Reklama

Reklama

Najmłodsi wrócą do szkół i przedszkoli? Wirusolog ostrzega

- Dzieci chorują na COVID-19 bardzo łagodnie, ale mogą przenosić zakażenia. To jest więc duży i niebezpieczny krok, który wymaga przemyślenia. W wyniku powrotu dzieci do szkoły może wzrosnąć liczba zakażeń w Polsce - mówi prof. Krzysztof Pyrć, wirusolog z Małopolskiego Centrum Biotechnologii UJ, komentując nowy pomysł rządu, aby do przedszkoli i szkół wróciły dzieci do 10-12 lat.

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział dzisiaj, że w drugim bądź trzecim etapie uwalniania gospodarki uruchomiony zostanie mechanizm, umożliwiający pozostawianie dzieci małych oraz do 10-12 lat w szkołach, lub przedszkolach pod opieką. Szczegóły zostaną przedstawione pod koniec kwietnia. 

Reklama

Prof. Krzysztof Pyrć, kierownik Pracowni Wirusologii w Małopolskim Centrum Biotechnologii UJ uważa, że to pomysł, który jest obarczony ryzykiem. -  To nie jest jeszcze opcja do wprowadzenia w tym momencie. Dzieci chorują na COVID-19 bardzo łagodnie, ale mogą przenosić zakażenia. To jest więc duży i niebezpieczny krok, który wymaga przemyślenia. W wyniku powrotu dzieci do szkoły może wzrosnąć liczba zakażeń w Polsce - ostrzega w rozmowie z Interią Krzysztof Pyrć.

Naukowiec zauważa jednak, że nie można przez długi czas utrzymywać zamknięcia szkół,  w sytuacji, kiedy zdaniem wielu ekspertów, pandemia skończy za 1-2 lata.  - Musimy wszyscy nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, cały świat zastanawia się na tym, jak to zrobić - mówi Krzysztof Pyrć.

"Być może trzeba będzie przywrócić obostrzenia"

Zdaniem wirusologa trudno także obecnie zaplanować  daty znoszenia poszczególnych obostrzeń. - Być może za kilka miesięcy zamiast poluzowywać trzeba będzie je przywrócić. Wszystko zależy od tego, jaka będzie liczba zakażonych w Polsce. Teraz musimy robić wszystko, aby uniknąć tego, do czego doszło w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech - mówi Krzysztof Pyrć.

Przyznaje także, że wobec scenariuszy rozwoju epidemii naukowcy są bezradni. - Na większość pytań mogę odpowiedzieć teraz tylko "nie wiem" - stwierdza Krzysztof Pyrć.

O niepewności co do przyszłości mówił także premier Morawiecki.  - Nie wiemy, jak będzie wyglądał przebieg pandemii koronawirusa. Chcemy jednak dać pewne możliwości osobom, które nie mogą zostawić swoich dzieci w domu, dlatego zasygnalizowaliśmy wypracowanie mechanizmu możliwości pozostawiania dzieci małych i do 10-12 lat w szkołach bądź przedszkolach pod opieką - powiedział premier.

Zaznaczył, że szczegóły dotyczące tego mechanizmu zostaną przedstawione "w stosownym czasie, na pewno przed końcem kwietnia".

Protesty rodziców

Coraz więcej krajów myśli o ponownym otwarciu szkół. To wzbudza jednak protesty części rodziców.

Dania to pierwszy w Europie kraju, który zdecydował się na taki krok. Dzieci ze szkół podstawowych zaczęły w połowie kwietnia wracać do normalnych zajęć.

Ok. 20 tys. rodziców  podpisało petycję do rządu, by ten powstrzymał, przynajmniej na razie, powrót dzieci do szkół. Protestujący obawiają się iż rząd Danii chce w ten sposób sprawdzić czy ponownie nie wzrośnie ilość zachorowań. Rodzice uważają, że ich dzieci są wykorzystywane przez władze jako króliki doświadczalne.

Według nich, taki eksperyment w krótkim czasie może zakończyć się nawrotem epidemii. "O ile starszym dzieciom da się wytłumaczyć że mają zachowywać dystans wobec rówieśników, to młodsze po prostu tego nie rozumieją" - argumentują rodzice.

Dania nie jest jedynym krajem w Europie, który luzuje restrykcje. Również Norwegia zapowiedziała, że jeszcze w tym miesiącu najmłodsze dzieci wrócą do szkół.

W Czechach od 25 maja do szkół będą mogli wrócić uczniowie pierwszego stopnia szkół podstawowych, jednak nie będzie to obowiązkowe. W przypadku większości uczniów zdalne nauczanie będzie obowiązywało do 30 czerwca.

Od 4 maja najstarsi uczniowie wrócą do szkół w niektórych landach w Niemczech. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy