Reklama

Reklama

"Pseudouzdrowiciele" w "Raporcie" Polsat News

Diagnoza za pomocą włosa, sekretne metody i leczenie na odległość za 1,6 tys. zł. Tak w dobie pandemii działają pseudouzdrowiciele. - Tego się nie da spokojnie oglądać. Pozostaje się tylko dziwić, że są ludzie, którzy w takie brednie wierzą i jeszcze do tego za to płacą - komentuje dyrektor Szpitala im. S. Żeromskiego w Krakowie dr Jerzy Friediger. Program "Raport" można oglądać od poniedziałku do piątku o 20:50 w Polsat News.

W najnowszym wydaniu programu "Raport" Polsat News Leszek Dawidowicz przyjrzał się praktykom pseudouzdrowicieli, którzy w dobie pandemii wykorzystują strach przed chorobą. Reporter, podając się za pacjenta, przekonał się, jak wyglądają ich "metody leczenia".

Reklama

Tomasz D., jeszcze w pierwszych tygodniach pandemii, jako pierwszy wykorzystał strach, który nagle spadł na Polaków i chciał na tym strachu zarobić.

- Ujawnię państwu informację, którą do tej pory znają tylko trzy osoby w Polsce - mówił "uzdrowiciel" z Pomorza, przekonując, że potrafi pokonać COVID-19. 

Służby szybko namierzyły jego działalność, a prokuratura postawiła Tomaszowi D. zarzuty m.in. oszustwa. W jego podręcznej kasetce funkcjonariusze znaleźli 115 tys. zł. 

- Najbardziej niebezpieczni są ci, którzy wierzą, że mogą pomóc, ponieważ są niesłychanie przekonywujący - mówi dr Jerzy Friediger.

Diagnoza po 10 sekundach

W Polsce funkcjonuje wielu naśladowców Tomasza D. Leszek Dawidowicz trafia do "uzdrowicielki" z Mazowsza, której gabinet znajduje się tuż koło wejścia do sanepidu. Kobieta twierdzi, że ma zdolności błyskawicznego uzdrawiania. Przedstawia się jako była pracownica Ministerstwa Obrony Narodowej. 

- Kobieta zbada nie tylko mnie, ale również, na odległość, moją żonę. Do diagnozy potrzebuje tylko jej włosa - mówi reporter. Ostatecznie pseudouzdrowicielka decyduje się na skontaktowanie z żoną Dawidowicza przez telefon. Po 10 sekundach stwierdza, że małżeństwo nie ma koronawirusa.

- Tego się nie da spokojnie oglądać. Pozostaje się tylko dziwić, że są ludzie, którzy w takie brednie wierzą i jeszcze do tego za to płacą - komentuje dr Friediger.

Jeden cel

Dziennikarz kontaktuje się również z inną "uzdrowicielką". Ta z kolei twierdzi, że mężczyzna jest chory, nawet bardzo. Proponuje telefoniczną formę leczenia w cenie 1600 zł. 

Jak zaznacza dyrektor Szpitala im. S. Żeromskiego w Krakowie, pseudouzdrowicieli łączy jeden cel - chęć zdobycia pieniędzy za wszelką cenę. - Dla mnie to jest coś odrażającego - ocenia.

Program "Raport" od poniedziałku do piątku o 20:50 w Polsat News. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy