Reklama

Reklama

Prof. Anna Boroń-Kaczmarska: Obostrzenia były luzowane za wcześnie

- Należałam do tej grupy zakaźników, którzy uważali, że są zdecydowanie za wcześnie wprowadzone poluzowania, czyli dopuszczenie imprez rodzinnych i skupisk ludzi w kościołach - powiedziała w programie "Gość Wydarzeń" w Polsat News prof. Anna Boroń-Kaczmarska, lekarz, specjalista chorób zakaźnych i zdrowia publicznego z Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.


Reklama

- Docierają do mnie nagrania z kazań duchownych, które urągają wszelkiej wiedzy przeciwepidemicznej. Byłabym bardzo ostrożna w mówieniu, że absolutnie za późno wprowadzono nowe restrykcje, ale uważam, że trzeba je było wprowadzić wcześniej albo później i stopniowo zacząć luzować (ograniczenia z wiosny - red.) - mówiła profesor.

- Przewiduje się, że obecna pandemia będzie trwać jeszcze około roku. W tej chwili jesteśmy w tzw. środku pandemii i niestety jest on dość zatrważający ze względu na bardzo dużą liczbę zakażeń. Miejmy nadzieję, że te liczby będą powolutku wygasały - powiedziała prof. Boroń-Kaczmarska.

Podkreśliła, że bardzo trudno jest odpowiedzieć na pytanie, czy pandemia będzie wygasała stopniowo, symetrycznie na całej półkuli północnej, czy ten proces będzie sinusoidalny. - Wszelkie prognozy dotyczące epidemii biorą się ze skomplikowanych wyliczeń matematycznych, które nie zawsze dają precyzyjną odpowiedź na zapytanie: co dalej? - tłumaczyła.

Służba zdrowia już jest zatkana

Pytana przez Grzegorza Kępkę, czy liczby dotyczące epidemii w Polsce przyjmuje z przerażeniem czy zrozumieniem, odpowiedziała: - Z przerażeniem na pewno nie, ze zrozumieniem tak.

- Dziś analizowałam najnowszy raport ECDC (Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób - red.), który mówi, że większość krajów Europy jest w okresie, kiedy zwiększa się liczba nowo wykrywanych zakażeń i to jest obserwacja powszechna. Natomiast stabilność epidemiologiczna to tylko i wyłącznie pięć państw, m.in. Grecja, Finlandia, Łotwa - powiedziała profesor.

Prof. Boroń-Kaczmarska przyznała, że w Polsce robionych jest dużo testów. - Na pewno można byłoby testować jeszcze więcej osób, ale za tym idą bardzo określone działania i one polegają przede wszystkim na pewnej ochronie medycznej. Zakładam, że spośród wszystkich badanych i pozytywnych nie wszyscy chorują na tyle ciężko, że wymagają hospitalizacji. Im więcej mamy zakażeń, tym bardziej musimy być przygotowani na hospitalizację i świadczenie mechanicznej wentylacji na OIOM-ie - dodała.

- Wierzę głęboko, że służba zdrowia się nie zatka, bo już jest zatkana. Społeczeństwo to nie tylko ludzie zakażeni koronawirusem, ale też wiele osób z ciężkimi chorobami. Dla tych chorych są pewne utrudnienia w pozyskaniu specjalistycznej porady. To jest eufemizm, zdecydowanie - podkreśliła.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy