Reklama

Reklama

Prof. Robert Flisiak: Cały czas balansujemy na granicy

- Problem nie jest w sprzęcie, choć oczywiście także. Problem jest w ludziach. Co z tego, że mamy 11 tys. respiratorów, jak one głównie stoją w magazynach? Gdzie je postawić? Kto ma je obsługiwać? Mamy straszne problemy, jeśli pacjent nam się załamuje, żeby przekazać go gdziekolwiek na intensywną terapię. Dostajemy odpowiedzi: nie ma - mówił w Polsat News prof. Robert Flisiak.

Gościem "Nowego Dnia z Polsat News" był prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

Reklama

- Jeśli zabraknie respiratorów, to będzie wina złej organizacji służby zdrowia i wieloletnich zaniedbań, które w tej chwili nie są porządkowane - mówił profesor.

Jak dodał, "dowodem na to jest zalecenie, które nadal jest zamieszczone na stronie Ministerstwa Zdrowia".

- Organizuje się funkcjonowanie służby zdrowia aktami prawnymi, które są w zasadzie prawem powielaczowym z epoki mocno minionej. Mówię o zaleceniu, które jest ściśle respektowane przez lekarzy POZ, kierowania każdego pacjenta z dodatnim wynikiem testu - nawet, jeśli jest bezobjawowy lub skąpoobjawowy - do oddziałów chorób zakaźnych - tłumaczył prof. Flisiak.

"Balansujemy na granicy"

Ekspert podkreślił, że "liczba miejsc w szpitalach jest już na granicy pojemności". - Słyszeliśmy, że w niektórych województwach wojewodowie zwiększają liczby, ale to będzie powrót do szpitali jednoimiennych. To nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale prawda jest taka, że na tę chwilę chyba nie ma innego pomysłu - mówił profesor.

- My mamy przekroczone o 40 proc. limit, który jest wyznaczony przez wojewodę. Były rozmowy o zwiększeniu, natomiast cały czas balansujemy na granicy - mówił prof. Flisiak ze szpitala zakaźnego w Białymstoku.

- Staramy się utrzymać rezerwę minimalną miejsc na wypadek jakiegoś ogniska, gdy nagle zostaniemy postawieni w sytuacji kierowania większej liczby pacjentów - dodał.

- Obawiam się, że w tej chwili, gdybyśmy musieli mieć taką sytuację, jak kilka dni temu, gdzie wystąpiło jednocześnie ognisko w dużym DPS-ie i dużym szpitalu pod Białymstokiem, że zapełnilibyśmy się w całości i nie pozostałoby nic innego niż zamknięcie izby przyjęć - podkreślił profesor.

Kończą się zapasy remdesiviru

Na pytanie Michała Giersza, jak działa system, skoro lekarze alarmują, a ministerstwo uspokaja, że mamy 11 tys. respiratorów, z czego zajętych jest ponad 140 oraz mamy ponad sześć tys. łóżek w szpitalach, a zajętych jest 2,4 tys., profesor odpowiedział: - Problem jest nie w sprzęcie, choć to oczywiście też, ale problem jest w ludziach.

- Co z tego, że mamy 11 tys. respiratorów, jak one głównie stoją w magazynach. Gdzie je postawić, kto ma je obsługiwać? Mamy straszne problemy, jeśli pacjent nam się załamuje, żeby go gdziekolwiek przekazać na intensywną terapię. Dostajemy odpowiedź: nie ma. I tak jest w całej Polsce - tłumaczył prof. Flisiak.

- Podobnie z informacją o liczbie łóżek. Mówi się, że jest ich ileś tysięcy, ale zapomina się, że łóżko musi równać się sali, bo pacjent wymaga izolacji. Mamy przecież innych pacjentów, nie możemy odrzucić pacjentów w ciężkim stanie, zarażonych HIV czy z zapaleniem mózgu. Mamy obowiązek zgodnie z prawem hospitalizować takich pacjentów. Kto ich będzie leczył? - pytał profesor.

Ekspert zwrócił także uwagę, że kończą się, a w niektórych miejscach już skończyły się, zapasy remdesiviru, czyli jedynego leku przeciwwirusowego, który jest zarejestrowany.

- Od kilku dni usiłuję dostać informację, kiedy będą dostawy, ale nikt nie jest w stanie mi odpowiedzieć, nawet jeden z wiceministrów - mówił profesor.

- Dotychczas lek był dostarczany nieodpłatnie przez producenta, wkrótce pewnie przestanie, bo są inne kraje, które chętnie go kupią i zapłacą za to. Będziemy mieli problem - dodał.

Testy na koronawirusa. "Proszę o niestosowanie"

Pytany przez Joannę Górską, ile zachorowań dziennie jesteśmy w stanie wytrzymać, by system się nie załamał, profesor odpowiedział: - Jeśli przez kilka dni będzie 1,5 tys., to się zapchamy.

- Oddziały zakaźne tego nie wytrzymają. Apel do lekarzy rodzinnych o rozwagę i niekierowanie każdego z wynikiem dodatnim do oddziału zakaźnego - mówił prof. Flisiak.

Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych zaapelował także o niestosowanie testów antygenowych przysłanych ostatnio przez Ministerstwo Zdrowia. 

- To są testy, które nawet w wynikach badań konsultanta krajowego prof. Andrzeja Horbana mają 40-proc. czułość. To znaczy, że sześciu na dziesięciu pacjentów, którzy są zakażeni, będzie miało wynik ujemny - dodał.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje