Reklama

Reklama

Prof. Simon: Grożono mi śmiercią, sprawy umorzono. W jakim ja kraju żyję?

- Swoimi wypowiedziami opartymi na wykształceniu i doświadczeniu staram się wspomóc państwo, aby ratować jak najwięcej ludzkich istnień. Ale to się komuś nie podoba. Prawdopodobnie lokalnym nieukom psychopatom oraz tym ze wschodu, którzy próbują nas ośmieszyć i doprowadzić do tego, byśmy byli narodem, który się ze wszystkimi kłóci - mówi w rozmowie z Interią profesor Krzysztof Simon, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Magdalena Pernet, Interia: Liczba zakażeń koronawirusem rośnie. Według prognoz apogeum tej fali ma nastąpić w drugiej połowie sierpnia, choć minister zdrowia Adam Niedzielski przekazał w ubiegłym tygodniu, że udaje się hamować dynamikę wzrostu liczby nowych przypadków, dzięki czemu szczyt może nastąpić już w pierwszej połowie tego miesiąca. Czy to realny scenariusz?

Prof. Krzysztof Simon, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, były członek Rady Medycznej: - Przepowiednie dotyczące tego, kiedy wystąpią szczyty kolejnych fal pandemii, w żadnym przypadku się nie sprawdziły dokładnie, co do miesiąca. Jeżeli chodzi o tę falę, to ona wystąpiła wcześniej, niż przewidywaliśmy. Ja spodziewałem się, że to nastąpi pod koniec września, w październiku. A tu niestety liczba zakażeń SARSCOV-2, i to w środku lata, zaczyna się nasilać, ale sytuacja nie jest jeszcze dramatyczna. 

Reklama

- Mamy do czynienia z wariantem bardzo zakaźnym, ale mniej patogennym, dlatego wymaga on mniejszej liczby hospitalizacji i powoduje mniej zgonów. Na razie nie obserwujemy tego, co miało miejsce w ubiegłym roku, gdy doszło do historycznej katastrofy, co do liczby hospitalizacji i zgonów z powodu COVID-19, jak i liczby zgonów z powodu problemów z brakiem miejsc w szpitalach dla innych pacjentów i brakami personelu.

O ile realna liczba zakażeń może różnić się od oficjalnych danych?

- Oficjalne dane to jest lipa. Potwierdzone przypadki to osoby, które zgłosiły się do systemu ochrony zdrowia z określonymi dolegliwościami. To pacjenci, których lekarze Podstawowej Opieki Zdrowotnej skierowali do szpitali lub by kupili test w aptece. Przypadków jest dziennie od pięciu do ośmiu razy więcej niż te, które są oficjalnie potwierdzane. Pozostali mają po prostu minimalne objawy albo nie mają ich w ogóle, zakażają się na krótko, nie mają problemów, ale mogą zarażać innych. Dane przekazywane przez Ministerstwo Zdrowia to zarejestrowane, objawowe przypadki. Przecież nikt bezobjawowy nie będzie się testował, a masowych badań przesiewowych się nie robi, zresztą po co, to nie Chiny.

- To aktualnie nie demoluje systemu opieki zdrowotnej, już i tak słabego, finansowanego w jednej trzeciej wysokości finansowania systemu w Niemczech. Na razie nie ma tragedii. W mojej klinice i na oddziale pacjenci z COVID-19 i schorzeniami współistniejącymi stanowią jedną trzecią wszystkich. W związku z tym automatycznie nieco ograniczamy przyjęcia innych pacjentów, ale nie jest tak, że przyjmujemy wyłącznie osoby z koronawirusem. Ale czy tak będzie dalej, tego nie wiem. Tym bardziej, że pojawiają się kolejne przypadki małpiej ospy. Poza tym mamy aktualnie większy problem, czyli kleszczowe zapalenie mózgu. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przyjęliśmy siedem osób z tą chorobą, której przebieg jest często bardzo ciężki i może prowadzić do zgonu i trwałego inwalidztwa.

Mówiono, że COVID-19 będzie niedługo taką samą chorobą jak grypa. Kiedy to nastąpi?

- COVID-19 jest jeszcze niezupełnie jak grypa, bo to wciąż młody wirus i śmiertelność wśród pacjentów jest nadal zdecydowanie większa. Ponadto nie wiemy, jak będzie przebiegał jego rozwój. Wirus idzie w naturalnym, biologicznym kierunku, czyli zwiększyła się zakaźność, a zmniejszyła patogenność. Na razie COVID-19 nie jest jeszcze łagodną chorobą. Są różne opcje. Może nagle zmutować w taki sposób, że będzie bardzo zakaźny, jak Omikron, ale też zarazem bardzo patogenny, jak Delta. To byłby problem w naszym społeczeństwie, gdzie 40 procent osób się nie zaszczepiło.

Jak zachęcać do szczepień, skoro nie działa nawet argument dotyczący ryzyka zgonu?

- To jest w interesie państwa i społeczeństwa. Część społeczeństwa nie szczepi się, dlatego, że to lekceważy. Te osoby uważają, że są silne, zdrowe i nie muszą się chronić, ale jest też grono zaciętych antyszczepionkowców, z którymi w ogóle trudno rozmawiać. Ich argumentem jest to, że mRNA zmienia genom, psychikę, wpływa na potencję. Mnie to strasznie drażni, bo są granice głupoty i żeby takie rzeczy opowiadać... 

- Pojawia się też argument, że w szczepionce są niebezpieczne konserwanty. Tak oczywiście są, bo to jest warunek trwałości szczepionki, niemniej ich stężenia są miliony (sic!) razy mniejsze, niż stężenia toksyczne dla człowieka. To są absurdy. Trudno słuchać takiego bełkotu. Co ciekawe, te same osoby szczepią się na wszystkie inne choroby szczepionkami zawierającymi podobne konserwanty. Ale muszę przyznać, że rozmawiałem z jedną ważną w naszym kraju osobą, która nadal uważa, że masowe szczepienia i szczepionki, szczególnie te oparte o mRNA, to potencjalnie zbrodnia, że najlepiej dbać o kondycję i to powinno wystarczyć (wcześniej miały wystarczyć jabłka z Grójca). Oczywiście kondycja i dbanie o ogólny dobrostan są bardzo ważne. Tylko że nie wiem, jak dbać o kondycję, biegać maratony i skakać o tyczce miałby 80-latek.

Jak reagować na takie niedorzeczności?

- Można odpowiadać na to naukowymi argumentami, ale gdy tylko ktoś z ekspertów się odezwie, np. ja, to zaczyna się nagonka, że jestem mordercą, że jestem skorumpowany, że firmy farmaceutyczne, w tym przypadku producenci szczepionek nas opłacają. Płacą Niedzielskiemu, Krasce, Simonowi, Horbanowi, Flisiakowi i innym osobom wielce zaangażowanym w walkę z tą i innymi epidemiami. I nikt tych oszczerców za takie wypowiedzi nie karze. Przecież ja dostawałem wyroki śmierci, ale wszystkie takie sprawy zostały umorzone. Do takiego stanu został doprowadzony system sprawiedliwości w tym państwie. W jakim ja żyję kraju? 

- Swoimi wypowiedziami opartymi na wykształceniu i doświadczeniu staram się wspomóc państwo, aby ratować jak najwięcej ludzkich istnień. Ale to się komuś nie podoba. Prawdopodobnie lokalnym nieukom psychopatom, oraz tym ze wschodu, którzy próbują nas ośmieszyć i doprowadzić do tego, byśmy byli narodem, który się ze wszystkimi kłóci. Takie głupstwa rozsiewają m.in. wschodnie media i ośmieszają nas jako naród. Tak działa sowiecka propaganda i szkodniki w naszym społeczeństwie.

Jak w takich warunkach walczyć z rozprzestrzenianiem się koronawirusa?

- Uważam, że gdy walczy się z tak niebezpieczna epidemią, przy takim stanie finansowania ochrony zdrowia i takich niedoborach kadrowych, to trzeba szczepić społeczeństwo przymusowo, przynajmniej tę część, która jest szczególnie narażona na ciężki przebieg. Czyli osoby ze współchorobowością oraz po 60. roku życia. I tak pozostanie pewna grupa ludzi, która ma przeciwwskazania do szczepień lub na szczepienia nie odpowie. Inaczej nie przerwiemy zakażeń, jeśli wszystkich nie zaszczepimy, ale przegrywam z tym poglądem, mimo że wiele krajów realizuje taki program przymusowych szczepień. 

- Aktualnie dostępnych jest już wiele szczepionek. Jeśli komuś z niewiadomych powodów nie podoba się szczepionka mRNA, choć w tym kierunku idzie przyszłość produkcji wielu szczepionek, to niech szczepi się szczepionką tradycyjną rekombinowaną, która też w rzeczywistości jest wynikiem skomplikowanych manipulacji genetycznych. Ponadto jest już też w tej chwili zatwierdzona lub w trakcie zatwierdzania w Europie szczepionka firmy austriackiej z unieczynnionym wirusem.

- Zachęcać do szczepień powinny też argumenty dotyczące ciężkiego przebiegu choroby, izolacji, a także powikłań.

O jakich powikłaniach mówimy? Ostatnio prof. Gut mówił o tym, że późnym powikłaniem po COVID-19 jest zmniejszenie ogólne mózgu.

- Są pacjenci, u których występuje spowolnione myślenie, są mniej aktywni, robią się adynamiczni, kłótliwi, pojawia się ogromna męczliwość zarówno psychiczna jak i fizyczna zarówno w trakcie choroby jaki i wiele miesięcy po (zespół pocovidowy). Niektórzy mieli subkliniczne zapalenie mięśnia sercowego. Szereg młodych kobiet nagle wyłysiało, wszystkie przeszły koronawirusa, więc to na pewno ma jakiś związek. Choć to zdumiewające i nie wiem, dlaczego tak się dzieje. 

- Chyba zapominamy też o jednej rzeczy. To jest choroba, podczas której z jednej strony pojawia się zapalenie, ale z drugiej uszkodzenie śródbłonka naczyń, spowolnienie przepływu krwi w naczyniach różnych ważnych narządów, pojawiają się zatory i zakrzepy. Naczynia robią się niedrożne i płuca całkowicie "wysiadają". I dlatego ci pacjenci umierali. Niekoniecznie przez zapalenie, ale po prostu z powodu braku przepływu krwi przez płuca. U części chorych doszło z tych powodów do trwałego uszkodzenia mózgu czy innych narządów, ale dlaczego mózg miałby się zmniejszać u osób, które przebyły zakażenie i chorobę bez istotnych powikłań? Tego nie wiem. Chciałbym poznać takie dane, jeśli są.

To szósta fala pandemii. Ilu jeszcze możemy się spodziewać?

- Wirus będzie z nami do końca życia, pytanie jaki to będzie wirus. Walka z epidemią dostosowana do naszego społeczeństwa i kondycji zdrowotnej danej populacji powinna polegać na tych najprostszych działaniach: myciu rąk, utrzymywaniu dystansu, unikaniu zamkniętych pomieszczeń. Czy to są restrykcje? Na czym niby polega w takim przypadku ograniczenie swobód obywatelskich? Nie ma żadnego ograniczania swobód. 

- Poza tym nośmy maski w pomieszczeniach zamkniętych, ale maski dobrej jakości z filtrem FFP2 lub lepiej FFFP3. Tak jest w większości krajów Europy, że trzeba używać dobrych masek, a nie masek ze szmatek lub niecertyfikowanego, importowanego "badziewia". Izolacja i kwarantanna to w wielu krajach, na obecnym etapie epidemii rozwiązania dodatkowe, już nieobowiązkowe i niekonieczne, ale władze zachęcają do zachowań prozdrowotnych. Nikt nie wymyślił niczego nowego. Kwestia tylko, jak to stosować. To musi być dynamiczne, dostosowane odpowiednio do sytuacji, liczby zakażeń itd. Tylko że u nas od razu w takich momentach zaczyna się agresja antyszczepionkowców, innych "anty" i tych podpisujących się na groźbach "my, naród polski" - tak jakby personel ochrony zdrowia walczący z epidemią nie był Polakami.

Jednym z argumentów Ministerstwa Zdrowia dotyczącym niewprowadzania restrykcji jest to, że odporność na COVID-19 w Polsce wynosi powyżej 95 proc. To efekt szczepień, ale i przechorowania koronawirusa.

- Ja bym protestował przeciwko takiemu stwierdzeniu. To, że 95 proc. społeczeństwa miało jakiś kontakt z wirusem, nie oznacza, że te osoby mają trwałą i silną odporność. Skoro 95 proc. osób w Polsce jest odporna to dlaczego dziennie odnotowujemy około 3 tysięcy objawowych zakażeń? Przecież te informacje są ze sobą sprzeczne. Podkreślmy, to tylko zachorowania objawowe. Gdyby to było 95 proc., to choroba nie miałaby gdzie się szerzyć. Gdyby było 95 proc. to nie byłoby żadnej epidemii i nie byłoby o czym rozmawiać. To są nieprawdziwe informacje. 

- Tak samo było w Stanach Zjednoczonych, a okazało się, że silniejszą odpowiedź ma jednak tylko około 60 proc. To, że ktoś miał kontakt z wirusem, nie oznacza, że ma trwałą i silną odporność przeciwko zakażeniu. Pomijając to, że warianty ciągle się zmieniają. Tak samo co roku należy się szczepić przeciwko grypie, bo też występują różne warianty i również ta szczepionka jest co roku zmieniana. Czemu więc kogoś drażni konieczność szczepień, na razie nie mamy jeszcze wysoce skutecznych leków przeciwwirusowych.

Jak całościowo ocenia pan działania władzy względem szóstej fali koronawirusa?

- Ostatnio władza, czyli w moim pionie Ministerstwo Zdrowia, się ożywiła i ja to szanuję, choć ożywiła się dość późno. My namawialiśmy, by to odbyło się wcześniej, by szybciej zaczęto ponownie mówić o COVID-19. Jeśli chodzi o szerzenia prozdrowotnych informacji, to pół roku jakoś po prostu wypadło. Bardzo dobrze, że teraz wprowadzono szczepienie czwartą dawką od 60. roku życia i dla osób z obniżoną odpornością. 

- Ale wciąż i wszędzie w mediach powinny pojawiać się kierowane do wszystkich apele, by się szczepić, skoro nadal są osoby, które nie chcą tego robić, mają w nosie panią, mnie, chorych, starszych, osoby z nowotworami. Trzeba zachęcać, przypominać, szerzyć postawy prospołeczne. I tak obecnie mamy trudne warunki życia. Szanujmy się nawzajem, szanujmy bliskich, osoby starsze, bo wszyscy kiedyś będziemy w tym wieku.

Z restrykcjami można też posunąć się za daleko w drugą stronę. Na przedmieściach Wuhan wykryto cztery zakażenia i lockdownem objęty został niemal milion mieszkańców.

- To jest absurd. Wiemy, że wirus się zmienia. Znamy metody zapobiegania rozprzestrzenianiu się choroby. Chińskie metody niezupełnie odpowiadają naszym realiom cywilizacyjnym. Na szczęście większość naszego społeczeństwa już identyfikuje się z kulturą zachodu (szkoda, że nie wszyscy politycy!). Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy zamykać miasta, pozbawiać ludzi dostępu do żywności i wody, dlatego, że pojawiły się cztery przypadki zachorowania. 

- Testowanie absolutnie wszystkich to już "zamordyzm", przesada w drugą stronę. Co innego, gdyby to była ospa prawdziwa. Tak było u nas we Wrocławiu, gdy byłem małym dzieckiem. Wtedy, i to za tej "paskudnej komuny", zamknięto miasto, zaszczepiono kogo się da, we Wrocławiu przymusowo. Poddawano przymusowej kwarantannie wszystkie osoby z kontaktu i przerwano epidemię. My tego teraz nie zrobiliśmy i epidemia się szerzy. Natomiast chińskie metody są z mojego punktu widzenia nieakceptowalne.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy