Reklama

Reklama

Szpital na Stadionie Narodowym świeci pustkami? Lekarz odpowiada

Do szpitala na Stadionie Narodowym trafiają pacjenci z zapaleniem płuc wywołanym wirusem SARS-CoV 2, którzy nie mają jednak ostrych procesów chorobowych, jeśli chodzi o inne narządy – powiedział anestezjolog dr Dominik Daszuta. Dodał, że z każdym dniem liczba przebywających tam pacjentów będzie rosła.

Dr Dominik Daszuta na co dzień pracuje jako anestezjolog w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Włocławku. Z jego pomocy od dwóch tygodni korzystają także pacjenci szpitala tymczasowego na Stadionie Narodowym.

Reklama

Dr Daszuta przyznał, że praca na Narodowym w wielu aspektach wygląda podobnie jak w zwykłym szpitalu, choć są też różnice.

- Pod względem kontaktu z pacjentami praca jest podobna, mamy kombinezony ochronne, tzw. strefy skażone i czyste. Część prac administracyjnych wykonujemy również w strefie czystej - powiedział.

Cierpią na zapalenie płuc i mają duże trudności z oddychaniem

Zwrócił uwagę, że jego obecność w szpitalu na Stadionie Narodowym - z racji specjalizacji - jest potrzebna szczególnie w ciężkich przypadkach. Przypomniał, że pacjenci cierpią na zapalenie płuc i mają duże trudności z oddychaniem.

- Taki stan trwa mniej więcej tydzień, czasami dwa tygodnie. W tym okresie opiekujemy się tymi pacjentami aż ich stan zdrowia ulegnie poprawie. Jednak część pacjentów wymaga niestety intensyfikacji naszych działań, włączenia coraz bardziej inwazyjnych metod leczenia, w tym także pomocy respiratora. Tu jest właśnie moja rola, jako anestezjologa, by zaopiekować się tymi najcięższymi przypadkami - podkreślił dr Daszuta.

Wskazał, że obecnie, z racji relatywnie niewielkiej liczby pacjentów przebywających w szpitalu na Narodowym, z łóżek respiratorowych i tlenoterapii wysokoprzepływowej korzystało do tej pory kilku chorych.

"Z każdym dniem liczba pacjentów będzie rosła"

- To są pacjenci, u których spędzamy trochę więcej czasu przyłóżkowo, często włączając terapię wysokoprzepływową, układając ich na brzuchu i pilnując, żeby wszystko przebiegało zgodnie z protokołem. Wszystko po to, żeby w odpowiednim momencie zareagować, gdy stan pacjenta nie poprawia się. Wtedy intubujemy chorych i podłączamy ich właśnie do respiratora. W takich przypadkach lekarz jest cały czas przy łóżku chorego - podkreślił specjalista.

Odpowiadając na krytykę pojawiającą się w niektórych mediach, że szpital na Stadionie Narodowym świeci pustkami, dr Daszuta ocenił, że z każdym dniem liczba pacjentów będzie rosła.

- Miejsca są tam cały czas przygotowywane. To nie jest tak, że od startu takiego obiektu zapewnione jest pełne zaplecze kadrowe, sprzętowe, żeby móc z dnia na dzień zaopiekować się tysiącem chorych. W miarę potrzeb, z tygodnia na tydzień, zarówno personelu, jak i pacjentów będzie tam przybywać. Bo taki trend sukcesywnie teraz obserwujemy - wskazał.

Kto trafia do szpitala na Stadionie Narodowym?

Zwrócił uwagę, że szpital funkcjonuje od ok. dwóch tygodni i w obecnej sytuacji jest on bardzo bardzo potrzebny.

- Szpitale komunikują się między sobą, którzy chorzy mogą tam trafić, pacjenci są wstępnie zdiagnozowani, nie mają innych ostrych procesów chorobowych, jeśli chodzi o inne narządy poza układem oddechowym. Nie wymagają takiej wysokospecjalistycznej i multidyscyplinarnej opieki. Jest to tylko jakaś forma niewydolności oddechowej, którą jesteśmy w stanie zabezpieczyć i ewentualne choroby przewlekłe bez istotnego nasilenia - powiedział dr Daszuta.

Dlatego, jak powtórzył, grupa pacjentów kierowanych do tych oddziałów będzie się powiększać. - Do szpitala na Stadionie Narodowym, tak jak do innych placówek, trafiają pacjenci, którzy są w nasilonym stresie wywołanym często dusznością, wysoką gorączką i wymagają bezpiecznych warunków do tego, żeby wyzdrowieć. Chorzy potrzebują odpowiedniej opieki pielęgniarskiej, lekarskiej i bardzo często tlenoterapii - wskazał dr Daszuta.

- Pacjenci lądują na łóżku szpitala tymczasowego, mają zapewniony tlen, opiekę, monitorowanie, obecność personelu medycznego. Widać po ich twarzach już po godzinie pobytu, jak cały ten niepokój ustępuje. Często następnego dnia, kiedy kończymy dyżur i rozmawiamy z pacjentami, to widać poprawę ich stanu i to nas cieszy, bo po to tam jesteśmy - powiedział anestezjolog.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje