Reklama

Reklama

Książek: Ludzie muszą się dowiedzieć, jak było naprawdę

To, co mówił prokurator Andrzej Seremet z mównicy sejmowej o identyfikacji Anny Walentynowicz, skłoniło mnie do tego, abym przestał milczeć. Obłuda i kłamstwo, jakie towarzyszą wyjaśnieniu katastrofy, zmusiły mnie do udzielenia wywiadu - mówi "Gazecie Polskie Codziennie" dr Dymitr Książek, któremu nie przedłużono kontraktu w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym.

Lekarz był w Moskwie podczas identyfikacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej.

Reklama

"Anna Walentynowicz miała niemal doskonale zachowane ciało do identyfikacji. Twarz można było rozpoznać. Doskonale też pamiętam pana Janusza, który kilkakrotnie schodził do sali identyfikacji zwłok i rozpoznał swoją matkę. Na podstawie tego rozpoznania pod protokołem podpisali się oficjele polscy" - mówi "GPC" dr Książek.

Lekarz został poproszony o komentarz do informacji o tym, że po sekcji przeprowadzonej po ekshumacji czaszka Anny Walentynowicz była roztrzaskana. "Powtarzam z pełną stanowczością. Po katastrofie widziałem nieuszkodzoną głowę i twarz. Nie przypominam sobie, by mogło dojść do tak drastycznych złamań twarzoczaszki, a nawet jeśli jakieś były, to na pewno nie takie, które deformują twarz. Jeśli faktycznie po ekshumacji okazało się, że jest ona roztrzaskana, to jest to potworne" - przyznaje lekarz.

Jego zdaniem zdjęcia ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostały zrobione jeszcze w kostnicy w Smoleńsku, gdzie kręciło się wielu ludzi. "Te zdjęcia ewidentnie wskazują na to, że jednak kogoś nie było. Kogoś, kto tam powinien być" - uważa Książek pytany o funkcjonariuszy BOR.


Dowiedz się więcej na temat: katastrofa w Smoleńsku | Anna Walentynowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje