Reklama

Reklama

"Nasz Dziennik": Endoskop by się pobrudził

Choć członkowie komisji Millera zabrali ze sobą do Smoleńska endoskopy, to ich nie użyli. Uznano, że silniki Tu-154M są zbyt zniszczone i zabrudzone. Takich przeciwwskazań nie dostrzegli eksperci pracujący dla prokuratury wojskowej - czytamy w "Naszym Dzienniku".

Na miejsce katastrofy samolotu Tu-154M komisja Jerzego Millera zabrała ze sobą wideoendoskopy firmy GE oraz Olympus z funkcjami pomiarowymi i rejestracji obrazów. Jednak specjaliści komisji nie zdecydowali się na ich użycie ze względu na "znaczne uszkodzenie elementów traktu gazowego silnika przez ciała obce", jak fragmenty drzew oraz ich "zabrudzenie przez błoto zassane do silników". W badaniu przeszkadzała też dekompozycja i deformacja elementów silników spowodowana zderzeniem z ziemią.

Badanie, które komisja Millera uznała za zbędne i niemożliwe do przeprowadzenia, wykonali eksperci pracujący dla prokuratury wojskowej. W szczegółowych oględzinach silników i ich elementów brali udział eksperci powołanego zespołu biegłych, w tym specjaliści od napędów odrzutowych. Jak się okazało, nie widzieli oni przeciwwskazań do tego, by podczas badań sięgnąć po specjalistyczny sprzęt, w tym wideoendoskop.

Urządzenie umożliwia przebadanie traktu gazowego. Pozwala to zdobyć dodatkowe informacje o stanie przestrzeni wewnętrznej silnika: sprężarki, komory spalania, aparatów kierujących, turbiny, komory dopalacza. Tak można stwierdzić uszkodzenia mechaniczne, termiczne, naloty, odbarwienia czy obecność ciał obcych. Taka metoda jest dość elastyczna i umożliwia zbadanie silnika już na miejscu katastrofy, bez konieczności przewożenia go do laboratorium.

Dowiedz się więcej na temat: komisja Millera | katastrofa w Smoleńsku

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje