Reklama

Reklama

"GPC": Próbki pobrane z tupolewa nadają się do kosza

Materiały do badań pobrane w Smoleńsku przyleciały z Moskwy dwa miesiące po biegłych, którzy je typowali. Nikt nie zweryfikował, co tak naprawdę przysłali nam Rosjanie. Przed skierowaniem próbek na badania do laboratorium nie sprawdzono ich np. przy użyciu tych detektorów, które były w Smoleńsku - informuje "Gazeta Polska Codziennie".

Gazeta zauważa, że biegli wzięli ze sobą do Smoleńska tylko spektrometry, które wykrywają wyłącznie materiały wybuchowe. Nie mieli jednak chromatografów. Te wskazują materiały powybuchowe. Szef wojskowych prokuratorów, zapytany przez "Codzienną", dlaczego tych urządzeń zabrakło w Smoleńsku, odpowiedział: "To biegli wybierali sprzęt, który należy zabrać. To są osoby kompetentne, wzięły te urządzenia, które uznały za stosowne, i wypracowały własną metodę badawczą".

Reklama

"GPC" podkreśla, że nie wiemy, co w zasadzie przebadali biegli. I niestety nie wiedzą tego też wojskowi śledczy - dodaje gazeta.

Prokuratorzy zapewniają, że pobrane przez polskich śledczych próbki były "odpowiednio zabezpieczone" podczas 2-miesięcznego leżakowania w Moskwie, ale nie precyzują, w jaki sposób były one chronione.



Dowiedz się więcej na temat: próbki z tupolewa | katastrofa w Smoleńsku | prokuratura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy