Reklama

Reklama

​"wSieci": Spotkanie Tuska z rodzinami smoleńskimi. Co wynika ze stenogramu?

"Pomimo upływu czasu większość wątpliwości związanych z katastrofą dalej jest aktualna, a pytania rodzin ofiar pozostają bez odpowiedzi" - czytamy na łamach tygodnika "wSieci". Marek Pyza i Marcin Wikło piszą o spotkaniu rodzin smoleńskich z Donaldem Tuskiem w listopadzie 2010 roku. Stenogram z tych rozmów opublikował w zeszłym tygodniu portal wPolityce.pl. Co z niego wynika?

Dziennikarze "wSieci" Pyza i Wikło analizują fragmenty spotkania Tuska z rodzinami ofiar katastrofy. Jak zaznaczają, niektóre wypowiedzi ze stenogramu mogą dziś wydawać się problematyczne dla poprzedniej władzy.

Reklama

"Jeśli mnie państwo pytacie, szczerze odpowiem, czy ja w pierwszej minucie i pierwszej godzinie po katastrofie miałem w głowie ułożony cały harmonogram działań i wszystkie procedury, i umowy międzynarodowe - oczywiście, że nie" - mówił wówczas Donald Tusk, przyznając się, że nie wiedział, jak rozpocząć prace nad wyjaśnieniem przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu. Jak podkreśla tygodnik "wSieci", "premier momentami nie zachowywał się jak silny mąż stanu, ale dopraszał się o politowanie". 

Dziennikarze "wSieci" przytaczają też w artykule pytania, jakie rodziny ofiar zadawały przedstawicielom władzy. 

Małgorzata Wassermann pytała Donalda Tuska, ile osób pojechało na miejsce katastrofy i w jakich pracach tam uczestniczyli. "Ilu prokuratorów, ilu techników, ilu medyków i o której godzinie dotarło i za co się zabrało? Ja będę upierać się przy tym pytaniu, bo my kulejemy z uwagi na te braki cały czas. (...) Pierwsze minuty są bez wątpienia najważniejsze. My już wiemy, że myśmy dużo zaniedbali " - pytała na spotkaniu córka Zbigniewa Wassermanna. Jak zaznaczają dziennikarze "wSieci", odpowiedzi na te pytania nie uzyskała do dzisiaj. 

Marek Pyza i Marcin Wikło wskazują też zaniedbania rządu PO w najważniejszych kwestiach dotyczących katastrofy, m.in. wraku tupolewa. 

"W listopadzie 2010 roku wrak Tu-154M dopiero od miesiąca nie leżał pod gołym niebem. Szumnie ogłoszone w mediach jego 'zabezpieczenie' pozostawiało wiele do życzenia - szczątki maszyny po prostu przykryto wielką szmatą" - pisze tygodnik "wSieci". 

"O wrak rząd mógł - i powinien był - zadbać już w kwietniu 2010 roku. Wtedy, gdy patrzył cały świat, Tusk od Putina mógł zażądać wszystkiego. Nie zrobił tego, co kilka lat później stanowczo zaprezentował premier Malezji po zestrzeleniu MH17 na Ukrainie. Natychmiast odzyskał wrak z rąk prorosyjskich rebeliantów i przekazał go do badań w Holandii" - czytamy w tygodniku.

Rodziny smoleńskie pytały też Donalda Tuska podczas spotkania o umiędzynarodowienie śledztwa. "Dlaczego rząd Polski będący w strukturach NATO, będący w Unii Europejskiej, nie chce skorzystać z pomocy wyspecjalizowanych agend NATO-wskich" - dociekał Andrzej Melak, brat Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego.

"Czy korzystamy z pomocy międzynarodowej na różnych etapach badania? Tak. (...) Zwracaliśmy się do innych stron i one nam w różnych sprawach, w różnych aspektach pomagają, nawet w najbardziej, powiedziałbym, wrażliwych i drażliwych. I strona rosyjska ma tego świadomość, że nie polegamy wyłącznie na naszej wiedzy i na naszej fachowości" - tłumaczył na spotkaniu z rodzinami Donald Tusk. 

"Gdzie są ślady tej pomocy z zagranicy? Nie ma ich nigdzie" - podsumowują dziennikarze tygodnika.

Więcej w tygodniku "wSieci".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy