Reklama

Reklama

Zapadł w śpiączkę przed pandemią. Po wybudzeniu znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości

Pan Tomasz trafił do szpitala w lutym. Ze śpiączki wybudzono go po kilku miesiącach. - W kwestii rozwoju pandemii zatrzymałem się na wiadomościach z chińskiego Wuhan - mówi w rozmowie z Polsat News. Jak przyznaje, podczas hospitalizacji sny mieszały się z rzeczywistością. - Po wybudzeniu miałem rurkę tracheostomijną w szyi, więc nie mogłem mówić. Słuchałem jedynie tego, co mi opowiadano - dodaje.

- Wróciłem 10 lutego do domu, zaczął boleć mnie brzuch. Karetką pogotowia przewieziono mnie do szpitala, gdzie stwierdzono zapalenie trzustki. Od czasu wizyty na SOR nie pamiętam już nic. Wiem, że po kilku dniach wprowadzono mnie w stan śpiączki, przyjmowałem leki opioidowe - mówił w rozmowie z reporterem Polsat News pan Tomasz. 

Reklama

Mężczyzna spędził w szpitalu kilka miesięcy. Trafił tam w momencie, gdy koronawirus - w świadomości opinii publicznej - był odległą chorobą pochodzącą z Chin. Został wybudzony ze śpiączki już po pierwszej fali pandemii. 

- W kwestii rozwoju pandemii zatrzymałem się na informacjach dotyczących sytuacji w Wuhan. Pamiętam, że w ciągu jednego tygodnia miał powstać tam szpital. Ja miałem zaplanowany miesięczny wyjazd do Azji na wakacje. Dobrze, że nie pojechałem, bo pewnie bym tam umarł. Moi znajomi byli wtedy w Bangkoku i tam mówiono im, że wirus nie jest groźny i zaraz minie - relacjonował. 

- Będąc w śpiączce byłem kilkukrotnie wybudzany, choć sam tego nie pamiętam. Łapałem informacje o tym, co się dzieje. Pamiętam ze szpitala, jak przełożona pielęgniarek mówiła, że mają zmieniać maseczki co trzy godziny, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. Z tego, co wiem, brakowało im sprzętu ochronnego, nie byli na to przygotowani - przyznał. 

Stan zdrowia pana Tomasza był bardzo poważny. W pewnym momencie lekarze nie dawali mu dużych szans. - Teraz już wiem, że było to krwotoczne zapalenie trzustki z przerzutami wielonarządowymi. Moja trzustka się rozpadła, zakaziła jelito grube, czekają mnie jeszcze dwie operacje, ale wszystko idzie ku dobremu. Mijają około cztery miesiące, odkąd wróciłem do domu. Bezpośrednio po powrocie nie byłem w stanie nawet przewrócić się na bok, ruszałem tylko rękoma. Najcięższy był proces nauki chodzenia. Miałem zanik mięśni, schudłem ok. 40 kg - wspominał.

"Myślałem, że to sen"

- W czasie pobytu w szpitalu miałem bardzo dużo różnych, dziwnych snów, co jest normalne w czasie śpiączki. Jednak na szczęście w mózgu nie zaszły żadne zmiany. Po wybudzeniu nie byłem pewien, które wspomnienia w mojej pamięci były prawdziwe. Później dzwonili do mnie członkowie rodziny, bo odwiedziny były zabronione i podawali mi pierwsze informacje. Dowiadywałem się coraz to nowych rzeczy, po trochu mnie informowano. Nie zdawałem sobie sprawy z powagi tej sytuacji - mówił pan Tomasz. 

- Miałem rurkę tracheostomijną w szyi, więc nie mogłem mówić. Słuchałem jedynie tego, co mi opowiadano. Ciężko było zdać sobie sprawę, o co chodzi. To było jak apokalipsa. Lekarze chodzili w ubraniach ochronnych, dezynfekowali co chwilę ręce. Widać było, że boją się tego wirusa - dodał. 

Jednak, kiedy pan Tomasz mógł już mówić, w pierwszej kolejności zapytał o to, czy żyje jego tata. - Śniło mi się, że zmarł. Byłem pewien tych wszystkich myśli, które krążyły w mojej głowie. Nie wiedziałem, czy to, o czym mówiła mi rodzina przez telefon, to sen czy prawda - przyznał. 

Historia jak z filmu

Marcin Fijołek, reporter Polsat News, który rozmawiał z panem Tomaszem, zwrócił uwagę, że sytuacja, w której się znalazł, jest podobna do tych, które znamy z filmów. Bohaterowie "Seksmisji", zahibernowani w 1991 roku, budzą się w 2044 roku po wojnie w totalitarnym świecie pozbawionym mężczyzn. Analogicznie w "Good bye, Lenin!", bohater zapada w śpiączkę tuż przed upadkiem Muru Berlińskiego, a budzi się po komunizmie.

Pan Tomasz przyznał, że jego przypadek nie był tak barwny, jak filmowe kreacje, ponieważ on sam po pewnym czasie zdał sobie sprawę, jak stan pandemii będzie utrudniał mu powrót do zdrowia, przez ograniczony dostęp do rehabilitacji spowodowany obostrzeniami.

- Kiedy zdałem sobie sprawę, co się dzieje, było mi przykro, że muszę być z tym sam. Patrzyłem w ścianę, czekając, aż wyzdrowieję - mówił. 

Trzy tygodnie przed wyjściem ze szpitala mężczyźnie pozwolono spotkać się z bliskimi. - Moją dziewczynę ubrano w strój ochronny i mogliśmy się zobaczyć pierwszy raz od pół roku. To był szok - przyznał pan Tomasz. 

Lekarze mówią, że to cud, że żyje. - Słyszałem, że gdybym był 10 lat starszy, to nie miałbym szans na przeżycie. Podobno rodzina już trzy razy miała się ze mną żegnać - wspominał w rozmowie z Polsat News.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje