Reklama

Reklama

"Napiętnowani". "Raport" o pierwszych Polakach zakażonych koronawirusem

Jako pierwsi w Polsce doświadczyli, czym jest koronawirus. Kiedy na początku zeszłego roku dla większości z nas wirus z Wuhanu wciąż był czymś egzotycznym i dalekim, oni właśnie go przechodzili. Wtedy przyszło im się mierzyć nie tylko z nieznaną chorobą, ale często także z hejtem i groźbami. Dominikowi Lorencowi z programu "Raport" w Polsat News opowiedzieli o tym, do czego prowadzi strach przed nieznanym.

- Ktoś stwierdził, że koronawirusa czy zarazę najlepiej zwalczyć ogniem, dlatego należy nasz dom spalić. 112 odsyłało do sanepidu, sanepid do szpitala i tak było w kółko. Myślę, że ci, co chorowali pierwsi, mieli szczęście w nieszczęściu. Traktowaliśmy, że jeszcze jesteśmy bezpieczni, jak się okazało nie do końca. Czułem się, jak leżący, który jest kopany - mówi Paweł Lisiak.

To historia o tym, jak zmierzyć się nie tylko z wirusem, ale także z ogromnym obciążeniem bycia tym pierwszy zakażonym. O swoich doświadczeniach opowiedziało Polsat News trzech pacjentów "zero". Wszystkich łączą podobne wątpliwości.

Reklama

- Ja przechodziłem bezobjawowo, ktoś inny mógł przechodzić bezobjawowo i po prostu nawet się o tym nie dowiedział, że przeszedł wirusa, u mnie akurat zrobili test. Dużo osób wspominało, że przechodziło coś dziwnego już wcześniej. Jestem wręcz przekonany, że pierwszym nie byłem - mówi Paweł Lisiak, pacjent "zero" w powiecie krotoszyńskim w woj. wielkopolskim.

51-letni Lisiak to łowczy krajowy, który stoi na czele myśliwych w Polsce. Sanepid przyjął, że zakaził się na początku marca, podczas służbowego wyjazdu do Brukseli. To jedno podejrzenie sprawiło, że kwarantanną objęto ponad sto siedemdziesiąt osób.

- Nie kojarzę tego wyjazdu z koronawirusem, na którego zapadłem. Będąc w Brukseli, miałem kontakt z osobami, z których żadna nie była zakażona, nie była dodatnia, jeśli chodzi o koronawirusa. Myślę, że jest to po prostu wygodne tłumaczenie - mówi.

Po powrocie Paweł Lisiak uczestniczył w uroczystości powołania Michała Wosia na ministra środowiska. Ten - po niespełna dwóch tygodniach - okazał się być pierwszym zakażonym członkiem rządu.

- Na temat mojego przypadku było tyle domniemań, że jedno z nich to także była ta droga - mówi Lisiak.

Zakaził się podczas trasy koncertowej

Wątpliwości nie było w przypadku Krzysztofa Drabikowskiego. Lider Batushki, jednej z najpopularniejszych grup metalowych w Polsce, zakaził się podczas trasy koncertowej po Europie. Podlasie było ostatnim regionem wolnym od koronawriusa - do 17 marca, kiedy muzyk otrzymał pozytywny wynik testu na covid.

- Chciałem zrobić ten test, ale niestety był z tym problem, gdyż każda instytucja odsyłała do drugiej, szpital odsyłał na numer 112, 112 odsyłał do sanepidu, sanepid do szpitala i tak było w kółko. Dopiero moja mama jako pediatra i rodzinny załatwiła to, żeby szpital przyjął, żeby zrobić test, na który się zgłosiłem, jak tylko było to możliwe - opowiada Drabikowski.

Zaraz po wynikach testu pierwszy na Podlasiu pacjent z koronawirusem opublikował post w internecie. Po prostu, by ostrzec znajomych. Obok wielu komentarzy wsparcia zobaczył z bliska, czym jest pandemia hejtu.

Tygodnie w izolacji

W roli winnego został też postawiony pacjent "zero" z powiatu piotrkowskiego w woj. łódzkim. - Duży hejt spadł na jednostkę, że to nasza wina, że ktoś się zaraził - mówi Dariusz Sekuła.

Tegoroczny maturzysta, od 14. roku życia strażak-ochotnik, zakaził się podczas koncertu organizowanego w OSP w Rozprzy z okazji Dnia Kobiet. - Odebrałem telefon i usłyszałem, że mam wynik pozytywny - z jednej strony strach, a z drugiej niedowierzanie, że to akurat mnie musiało to spotkać - opowiada. 

Po tygodniu domowej kwarantanny, trafił do izolacji w Ośrodku Konferencyjno-Rekolekcyjnym w Porszewicach koło Pabianic.

- Na początku, jak tam trafiłem, nie było dużo osób, ale po czasie widziałem przez okno, że coraz częściej przyjeżdżają karetki z osobami chorymi, w nocy było słychać, jak ktoś ma duszności czy kaszel - wiadomo, ściany nie były grube, wszystko było słychać - wspomina Sekuła.

Z sąsiadką z naprzeciwka widział się raz dziennie, o godz. 13.30, kiedy żołnierze WOT przynosili obiad, kolację i śniadanie na następny dzień.

- Nie mogliśmy otwierać drzwi od pokoju, okno - bo miałem jedno okno - można było uchylać, nie otwierać. Na stole na kartce dużymi literami było napisane, że za opuszczenie izolacji grozi kara 30 tys. zł - opowiada.

Tak spędził kolejne trzy tygodnie. - Od początku do końca kwarantanny nie miałem żadnych objawów - wspomina. 

"Nie mogłem oddychać"

- Miałem napady kaszlu, które prowadziły do tego, że nie mogłem oddychać - opowiada Paweł Lisiak. Jednak to nie fizyczne objawy koronawirusa uważa za największe wyzwanie, ale hejt.

- Najbardziej zapadło mi w pamięci to, że ktoś stwierdził, że koronawirusa czy zarazę najlepiej zniszczyć ogniem i że najlepiej po prostu nasz dom spalić. Dom, w którym były dzieciaki same bez nas - mówi Paweł Lisiak.

Mowę nienawiści potęgowała historia ojca Lisiaka. 85-latek jako pierwszy z rodziny trafił do szpitala powiatowego w Krotoszynie. Według hejtujących za późno udzielił medykom informacji o możliwym kontakcie z osobą zakażoną.

"Zdaje się, że pan o którym mowa w tym tekście, po powrocie ze szpitala nie będzie miał w Krotoszynie poklasku, przypominamy - nie kłam medykowi" - to jeden z komentarzy w internecie.

Załamanie psychiczne

Powrotu ze szpitala jednak nie było.

- Wyczuwałem takie załamanie psychiczne u mojego ojca, jakieś takie zrezygnowanie, jakąś taką rezygnację i 27 marca rano od siostry otrzymałem wiadomość że ojciec nie żyje - wspomina Paweł Lisiak.

Mimo rodzinnej tragedii, społeczne wykluczenie nie ustało. Jeden z komentarzy hejterki: "Powiesiłabym go, zabić własnego ojca i zarazić setki ludzi".

Śmierć najbliższej osoby przyniosła w tej historii jednak coś więcej niż samo cierpienie. Paweł Lisiak stał się pierwszym Wielkopolaninem, który oddał osocze. Osocze, które uratowało życie innych.

- Decyzję o tym, że oddam osocze podjąłem już będąc w szpitalu. Dowiedziałem się, że to lek, który ratuje życie najbardziej potrzebującym, którzy muszą przejść bardzo głęboką terapię, że jest to dla nich szansa - opowiada Lisiak.

Tak było też w przypadku Krzysztofa Drabikowskiego. - Oddałem trzykrotnie i to trzykrotnie w ciągu 14 dni - mówi.

Również Dariusz Sekuła uważa, że możliwość pomocy innym to największy pozytyw jego choroby. - Pomagam innym osobom tutaj, służąc w OSP, a tym samym oddałem osocze, też pomagając innej osobie, wiec to był mój obowiązek druha - podkreśla. 

Pacjentów "zero" łączy jeszcze jedno przekonanie: w dobie pandemii powinniśmy koncentrować się na walce z pandemią, a nie na walce z ludźmi, którzy są chorzy.

- Dla tych wszystkich, którzy zachorowali, chciałbym powiedzieć, że to nie koniec świata, z tego się wychodzi - podsumowuje Dariusz Sekuła. 

"Raport" w Polsat News od poniedziałku do piątku o 21:00.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy