był kierowcą jednego z pojazdów w 1. plutonie szturmowym, w skład którego wchodzili oskarżeni dziś wojskowi. "Nie widziałem ruchu przeciwnika, nikt z kolegów chyba też nie. (...) Nic mi nie wiadomo o przebywaniu w wiosce talibów" - zeznał.

Świadek przypomniał, że feralnego dnia transporter Rosomak najechał na ładunek wybuchowy domowej roboty, tzw. IED (Improvised Explosive Device). Żołnierze czekali na wsparcie i siły szybkiego reagowania - tzw. QRF (Quick Reaction Force). Jak relacjonował, przed wyjazdem zespołu, który miał wesprzeć załogę uszkodzonego pojazdu, w bazie Wazi Khwa w centrum dowodzenia, tzw. TOC-u (Tactical Operations Center) odbyła się odprawa dotycząca sposobu i rejonu działania. Krótko po niej, podczas zbiórki zapoznano żołnierzy z planowanymi zadaniami.

P., który był wysłuchiwany kilkakrotnie, za każdym razem odmiennie relacjonował zakres tych zadań. Początkowo, jeszcze w śledztwie mówił, że zadaniem było udanie się w miejsce uszkodzonego Rosomaka i ostrzelanie "po drodze" punktów obserwacyjnych rebeliantów. Mówił wtedy, jedynie że "coś było o wioskach". W kolejnym zeznaniu twierdził, że żołnierze mieli jechać ostrzelać wioskę, a w ostatnim nawet, że był taki rozkaz.

"Dziś powiedziałbym tak jak za pierwszym razem, że mieliśmy ostrzelać punkty i wioskę" - powiedział w czwartek pytany o rozbieżności. Zapytany o to, czy nie zdziwiło go zadanie ostrzelania wiosek, świadek powiedział, że "nie zastanawiał się, czy chodziło o strzelanie do wioski, czy dookoła niej".

Świadek zeznał, że przy wyjeździe z bazy radiostacje były sprawdzane i "choć 100 proc. pewności nie ma", to wydaje mu się że wszystkie działały. Brak sprawnych środków łączności, zdaniem adwokatów żołnierzy, nie pozostaje bez związku ze zdarzeniem.

P. zeznał, że zabudowania, gdzie grupa Afgańczyków odniosła obrażenia, były "na skraju skupiska budynków". Jedną z linii obrony jest zaś to, że żołnierze ostrzelali samotną zagrodę, nie zaś wioskę.

P. ocenił, że był świadkiem, gdy amunicja do moździerza LM-60 "spadała nie tam, gdzie miała lecieć". Drugi z przesłuchiwanych w czwartek świadków st. szer. Przemysław K., który był celowniczym karabinu maszynowego w jednym z Humvee w 1 plsz. także przekonywał, że moździerz był "rozklekotany", a z amunicją to LM 60 "były jaja, bo leciała, gdzie chciała". Według obrońców, wadliwość broni i pocisków była jednym z powodów tragedii.

Ostatni ze świadków, st. szer. Sławomir H., który był w plutonie wsparcia na, wyposażeniu którego był moździerz 98 mm, powiedział, że on i jego koledzy byli zaskoczeni, że strzelanie z LM 60 mm odbywa się tak blisko zabudowań. "Pierwsze granaty spadły daleko od wioski, następne bliżej, a kolejne jeszcze bliżej. Wyglądało to na klasyczne wstrzeliwanie się w cel - obramowanie, a potem uderzenie w środek. Wyglądało, jakby przyjętym celem była wioska" - zeznał H.

Na ławie oskarżonych zasiada w procesie siedmiu wojskowych: kpt. Olgierd C. (jako jedyny nie zgadza się na podawanie danych - PAP), ppor. Łukasz Bywalec, chor. Andrzej Osiecki, plut. Tomasz Borysiewicz i trzech starszych szeregowych: Damian Ligocki, Jacek Janik i Robert Boksa. Sześciu jest oskarżonych o zabójstwo ludności cywilnej, za co grozi kara dożywotniego więzienia; siódmego oskarżono o ostrzelanie niebronionego obiektu, za co grozi od 5 do 15 lat pozbawienia wolności i - w wyjątkowych przypadkach - kara 25 lat więzienia.

Wskutek ostrzału wioski przez polskich żołnierzy 16 sierpnia 2007 r. na miejscu zginęło sześć osób - dwie kobiety i mężczyzna (pan młody przygotowujący się do uroczystości weselnej) oraz troje dzieci (w tym dwoje w wieku od trzech do pięciu lat). Trzy osoby, w tym kobieta w zaawansowanej ciąży, zostały ciężko ranne.

Termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 21 grudnia.

Dowiedz się więcej na temat: żołnierze | świadek | khel | nangar | nangar khel | Afganistan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje