Reklama

Reklama

Dzień, w którym runęło niebo. Wspomnienia rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej

To była sobota rano. Najpierw pojawiły się niejasne informacje o problemach z lądowaniem. Później na telewizyjnym żółtym pasku czytali, że są ofiary. Niedługo potem z chaosu informacji docierało do nich, że nikt nie przeżył. Polska straciła Prezydenta RP i Pierwszą Damę, parlamentarzystów, urzędników, dowódców sił zbrojnych. Żony straciły mężów. Dzieci - ojców i matki. Rodzice - dzieci. Rodziny i przyjaciele ofiar katastrofy od pięciu lat stają oko w oko z nieobecnością.

"Tata często przytula mamę." Córka żegna rodziców

Reklama

Maria Kaczyńska w wywiadzie udzielonym Jolancie Pieńkowskiej i Jackowi Schmidtowi w grudniu 2005 roku, czyli tuż po tym, jak została Pierwszą Damą RP, tak mówiła o swoim mężu: "Jest odważny. Umie w oczy powiedzieć, co myśli, nie wycofuje się rakiem. Potrafi biec na ratunek. Niedawno zobaczył na ulicy, jak ktoś szarpał kobietę. Bez wahania ruszył na odsiecz. Szczęście, że nie był sam." 

O sobie opowiadała: "Zawsze zabezpieczam tyły". "Mama zawsze widzi światło w tunelu" - zaznaczała Marta Kaczyńska, ich jedyna córka. Mówiła też: "Tata często przytula mamę". 

Prezydent stawiał sprawę jasno: "Bez Marylki mnie by nie było". 

W opublikowanej po katastrofie smoleńskiej książce "Moi rodzice", wywiadzie rzece prowadzonym przez Dorotę Łosiewicz, Marta Kaczyńska tak wspomina dzień, w którym zginęli jej rodzice:

"To była sobota rano. Jak zawsze wstałam, żeby przygotować śniadanie dla dzieci. Mąż był za granicą. Planowałam spokojny dzień z córkami. Włączyłam telewizor. Chciałam zobaczyć transmisję z uroczystości w Katyniu. Nie miałam zamiaru oglądać całości, bo zawsze denerwowałam się publicznymi wystąpieniami taty, choć on wypadał bardzo dobrze - miał fenomenalną pamięć i zazwyczaj mówił bez kartki. (...)

Nagle usłyszałam, jak dziennikarz mówi, że rozpoczęcie uroczystości opóźnia się z powodu problemów z lądowaniem. (...) Wierzyłam, że za chwilę usłyszę, że samolot z prezydencką delegacją właśnie wylądował. (...)

Nadal dzwoniłam do rodziców. Wybierając numery jak automat, wciąż wierzyłam, że przeżyli. A potem w telewizji powiedziano, że wszyscy pasażerowie zginęli. Gdy odczytywałam po raz kolejny tekst wyświetlany na żółtym pasku informacyjnym, nadzieja gasła. Nagle zamknął się pewien rozdział życia, choć w tamtych chwilach nie mogłam w to uwierzyć."

"Kochają się" - mówiła w 2005 roku o rodzicach Marta Kaczyńska. Tak samo mówili o nich przyjaciele i bliscy współpracownicy. 

"Do Taty można było przyjść z każdą sprawą." Syn żegna ojca

Zbigniew Wasserman miał nie lecieć tym samolotem. - Później jednak zwolniło się miejsce i wskazano na Tatę. Czuł się zaszczycony i zobowiązany, żeby polecieć do Katynia i oddać hołd oficerom pomordowanym w czasie drugiej wojny światowej - wyjaśniał Wojciech Wasserman w rozmowie z Joanną Racewicz, opublikowanej w książce "12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności" (Warszawa, 2012 rok). 

Tak wspomina ojca: "Zawsze był tą osobą, do której mogłem przyjść, kiedy potrzebowałem z kimś porozmawiać, kiedy trzeba było prosić o radę. (...) Do dzisiaj mnie zadziwia, że to właśnie do Taty można było przyjść, jak na spowiedź, z każdą sprawą, przekazać największe tajemnice. Wiadomo było, że rozmowa zostanie tylko między nami. Wtedy nawet największy ciężar spadał."

Kiedy ostatni raz Wojciech Wasserman rozmawiał z ojcem, ten planował: Po powrocie z Katynia do Warszawy wsiądzie prosto w samolot do Krakowa. Zaznaczył, że z Balic wróci taksówką, żeby nikt po niego nie wyjeżdżał, bo będzie późno. "Zwykle ktoś z nas wyjeżdżał po Tatę na lotnisko..."

O bólu po stracie ojca mówił: "Każdy, kto stoi nad grobem kogoś, kogo kochał, zadaje sobie pytanie o sens życia. I każdy z nas stara się jakoś sobie wytłumaczyć sens tej katastrofy. Teraz, z perspektywy dwóch lat, myślę, że to była chwalebna śmierć - śmierć na służbie. I że jest to pewnego rodzaju wyróżnienie. Dzięki temu na pewno łatwiej mi pogodzić się z tym, co się stało."

"Z Nią przychodziło światło". Rodzice żegnają córkę

Młoda, śliczna, uśmiechnięta. Barbara Maciejczyk była stewardessą, szefową pokładu TU-154 podczas lotu do Smoleńska. Od początku 2007 roku pracowała w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego im. Obrońców Warszawy, jednostce odpowiedzialnej za loty najważniejszych osób w państwie. 

"Bardzo uparta i zawzięta była z niej dziewczyna. Nad wyraz ambitna." - wspominali rodzice. 

"Pokochała (pracę stewardessy) od razu. Nie potrafiła juz sobie wyobrazić siedzenia za ziemi. Dwa, trzy dni "nielotne" powodowały frustrację i zniecierpliwienie. Tyle zobaczyła! Państw, miast, w tak krótkim czasie! Niektórzy muszą sto lat przeżyć i tego nie zobaczą." - wspominał entuzjazm córki - świeżo upieczonej pracownicy 36. SPLT - jej ojciec, Paweł Maciejczyk w książce "12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności". Poniżej jej fragment:

"Po katastrofie wszyscy szukali epitafiów na nagrobki. Żeby jakoś powiedzieć to, czego wyrazić się wtedy nie dało... Ja też. Zajrzałem do poezji Jana Kochanowskiego. W którymś z trenów przeczytałem: <Córeczko, odeszłaś w dobrym miejscu, w dobrym momencie, bo później może przyszłyby choroby, tragedie.> Pamiętasz ten tren? Pomyślałem: <Basiu, też odeszłaś w najlepszym momencie, być może uniknęłaś cierpienia> I wiesz? Te słowa naprawdę przyniosły mi ulgę, dały pocieszenie. W jakiś sposób musiałem to sobie wytłumaczyć."

W czasie pogrzebu Basi i innych członków załogi tupolewa, celebrujący nabożeństwo ks. płk. Sławomir Żarski też mówił cytatem z wiersza, tym razem "Modlitwy za lotników" Kazimiery Iłłakowiczówny: "Spraw Panie, by dla ojczyzny nie była ich śmierć bezowocna". 

Rodzice Basi, Anna i Paweł Maciejczykowie o córce: "Jak wchodziła do domu, to z Nią przychodziło światło. Miała wiecznie uśmiechniętą buzię i nie sposób było nie odpowiedzieć jej tym samym."

"Wciąż tu jesteś. Tylko trochę inaczej." Żona żegna męża

Na Pawła Janeczka w pracy mówili "Janosik". Nikt nie pamięta, kto mu taki pseudonim wymyślił, ani kiedy to się stało. Był "Janosikiem" i już. Nawet Prezydent Kaczyński tak do niego mówił. A znali się dobrze, w końcu kpt. Janeczek był szefem ochrony prezydenta RP. 

"Był otwarty na ludzi i komunikatywny, potrafił się dogadać z każdym i dzięki temu załatwiał wiele rzeczy znacznie szybciej niż inni" - mówił dziennikarce w rozmowie o Pawle Janeczku jego przyjaciel, Dariusz Bielas. Ta dziennikarka to żona "Janosika", autorka cytowanej już książki "12 rozmów i pamięci", Joanna Racewicz. 

O rozmowie o mężu napisała tak: "Moja najtrudniejsza rozmowa. I najważniejsza powinność. Paweł nie lubił, żeby o Nim mówić. <Moje zadanie to chronić, a nie błyszczeć> - potarzał. To było Jego zawodowe credo. Nie chcę i nie mogę go naruszać, ale Paweł miał też credo prywatne: <Wy jesteście najważniejsi. Mój dom jest tam, gdzie Ty i Igor> Jeśli tak - wciąż tu jesteś, Janosik. Tylko trochę inaczej."

Zobacz pełną listę ofiar katastrofy: To był ich ostatni lot

Oprac.: Justyna Tomaszewska

Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje