Reklama

Reklama

RMF: Jürgen Roth zaskoczony nowymi stenogramami z tupolewa

​- Jestem zaskoczony. Pytanie, na ile serio traktować to, co nagle zostało pokazane teraz, po pięciu latach - tak niemiecki dziennikarz śledczy Jürgen Roth komentuje ujawnione przez RMF nowe odczyty rozmów z tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku. - Nie mówię, że prokuratura wojskowa to sfałszowała, może rzeczywiście do tego doszli, ale na podstawie ostatnich 3-4 lat mam duże wątpliwości - zaznacza.

W rozmowie z dziennikarzem RMF, autor pozycji "Verschlussakte S" ("Zamknięte akta S." - tłum. RMF, inne tłumaczenie: "Tajny dokument S."), dotyczącej m.in. katastrofy smoleńskiej, mówi: "Nie ma jasnej odpowiedzi, co stało się w Smoleńsku bo nie ma politycznej woli, by to wyjaśnić. Opisuję jednak to, co tam prawdopodobnie się stało i ku temu się skłaniam, na podstawie badań i informacji, że to nie było zwykły wypadek" - wyjaśnia Roth.

Adam Górczewski, RMF FM: Dla kogo napisał pan książkę "Zamknięte akta S."?

Jürgen Roth:To jest książka dla Niemców. Niemcy nie wiedzą, co stało się w Smoleńsku. Jedyne, co mogli usłyszeć w mediach to raport końcowy rosyjskiego MAK mówiący, że to był tragiczny wypadek. A jeśli się przyjrzeć informacjom, które są w dyspozycji różnych osób, szczególnie w Polsce, nie wygląda to tak jasno. Jest dużo sprzeczności i dużo pytań, na które nie ma odpowiedzi. To wszystko musiało zostać zebrane, żeby można było sobie wyrobić pełny obraz okoliczności tej katastrofy.

Reklama

Nie mówię, że nagle ustaliłem całą prawdę. Możliwe, że ona nigdy nie zostanie ustalona. Chcę jednak te sprzeczności pokazać, by czytelnik mógł sobie wyrobić własny pogląd. To było moje zadanie. Dziennikarz musi pokazywać fakty, a czytelnik musi sam powiedzieć w co wierzy, a w co nie. To jedna strona.

Ta książka nie jest tylko o Smoleńsku. Podtytuł brzmi "Smoleńsk, MH17 i wojna Putina na Ukrainie". To, co się stało w Smoleńsku, jest elementem polityki kłamstwa Władimira Putina, którą ten uprawia od początku swojego urzędowania. To właśnie w książce wykazuję. To zaczęło się już w 1999 roku. Najpierw wojna w Gruzji, potem Smoleńsk, następnie przejęcie Krymu, wojna na Ukrainie i propaganda, którą za Zachodzie uprawiają przyjaciele Putina. To jest taki szeroki łuk, który spina FSB, Rosyjska Służba Bezpieczeństwa. To ona odgrywa decydującą rolę. To tam są ludzie odpowiedzialni za systematyczną politykę kłamstwa, którą można teraz bez problemów udowodnić Putinowi.

Powiedział pan, że nie znalazł tu jedynie słusznej prawdy. Co w takim razie znalazł w czasie swojego śledztwa?

Ustaliłem różne rzeczy. Teza, że szef lotnictwa, generał Błasik, był pod wpływem alkoholu, nie obroniła się wobec faktów. Potwierdziło to też potem polskie śledztwo.

Sprzeczności pojawiają się też w ustaleniu, czy generał Błasik był w kokpicie. Na początku rosyjska komisja śledcza stwierdziła, że był w kabinie. Potem komisja Millera, polska komisja, odwołała tę wersję opierając się na ekspertyzie z krakowskiego Instytutu Sehna. A teraz nagle wraca teza, że był w kokpicie i wywierał wpływ na załogę!

Rozmawiałem z wdową po generale Błasiku, która oczywiście bardzo dobrze go znała. Jej mąż miał jej wielokrotnie mówić, że kapitan ma pełną władzę w samolocie, że nikt nie może na niego wywierać nacisku, nawet prezydent. Tę myśl Błasik zaszczepiał swoim pilotom.

Inną sprzecznością jest to, że z jednej strony obserwatorzy na miejscu wypadku stwierdzili, że był wybuch. Opisuję to, cytując świadków, ale cytuję też prokuraturę wojskową, która twierdzi, że żaden świadek nie mówił o eksplozji. Te różne znaki łączą się z historią zdjęć satelitarnych. W analizie dostępnej w polskiej komisji śledczej expressis verbis znalazło się określenie "były eksplozje", co w oficjalnym dokumencie zostało przetłumaczone jako "było pogorzelisko". Te sprzeczności ciągną się przez całe śledztwo. Mam jednak dostęp do materiałów niemieckiego wywiadu BND. Współpracownik BND miał dostęp do dwóch źródeł informacji - w Polsce i w rosyjskich służbach. Widziałem te dokumenty, są bardzo szczegółowe. Zawierają też dane personalne i informacje o tym, że mogło dojść do zamachu.

To była wskazówka, jedna z wielu. Nie decydująca, ale pasująca do mozaiki. Pokazywała, że określenie przyczyn katastrofy nie jest tak proste jak w jednoznacznych oficjalnych stanowiskach polskich i rosyjskich władz.

Znam te źródła informacji agenta BND i mogłem je zweryfikować. To wysocy rangą urzędnicy w polskim rządzie i w rosyjskiej FSB. Nie można tej informacji tak po prostu odrzucić, nawet jeśli niemiecki wywiad mówi teraz, że takiej notatki nie ma albo że jest fałszywa. Często rozmawiałem z pracownikiem BND, który pokazał mi ten raport. Ufam mu, dla mnie to wiarygodna informacja. Dlatego uznałem, że to trzeba opisać i sprawdzić.

Zobacz całość rozmowy TUTAJ.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama