Reklama

Reklama

Ciosek: Rosjanie na złość trzymają wrak samolotu

Rosjanie nas drażnią, trzymając ten samolot. Ja bym się obraził. Powiedziałbym: tak wam zależy? To sobie go trzymajcie! Pewnie jakieś tajemnice chcecie ukryć. Problem w tym, że nawet mając wrak więcej się o katastrofie nie dowiemy - uważa Stanisław Ciosek, były ambasador RP w Rosji i ZSRR.

Pięć lat temu rządowy samolot Tu-154 M rozbił się w Smoleńsku. Na pokładzie było 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią. Nikt nie przeżył katastrofy.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Dlaczego Rosjanie nie chcą oddać wraku tupolewa?

Stanisław Ciosek, były ambasador RP w Rosji i ZSRR: Na złość go u siebie trzymają, bo są napięte stosunki Moskwy z Warszawą. Wrak do niczego nie jest im potrzebny, ale przez to, jak głośno żądaliśmy zwrotu, przez ten wrzask, jaki ludzie Macierewicza zrobili, stwierdzili: poczekacie sobie, przetrzymamy was. Sami się Rosjanom wystawiliśmy, robiąc z wraku obiekt sakralny. Rosjanie dowiedzieli się, że mają rzecz świętą, a teraz kpią z nas w żywe oczy.

Co trzeci Polak, według sondaży, nie wyklucza zamachu...

- Jest jakaś norma biologiczna, odsetek populacji, który wierzy w teorie spiskowe. Na przykład w Stanach Zjednoczonych bodajże osiem procent osób uważa, że Amerykanie nie wylądowali na księżycu, a cała operacja została nagrana w studiu telewizyjnym. Kilka procent osób wierzących w dziwne historie można przyjąć za normę, ale u nas - w przypadku Smoleńska - ten odsetek jest chory. Ja nie doszukuję się przyczyn katastrofy u Rosjan, tylko w naszej głupocie.

To znaczy?

- Myśmy wszyscy zabili naszego prezydenta i towarzyszące mu osoby. My, Polacy. Przez nasze niedbalstwo, bylejakość, lekceważenie procedur. Z prezydentem leciał jeden członek załogi, który miał ważne uprawnienia i nie był to pilot, tylko czwarta czy piąta osoba w hierarchii... Ci za sterami nie mają dokumentów, a my wsadzamy z nimi do samolotu prezydenta i cały kwiat naszego państwa. Z najwyższym przerażeniem śledziłem informacje dotyczące błędów, jakie narobiliśmy. Przecież ten samolot nie powinien był wylecieć z Warszawy. No więc kto zabił prezydenta? My, proszę pana.

Strona rosyjska nie ma sobie nic do zarzucenia?

- Oczywiście, że Rosjanie mają swoje za uszami! Posłałem jakiś czas temu rosyjskiemu ambasadorowi relację z bardzo podobnego wypadku polskiego samolotu, jaki miał miejsce w 1957 roku w Rosji. Opisała go "Polityka". Po kilku miesiącach komisja wydała raport: wina załogi - brawura, nie wolno było lądować w takich warunkach, trzeba było lecieć na lotnisko zapasowe. Ale też: wina wieży, ponieważ powinna była zabronić lądowania, a nie zrobiła tego. Teraz było podobnie. Ci z wieży w Smoleńsku byli przerażeni. Bali się odpowiedzialności, skandalu dyplomatycznego. Powstał bałagan decyzyjny, ale Rosjanie nie chcą się przyznać do swoich win.

Ambasador odpisał?

- Nie, do dzisiaj nie dostałem odpowiedzi na tamtą wiadomość.

Sądzi pan, że w najbliższym czasie będzie można wrócić do rozmów o sprowadzeniu wraku do Polski?

- Nie wiem, czy w obecnej sytuacji jest to możliwe. Rosjanie nas drażnią, trzymając ten samolot. Ja bym się obraził. Powiedziałbym: tak wam zależy? To sobie go trzymajcie! Pewnie jakieś tajemnice chcecie ukryć. Problem w tym, że nawet mając wrak więcej się o katastrofie nie dowiemy. Gdyby były ślady eksplozji od wewnątrz, zostałyby wykryte. Przecież nasi wysłannicy badali szczątki samolotu w Smoleńsku. Zresztą i bez wraku, gdy nasi śledczy wgryzają się coraz głębiej w sprawę, wychodzą na jaw nowe dowody. Niestety takie, które każą się nam wstydzić za samych siebie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje