Reklama

Reklama

Prezes KRDL: "Zagubionych" wyników jest więcej

Prezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych ujawnia w rozmowie z Interią poważny problem /Jakub Kaminski/East News /East News

- Liczba testów raportowanych przez resort zdrowia jest nieadekwatna do tego, ile badań dziennie naprawdę się wykonuje. Obecnie nie wszystkie laboratoria, które zgłosiły się o dostęp do systemu EWP, otrzymały kody dostępu. System w tym zakresie nie jest w pełni wydolny. Sprawozdawczość jest więc zaburzona - mówi w rozmowie z Interią Alina Niewiadomska, prezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych.

Reklama

Izabela Rzepecka, Interia: Do celów diagnostycznych stosuje się dwa rodzaje testów na obecność koronawirusa - testy antygenowe i testy PCR. Te pierwsze, decyzją ministra zdrowia, są wystarczające do stwierdzenia zachorowania, pod warunkiem wystąpienia objawów u osoby badanej. A różnice między metodami są znaczące.

Reklama

Alina Niewiadomska, prezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych: - Zupełnie inna jest filozofia testów przesiewowych, szybkich - antygenowych, a inna testów molekularnych - PCR. Testy wykonywane technikami biologii molekularnej, które wykrywają kwas nukleinowy, są złotym standardem w diagnostyce wirusa SARS-CoV-2. Na wynik trzeba jednak czekać dłużej. Natomiast zadaniem testów antygenowych jest szybkie wykrycie antygenu wirusa, ale w określonym czasie. Gdy test antygenowy zostanie wykonany zbyt późno, stężenie cząsteczek wirusowych w organizmie może spaść poniżej progu wykrywalności. Siódma doba od wystąpienia objawów to ten maksymalny czas, co do którego możemy być pewni, że test spełni swoją rolę. Testy molekularne nie mają argumentu czasowego.

Uwzględnianie testów antygenowych jako potwierdzenia diagnozy to był dobry pomysł?

- Byliśmy już na etapie, kiedy dobowo wykonywaliśmy 75 tys. testów tylko metodą PCR. Testy antygenowe nie były jeszcze wtedy dopuszczone. Podawaliśmy, że nasza wydolność to ok. 100 tys. badań w ciągu doby. Zastanawialiśmy się nad tym, czy pójdziemy w stronę otwierania nowych laboratoriów pracujących metodami PCR i dojdziemy do 120, 150 tys. testów na dobę, czy wystarczy liczba testów w granicach 100 tys., bo wyhamuje epidemia. Myślę, że jedynym aktorem sceny w tej chwili jest cena testu. Test antygenowy kosztuje ponad 74 zł, test molekularny 280 zł, czyli prawie czterokrotnie więcej. Wiadomym jest więc, że nacisk będzie szedł w stronę testów antygenowych, bo są tańsze.

Dopiero w ostatnich komunikatach Ministerstwa Zdrowia zaczęto wyszczególniać liczbę wykonanych dziennie testów antygenowych. Ta raportowana utrzymywała się w zeszłym tygodniu w granicach ośmiu, dziewięciu tysięcy. To mało, biorąc pod uwagę ich powszechność.

- Należałoby się spodziewać, że dzienna liczba raportowanych testów po włączeniu testów wykonywanych komercyjnie, tzn. płatnych przez pacjenta, wzrośnie. Tymczasem ona znacznie spadła i waha się między 20-30 tys., z czego około 1/3 to testy antygenowe. To jest po prostu niemożliwe, żeby wykonywano dziennie tylko osiem tysięcy testów antygenowych. Jeśli uwzględnimy skalę kraju i skalę zamówień, na pewno wykonuje się ich więcej.

To dlaczego tego nie widzimy?  

- Liczba testów raportowanych przez resort zdrowia jest nieadekwatna do tego, ile badań dziennie naprawdę się wykonuje. Obecnie nie wszystkie laboratoria, które zgłosiły się o dostęp do systemu EWP (system elektroniczny bazujący na raportach bezpośrednio przekazywanych z laboratoriów - red.), otrzymały kody dostępu. System w tym zakresie nie jest w pełni wydolny. Sprawozdawczość jest więc zaburzona. Laboratoria w końcu loginy do EWP otrzymają i będą raportować wszystkie wykonane dotychczas testy antygenowe.

Jak poprzednio, kiedy "zagubiono" 22 tys. wyników, zostaną doliczone do łącznego bilansu epidemii?

- Wpisywanie wyników do systemu EWP obowiązuje laboratoria od 18 maja. Laboratoria mogą to robić, jeśli w systemie jest zlecenie, a z tym, szczególnie na początku, bywało różnie. Wiele laboratoriów jeszcze wpisuje do systemu wyniki badań wykonanych kilka miesięcy temu, ponieważ dopiero zlecenia zostały tam wprowadzone.

O zjawisku na jaką skalę tu mówimy?

- Niestety nie dysponujemy listą laboratoriów, które nie otrzymały narzędzi do raportowania wykonanych badań. Z laboratoriów niepublicznych oraz innych, nieszpitalnych, wiemy, że ich placówki mają problemy, żeby się zalogować i wprowadzić do systemu wszystkie wykonane badania, ponieważ liczba możliwych do wprowadzenia rekordów jest limitowana. Co dopiero mniejsze laboratoria, które nie są głównymi graczami na rynku. Z ostatnich naszych rozmów wynika, że jeszcze dużo laboratoriów oczekuje na dostęp, loginy i kody do sprawozdawania testów antygenowych. Myślę, że ministerstwo zdaje sobie sprawę ze skali, bo wie, ile testów trafia na polski rynek. My takich danych nie mamy.  

W czym, pani zdaniem, tkwi problem?

- Trudno jest chyba Ministerstwu Zdrowia wypracować odpowiedni model, jak ta sprawozdawczość ma właściwie wyglądać. W laboratoriach szpitalnych będących na liście covidowej, mimo niedoskonałości systemu, raportowanie testów antygenowych jest realizowane. Jeżeli jednak testy wykonywane są w oddziałach szpitalnych, na izbach przyjęć czy SOR-ach, to nasuwa się pytanie, czy wszystkie te testy są raportowane do systemu i przez kogo. Właściwie robi się szara strefa w wykonywaniu testów, jeśli chodzi o sprawozdawanie, i powstaje luka w wiedzy, co z tych testów wynika dla oceny stanu epidemii.

Można temu jakoś zaradzić?

- Zgłaszaliśmy, że sprawozdawczość zabiera, jako administracyjna część pracy laboratorium, dużo czasu. Wnosiliśmy o to, aby odstąpić albo na tyle zminimalizować tę pracę biurokratyczną, żeby było to wykonalne i nie sprawiało tylu problemów. Proponowaliśmy również zatrudnienie osób spoza systemu kadr medycznych tylko do sprawozdawania. To mogłoby rozwiązać problem. Celem ułatwienia pracy, teoretycznie przynajmniej, zrezygnowano ze sprawozdawania wyników do sanepidów. Ale z drugiej strony nie mamy mechanizmu sprawdzającego, kontrolnego, czy te informacje się spinają. Pomyłek nie będzie widać. Przy tych 22 tys. "zagubionych" wynikach, chyba tylko ministerstwo i sanepidy wiedzą, gdzie tkwił błąd.

Znaczny spadek liczby testów zauważyliśmy w drugim tygodniu listopada. Problemy techniczne to jedno. Ale słyszymy też, że mniejsza jest liczba zleceń na testy od lekarzy Podstawowej Opieki Zdrowotnej. Dostrzegają państwo różnicę?   

- Zlecalność badań w kierunku testów PCR spadła znacznie, to prawda. Także na poziomie szpitali. Ale wydolność systemu na poziomie 70 tys. testów na pewno została, bo przybywa laboratoriów covidowych, nie ubywa. Absolutnie nie przesuwamy się w stronę granicy wydolności placówek. Byliśmy blisko, przy 80 tys. testów PCR. W tej chwili po stronie laboratoriów mamy moce przerobowe. Na liście covidowej widnieje 260 miejsc, w których można wykonać test.

W dodatkowe dni wolne - takim był np. 11 listopada - i w weekendy liczba testów jest zdecydowanie niższa. Teraz utrzymuje się na poziomie ok. 30 tysięcy. Jak wygląda to w praktyce, po stronie laboratoriów?

- Nie ma problemu w wydolności laboratoriów, bo laboratoria covidowe są ustawione właściwie na działalność siedem dni w tygodniu. One nie wykonują mniej badań w sobotę i niedzielę, zabezpieczenie dyżurowe jest. Problem jest w tym, że mniej pacjentów trafia do punktów wymazowych, wtedy mamy mniej próbek w laboratoriach.

- Jednak nawet nas zastanawia ta niska liczba wykonywanych testów w stosunku do stanu epidemii. Chyba wykonujemy w tej chwili zlecenia tylko wobec pacjentów objawowych. Efekt jest taki, że ci nieobjawowi są wśród nas i roznoszą wirusa. Reżimu sanitarnego trzeba dochowywać, bo niestety nie jest tak, że ci, którzy są dodatni, znajdują się w izolatoriach, szpitalach czy w kwarantannie, a wszyscy, którzy są na ulicy, to osoby zdrowe.

Ładowanie...

Kiedy zauważyliśmy spadek liczby wykonywanych badań w kierunku koronawirsa, blisko połowa testów dawała wynik pozytywny. Zdarzyło się, że odsetek pozytywnych testów wyniósł prawie 60 proc. A pojawiały się przekazy, że mamy do czynienia ze stabilizacją dziennej liczby zachorowań. Z punktu widzenia diagnostyki laboratoryjnej chyba nie możemy tak twierdzić.  

- Na ten moment, patrząc na to, jak zlecane są testy, jakimi metodami pracujemy, przy takiej sprawozdawczości nie możemy mówić o żadnej stabilizacji. Wskaźnik dodatnich testów do wykonanych jest bardzo wysoki, utrzymuje się mniej więcej na poziomie 40 proc. Świadczy to o tym m.in., że do badań trafiają pacjenci objawowi. A to nie oddaje skali stanu epidemii, tylko oddaje skalę kierowania właściwych osób do badań.

Od 1 grudnia testy antygenowe można przeprowadzać w przychodniach POZ. Lekarze są zszokowani tą decyzją, zwracają uwagę, że w każdej chwili może dojść do wybuchu kolejnego ogniska zakażenia, co oznacza pozbawienie możliwości leczenia tysięcy pacjentów "niecovidowych". Jak ocenia pani tę decyzję resortu zdrowia?

- Z testami tzw. szybkimi (jest ich kilkanaście - nie tylko dla SARS-CoV-2, ale są to też np. testy grypowe), które mogą być wykonywane poza samym laboratorium medycznym, jest duży problem. Mówimy o POCT (z ang. point-of-care testing - red.), czyli badaniach przy pacjencie. W Polsce nie zostało to jeszcze unormowane prawnie, cała procedura przebiega nie do końca zgodnie ze sztuką medyczną, z czym wielokrotnie występowaliśmy do Ministerstwa Zdrowia. Zgłosiliśmy też jako Krajowa Izba Diagnostów Laboratoryjnych uwagi do projektu ustawy o medycynie laboratoryjnej, aby ten obszar uregulować prawnie.   

- Dlaczego na siłę wprowadza się testowanie do POZ, gdzie zagrożenie jest ogromne? Tego nie rozumiem. Z poradni faktycznie robi się mini laboratorium w sferze samego pacjenta. Czy są one przygotowane na to, żeby w jakiś sposób wydzielić strefę tzw. brudną, testową, od czystej - śmiem twierdzić, że nie. A jak prowadzony jest nadzór nad tym badaniem, jeżeli chodzi o jego jakość, wiarygodność, kto ma się pod tym podpisać, co to w ogóle za informacja medyczna? Pytań jest wiele. Lekarze rodzinni nie występowali jednak do nas o opinię w tej sprawie.

Kolejną decyzją, która zapadła w ostatnim czasie, są badania przesiewowe w trzech regionach - na Śląsku, Podkarpaciu i w Małopolsce. W ramach pilotażu wybrano jedną grupę - nauczycieli. Ta akcja ma sens? 

- Nie wiem, czym się kierowano, że akurat postawiono na nauczycieli. Może tym, by sprawdzić, ilu nauczycieli w danym regionie jest chorych, a wojewoda wiedział, ilu jest wykluczonych i czy szkoły mają funkcjonować, czy też nie. Może bardziej zasadne byłoby badanie ekspedientów w sklepach? Ale rozumiem, że są doradcy przy ministrze zdrowia, epidemiolodzy, którzy na pewno mają solidne argumenty. Inną kwestią jest to, że cała Europa zmaga się z problemem wyboru odpowiedniego modelu testowania.

O pracy diagnostów laboratoryjnych mówi się dziś dużo. Czuje pani, że zostali państwo w końcu dostrzeżeni?

- Do ogłoszenia stanu pandemii, medialnie też, mało kto o nas słyszał. Funkcjonowały różne nazwy naszego zawodu: analityk, laborant. Albo w ogóle nie istniała praca diagnosty laboratoryjnego, chociaż laboratoria od zawsze były, są i ktoś te badania wykonuje. Obecnie jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych zawodów i kluczowych, jeśli chodzi o walkę z pandemią. Borykamy się z niedoborami kadrowymi wynikającymi z zakażeń wśród diagnostów. Jest nas 17 tys. Trzeba o nas dbać, chociaż myślę, że stara maksyma "Jak o siebie sam nie zadbasz...

... nie zrobi tego nikt". A więc dostrzeżeni tak. A docenieni?

- Wszyscy słyszymy podziękowania, tylko że ich to się już nasłuchaliśmy. Bardzo dużo czasu, jako samorząd, poświęciliśmy na to, aby Ministerstwu Zdrowia uświadomić, że praca diagnostów laboratoryjnych w laboratoriach, z materiałem zakaźnym SARS-CoV-2, to kluczowy argument do tego, żeby przydzielić dodatki tzw. covidowe. Ustawa, która działała od maja do września nadawała takie uprawnienia pozostałym zawodom medycznym, a odcinała nas, diagnostów. Było to mocno niesprawiedliwe. Dopiero teraz literalnie zostaliśmy wymienieni.

- Trzeba jednak pamiętać, że dodatki to sprawa czasowa, na czas epidemii. Za chwilę zostaną one odebrane. Dalej jesteśmy tą grupą zawodową, która ma jedno z najniższych uposażeń i nie słyszę też, żeby coś w tym obszarze miało się zmienić. Liczymy na związki zawodowe, że będą pilnować tego obszaru i patrzeć na przysłowiowe ręce decydentów w ramach procedowania w Radzie Dialogu Społecznego. My specjalizacje realizujemy praktycznie za własne pieniądze, nie mamy bezpłatnych kursów, nasz samorząd zawodowy nie otrzymuje dofinansowania z budżetu państwa tak jak samorząd lekarski i pielęgniarski.

Rozważali lub rozważają państwo strajk?

- Oczywiście padają takie propozycje. Ale musimy zwrócić uwagę na to, że nas jest tylko ok. 17 tys. Pielęgniarek 300 tys. lub więcej. Grupa zawodowa, która ma silne związki zawodowe, jest grupą, która właściwie rozdaje karty. Wspieramy nasze związki zawodowe w działaniach na rzecz wzrostu wynagrodzeń dla pracowników laboratoriów. Mało tego, liczę że sytuacja materialna diagnostów ulegnie znaczącej poprawie w nowym roku. Jesteśmy, testujemy, wykonujemy badania, walczymy jako kadry medyczne z COVID-19, niemożliwe, żeby system, państwo tego nie doceniło i nie wynagrodziło za ciężką pracę.

Chce pani w obecnej sytuacji do kogoś zaapelować?  

- Tak, zwracam się do ozdrowieńców o oddawanie osocza. Tego apelu nigdy dość!

Rozmawiała Izabela Rzepecka


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy