Reklama

Reklama

Szkoły zamknięte. Decyzja dobra, czy spóźniona?

- Przy takim rozmiarze zakażeń decyzja dotycząca skierowania na zdalne nauczanie starszych klas szkół podstawowych wydaje się dobra – mówi Interii szef oświatowej Solidarności Ryszard Proksa. - Każda decyzja w kwestii szkół jest decyzją podjętą za późno, bo o jakichkolwiek sprawach w tym temacie powinniśmy byli rozmawiać pod koniec sierpnia – uważa z kolei prezes fundacji Przestrzeń dla Edukacji dr Iga Kazimierczyk.

W piątek na konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że uczniowie klas 4-8 szkół podstawowych od poniedziałku przejdą na nauczanie zdalne. Taka sytuacja ma potrwać przynajmniej do 8 listopada. Nauka dla dzieci w przedszkolach i uczniów klas 1-3 szkół podstawowych pozostaje bez zmian. Stacjonarnie pracują również szkoły w młodzieżowych ośrodkach wychowawczych i młodzieżowych ośrodkach socjoterapii. Dyrektorzy szkół specjalnych i specjalnych ośrodków szkolno-wychowawczych będą mogli sami decydować o trybie nauczania.

Reklama

Jednocześnie piątkowa decyzja rządu oznacza, że w placówkach będą przebywać wyłącznie najmłodsi. Czy to dobra decyzja?

- Przy takim rozmiarze zakażeń to dobra decyzja. Należało się spodziewać, że to nastąpi. Najmłodsze dzieci wciąż będą chodzić do szkoły i bardzo słusznie. Gdyby i oni zostali w domach, to stanęłaby gospodarka - uważa Ryszard Proksa, szef oświatowej Solidarności.

Innego zdania jest dr Iga Kazimierczyk z fundacji Przestrzeń dla Edukacji.

- Każda decyzja w kwestii szkół jest decyzją podjętą za późno, bo o jakichkolwiek sprawach w tym temacie powinniśmy byli rozmawiać pod koniec sierpnia. Wówczas środowiska nauczycielskie naciskały, by to dyrektor miał autonomię w kwestii otwarcia lub zamknięcia szkoły, bez konsultacji z sanepidem. Gdyby taka decyzja wówczas zapadła, to dzisiejsze informacje komunikowane przez premiera prawdopodobnie nie musiałyby mieć miejsca. W słowach premiera zabrakło mi natomiast dramatycznie kwestii dotyczącej testów dla nauczycieli, którzy cały czas będą pracować w żłobkach, przedszkolach i klasach 0-3 - zauważa prezes fundacji Przestrzeń dla Edukacji.

"Uczniowie i rodzice wszczynali awantury"

Z opinią Kazimierczyk nie zgadza się Proksa, który przekonuje, że rząd trzyma rękę na pulsie.

- Nie sądzę, by szkoły zostały zamknięte za późno. Byłem zwolennikiem, by cały czas obserwować co się dzieje i reagować elastycznie. W momencie gwałtownego przyrostu trzeba było podjąć taką decyzję. A wcześniej? Skala epidemii przerosła oczekiwania. Ci, co mówili, że trzeba zamknąć szkoły od początku września, będą teraz przekonywać, że mieli rację. Nie potrafili natomiast powiedzieć, na jakiej podstawie tak sądzą. Uważam, że reakcja jest prawidłowa - mówi Proksa.

Szef oświatowej Solidarności zwraca też uwagę, że w czasie, kiedy szkoły były otwarte, do jego związku spływały różne informacje związane z nieprzestrzeganiem wytycznych. Stopniowo, za zgodą sanepidu, kolejne szkoły były zamykane. Działo się też tak na podstawie przepisów BHP, kiedy w placówkach brakowało nauczycieli, którzy albo przebywali na kwarantannie, albo przedstawiali zwolnienia lekarskie.

- Spływały do nas sygnały, że mimo wytycznych przekazywanych szkołom nie wszystkie potrafiły się do nich dostosować. Następowała frustracja wśród pracowników. Było też dużo przypadków, że uczniowie i rodzice wręcz demonstracyjnie wszczynali awantury, bo nie chcieli nosić masek. Szkoda, że zrobiliśmy taki ferment. Trzeba było ustawy, by tę kwestię uregulować - podkreśla Proksa.

Zdalna nauka

Tymczasem od poniedziałku będzie obowiązywać nowa-stara rzeczywistość w szkołach. Ta, która miała miejsce podczas pierwszej fali pandemii. Uczniowie będą siedzieć w domach przed komputerami, nauczyciele będą delegować zadania, a rodzice mocniej zaangażują się w pomoc dzieciom. To obrazki utrwalone kilka miesięcy temu i doskonale przetestowane. Czy wobec tego jesteśmy lepiej przygotowani do kształcenia na odległość?

- Mieliśmy pół roku, ministerstwo miało całe wakacje, żeby przygotować nauczycieli na plan B, ale minister Dariusz Piontkowski przez cały czas swojego urzędowania mówił, że "mury nie zarażają", a "przytłaczająca większość szkół" pracuje stacjonarnie. Tymczasem przytłoczyła nas rzeczywistość - uważa Kazimierczyk.

- Dyrektorzy od kwietnia prosili o awaryjne procedury, ale ich nie dostali. Jesteśmy więc przygotowani do nauczania zdalnego, pod kątem systemowym, dokładnie tak samo, jak byliśmy gotowi w czerwcu. Wszystko spadnie na barki nauczycieli i będzie bazowało na ich prywatnych zasobach. Nauczyciele nie dostali wsparcia sprzętowego ani szkoleniowego. Pod względem systemowym "leżymy". Skończy się tak samo, jak to funkcjonowało od marca do czerwca. Wszystko będzie zależało od dyrektora, który nie dostaje żadnego wsparcia - rozkłada ręce działaczka oświatowa.

Wraz z przejściem uczniów na nauczanie zdalne lada dzień pojawi się kolejna dyskusja - dotycząca okrojenia podstawy programowej. Już pod koniec poprzedniego roku szkolnego wielu nauczycieli, rodziców i uczniów przekonywało, że zrealizowanie jej w całości jest niemal niewykonalne. Teraz, przy powrocie do tamtej rzeczywistości, sprawa znów stanie się aktualna.

- Wszystko wskazuje na to, że będziemy pracować w trybie szarpanym. Postulat okrojenia podstawy programowej pojawia się od dawna. Taki apel wysłano do MEN już w marcu. Wiemy, że nowy minister chce zająć się podstawą programową, ale nie mam przekonania, czy myśli o jej odchudzeniu. Musimy zająć się redukcją podstaw, a nie majstrowaniem przy kwestiach światopoglądowych - uważa Kazimierczyk.

Łukasz Szpyrka 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje