Reklama

Reklama

Magdalena Merta: Ból i tęsknota są równie silne, jak w 2010 r.

"Wszystkie lata upokorzeń, wrogości, drwin i zaniedbań przeżywamy silniej niż to, co stało się wtedy. Ten ból nie miał szans złagodnieć przez te wszystkie lata" - mówi o 10 kwietnia 2010 roku, Gość Krzysztofa Ziemca w RMF FM, wdowa po wiceministrze kultury Tomaszu Mercie. Magdalena Merta podkreśla, że "ból, tęsknota i żałoba jest równie silna jak była", ale "w tym roku przeżywanie rocznicy jest łatwiejsze, bo jest poczucie, że sprawa Smoleńska znalazła się w lepszych niż dotąd rękach".

Krzysztof Ziemiec: Magdalena Merta jest naszym gościem, wdowa po Tomaszu Mercie. Dzień dobry, witam panią.

Reklama

Magdalena Merta: - Witam serdecznie.

Dziękuję za przyjęcie zaproszenia w ten sobotni poranek. Domyślam się, że nawet po 6 latach trudno jest pani pogodzić się z rzeczywistością, ale spytam: może choć czuje pani większe uspokojenie niż rok czy dwa temu?

- Zapewne tak. Zapewne w tym roku to przeżywanie rocznicy jest o tyle łatwiejsze, że mamy takie poczucie, że sprawa Smoleńska znalazła się w lepszych niż dotąd rękach, że państwo polskie jest przyjazne, a nie wrogie idei wyjaśnienia tego, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Oczywiście ból, tęsknota i żałoba jest równie silna jak była.

Największym dziś pani bólem są te wspomnienia z 10 kwietnia czy to wszystko, co działo się później - tak to eufemistyczne nazwę - kłopoty, które czekały wszystkie rodziny smoleńskie?

- Sądzę, że te wszystkie lata upokorzeń, wrogości, drwin i zaniedbań przeżywamy silniej niż to, co stało się wtedy. Ten ból nie miał szans złagodnieć przez te wszystkie lata. Bardzo trudno było się pogodzić z tym, jak po macoszemu była traktowana sprawa Smoleńska.

A nie jest pani zbyt surowa w tych opiniach? Może nie można było inaczej?

- Nie wierzę w to, że nie można było inaczej. Doskonale pamiętam, jak odmawiano Beacie Gosiewskiej prawa do postawienia przy stole sekcyjnym, po ekshumacji Przemysława Gosiewskiego, profesora Badena, wybitnego patomorfologa, tłumacząc jej, że musi zrozumieć to, że Rosja jest mocarstwem. Nie przyjmuje takiego tłumaczenia i takiego, że ponieważ Rosja jest mocarstwem, to nie dało się inaczej.

Ma pani dziś jakiś osobisty żal do kogoś, że w ten sposób przynajmniej duża część z was została potraktowana?

- Mam, oczywiście. Mam też w sobie bardzo dużo niepokoju. Też jestem w szczególnej sytuacji, bo rzeczy mojego męża - w przeciwieństwie do tych, które należały do innych ofiar - zostały przewiezione w tajny sposób do Polski z Moskwy, rzekomo lub faktycznie zniszczone, również potajemnie na trawniku archiwów MSZ. Zadaję sobie pytanie, co stało się z obrączką Tomka. Rosjanie są poza podejrzeniami, bo pokwitowano im odbiór tych wartościowych rzeczy. Zginęła ona już w Polsce.

Rozumiem, że nie wierzy pani w takie tłumaczenia, że niektórzy mówili, że chcieli oszczędzić cierpienia i bólu dodatkowego rodzinom ofiar.

- Nie, nie wierzę. Myślę, że to nawet autor tych słów nie sądził, że ktokolwiek mu uwierzy.

Te 6 lat z punktu widzenia wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej, kiedyś powiedziała pani - rok temu chyba - że to czas stracony. Cały czas pani tak uważa?

- To tak nie do końca, bo dezawuowałabym w ten sposób naprawdę poważne dokonania zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza. Mam świadomość, że to była jedyna przez te wszystkie lata instytucja, która rzetelnie zajmowała się na tyle, na ile mogła sprawą katastrofy.

Wierzy pani, że ten nowy zespół prokuratorów, jak i ta cała speckomisja w Sejmie powołana rzuci jakieś nowe światło, nowy trop, nowe informacje dotyczące?

- Jestem o tym przekonana. Poza tym są już symptomy tego, że to ma znacznie większe szanse powodzenia, bo zaczynają wypływać czy zaczynają być ujawniane materiały dotąd skrzętnie chowane i zasób wiedzy, którą dzisiaj udaje się pozyskać, bo ci, którzy są jej dysponentami nie boją się jej ujawnić, albo po prostu można lub chce się tego od nich oczekiwać...

A co ma pani ma na myśli dokładniej?

- Myślę, że przede wszystkim pełny zapis z nośników informacji samolotowych. To są rzeczy, które były znane komisji Millera bardzo wcześnie. Chyba ich pojawienie się to jest jeszcze 2010 rok. Zostały one pominięte w badaniu, bo nie były kompatybilne z góry przyjętą tezą.

A co mogłoby dziś jeszcze dać nowe światło? Wraku prawdopodobnie szybko nie odzyskamy, tej jednej czarnej skrzynki pewnie też. W czym pani upatruje nadziei?

- Myślę, że ekshumacje ofiar, to zresztą rzecz, która powinna nastąpić bardzo dawno temu, jeśli już w ogóle doszło do pogrzebów bez wcześniejszych...

Czyli ponowne ekshumacje, bo już przecież...

- Myślę, że nie ponowne, to znaczy nie tych osób, które już były ekshumowane, bo być może nie będzie takiej potrzeby. Wyjąwszy może osobę, którą uznano za Annę Walentynowicz, a rodzina Anny Walentynowicz jest przekonana, że to nie jest ciało ich matki czy babki. Myślę, że już 20 miesięcy po katastrofie - czyli w chwili, kiedy dokonywano ekshumacji pierwszej ekshumowanej osoby, czyli ministra Wassermanna - było wiadomo, że dokumenty przesłane przez Rosjan są kompletnie bezwartościowe, że nic się nie zgadza w tym, co tam napisano. Jedyną rzeczą, co do której chyba nigdy nie popełniono pomyłki jest płeć ofiar. Każde inne kryterium, jakie przyjmiemy, to natychmiast mamy długą listę niezgodności stanu faktycznego z tym, co widnieje w dokumentacji.

To gdzie szukać tych nowych dokumentów? Po stronie rosyjskiej? Po amerykańskiej może, bo zgłosiliśmy się do NATO i Ameryki po pomoc? Czy może one są w Polsce w różnych miejscach?

- Myślę, że dużo zrobi tak zwana bezpośredniość pozyskiwanych dowodów. Tłumaczyła to wielokrotnie Małgorzata Wassermann, że tam gdzie można dowody pozyskać bezpośrednio nie należy korzystać z cudzych dokonań, z pomocy prawnych. Jak wiemy tutaj fałszerstwa dokumentacji rosyjskiej, ale także - bardzo bolesna, bardzo przykra - kwestia bezczeszczenia zwłok, bo i z tym mamy do czynienia, będą przedmiotem wyjaśniania przez obecny zespół prokuratorski.

Barbara Fedyszak-Radziejowska powiedziała, że 6 lat temu nie pozwolono Polakom przepracować żałoby. Myśli pani, że gdyby wtedy szybko powstał pomnik na Krakowskim Przedmieściu, to sytuacja byłaby inna?

- Może w sferze upamiętniania byłaby inna. W sferze wyjaśnienia nie zastąpimy pomnikami rzetelnego śledztwa. Mam wrażenie, że o ile wydaje mi się, że kwestia pomnika jest w jakimś stopniu drugorzędna wobec prawdy, wobec porządnego dochodzenia do przyczyn katastrofy, o tyle jest ona elementem tej wrogości, która otoczyła Smoleńsk.

Czeka pani na ten pomnik na Krakowskim Przedmieściu?

- Tak, chociaż nie mam jakiegoś takiego poczucia, że to musi być już, że to musi być od razu. Czekam, ale nie nerwowo.

Dziękuję bardzo. Magdalena Merta, wdowa po Tomaszu Mercie była naszym gościem.

- Dziękuję.

 

Dowiedz się więcej na temat: katastrofa w Smoleńsku

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy