Reklama

Reklama

Marian Sajnog: O epidemiach mówiłem wielokrotnie. Ludzie kiwali głowami

- Do katastrof, jak do wojny, trzeba przygotowywać się przez cały czas - podkreśla w rozmowie z Interią Marian Sajnog, uczestnik wyprawy na Mount Everest, instruktor ratownictwa górskiego zajmujący się od wielu lat ratownictwem kataklizmowym i redaktor naczelny kwartalnika "Ratownictwo Górskie". Zwraca też uwagę, że trwającą pandemię przechodzimy w "luksusowych warunkach".

Ewa Wysocka, Interia: Mija 40 lat od trzęsienia ziemi we Włoszech. Zginęły w nim około trzy tys. osób, a ponad siedem tys. odniosło rany. Brał pan wtedy udział w wyprawie ratunkowej. 

Reklama

Marian Sajnog: - Byliśmy w małym miasteczku Lioni. Wstrząsy zniszczyły tam 70 proc. domów. W całym powiecie zginęły ponad dwa tys. ludzi. Pojechaliśmy po wyprawie na Mount Everest, samochodem wyprawowym. Mieliśmy 10 ton pomocy - namioty, kołdry, które załatwiła nam kielecka Solidarność i czterech ratowników z psem. Pojechaliśmy pomagać, ale też się uczyć. Po raz pierwszy uczestniczyłem w akcji po trzęsieniu ziemi. Potem była Armenia. W Lioni zwołano dwudniowe seminarium, które podsumowało akcję ratunkową. Zwrócono uwagę, że każda katastrofa przebiega w trzech fazach: izolacji albo chaosu, ratunku i odbudowy. Izolacja to okres, kiedy ludzie czekają na pomoc.

Niektórzy czekają na próżno. 

- Pamiętajmy, że nie ma takiego systemu na świecie, który zapewni, żeby pomoc dotarła do każdego, w każde miejsce i o każdej porze. Nie ma i nie będzie. Nawet u najlepiej zorganizowanych. Przy masowych katastrofach pomoc dociera wybiórczo. A w czasie trzęsień ziemi do niektórych nawet po tygodniu albo i później. 

Jest pan specjalistą od fazy izolacji, czyli właśnie oczekiwania na ratunek.  

- Większość ludzi nie jest w stanie wtedy działać, jedni mają kontuzje, inni są załamani psychicznie. W fazie izolacji jesteśmy zdani na siebie, na najbliższych. Podobnie, jak byliśmy w pierwszej fazie pandemii. Dlatego - tu ukłon do pani i pani kolegów - ta faza powinna być wspierana przez media. W 1997 roku, w czasie powodzi we Wrocławiu panował totalny chaos i Radio Wrocław stanęło na wysokości zadania. Gdyby nie ono, to skutki powodzi byłyby dużo gorsze. Wysiadło światło, a radio można mieć na baterie. Ludzie wywieszali białą flagę, kiedy potrzebowali żywności, niebieską - kiedy potrzebowali lekarza, a czerwoną - kiedy trzeba ich było ewakuować. Pamiętam mężczyznę z czerwoną flagą. Ratownik zjechał do niego po linie, a kiedy dotarli na suchy ląd, okazało się, że tylko potrzebuje baterii do radia i chce wracać do domu. Do momentu, kiedy mógł słuchać, był podbudowany, a kiedy wysiadło - siadła mu psychika. Dostał baterie i dalej chronił dom. Również podczas pandemii radio jest najważniejsze. 

Sugeruje pan, że media nie zdają sobie sprawy z tego, jaką rolę odgrywają w sytuacji, w jakiej jesteśmy od marca? 

- Absolutnie. Pisaliśmy do paru wydziałów dziennikarskich. Chcieliśmy stworzyć grupę młodych dziennikarzy, którzy jeździliby na miejsca katastrof pomagać, ale przede wszystkim zobaczyć, jak to wygląda. I zrozumieć, jak ważna jest ich praca. Dziennikarze nie rozumieją potrzeby udzielania takich informacji. Donoszą o tym, że coś się stało. Natomiast nie są zainteresowani stroną edukacyjną, a media powinny pełnić również tę rolę. 

A jakiś przykład? 

- Wychodzi celebrytka i mówi, że wirus nie istnieje, a media za nią to powtarzają. Premier europejskiej potęgi twierdził to samo, aż sam nie zachorował i media też to powielały. Ludzie mają mętlik w głowach, potrzebują wsparcia, jak teraz ze szczepieniem, są wystraszeni, wypłoszeni. Dzisiaj miałem chyba z pięć telefonów, czy ja się szczepię.  

Pamiętam na początku pandemii wypowiedź pani dyrektor z sanepidu, że maski nikomu nie pomagają. Inny lekarz twierdził, że noszącym maski grozi grzybica płuc. W sytuacji, jak ta, media spełniają niewyobrażalnie wielką rolę. Musi być jednak spełniony ważny warunek - powinny mówić wspólnym głosem. A co robią? Wprowadzają chaos, który doprowadza ludzi do psychicznych rozstrojów. Chaos tłamsi psychicznie. Dlatego ludzie idą na skróty - gromadzą się i pomijają obostrzenia. A tam jest wirus, gdzie są ludzie. 

Media zawodzą, a kierujący pandemią? 

- Trudno to oceniać. Śledzimy wydarzenia w Polsce i w innych państwach i we wszystkich jest podobnie. Żaden z europejskich krajów nie był przygotowany do pandemii. O ile istnieje współpraca militarna, wspólne pościgi za przestępcami czy współpraca służb takich, jak GOPR, o tyle - jeśli chodzi o zagrożenia masowe - to niestety, nie ma wspólnych działań. Nasz rząd zachowuje się tak, jak człowiek we mgle. Kręci się wokół własnej osi. Nie ma spójności. Wychodzi premier i się waha. To wahanie odbija się na ludziach. Powinien nie bać się powiedzieć: "Koniec. Tego sylwestra siedzimy w domach i nie wychodzimy". A tu niby nie wolno, a jednak wolno. I ludzie to słyszą, obserwują i tak samo reagują. Chocholi taniec. Do tego wszystko jest robione za późno. Zasada generalna: zawsze idzie się przed katastrofą. Wyprzedza się ją.

Ale zwykle katastrofy trudno jest przewidzieć, chyba że z wulkanu zacznie się unosić dym.  

- Ano właśnie. Dlatego trzeba dostosować prawo, trzeba przewidywać, jak się zachowamy podczas epidemii, co nam będzie potrzebne. Zobaczymy, jakie wnioski zostaną wyciągnięte z tej trwającej. Ale - powtarzam - jednym z ważnych problemów, który nie przyczynia się do opanowania wirusa, jest chaos medialny, brak odpowiedzialności ze strony dziennikarzy, którzy piszą i powielają bzdury. 

Po trzęsieniu ziemi we Włoszech, kiedy powstawały programy określające zasady działania ratownictwa kataklizmowego, zachęcano do wprowadzenia zarządzenia: w sytuacji katastrofy albo epidemii natychmiast powinien zostać wprowadzony stan wyjątkowy. Wszystko i wszyscy powinni mu być podporządkowani. Również media. Więcej - proponowano, aby kanały komunikacyjne i informacyjne były cenzurowane i mogły publikować tylko oficjalne komunikaty sztabu kryzysowego. 

Dziennie dochodzi średnio do 2500 trzęsień ziemi, a rocznie do 52 erupcji wulkanów.

- Przez całe życie jesteśmy zagrożeni, ale uśpieni. Nasza cywilizacja daje nam złudne poczucie bezpieczeństwa. Dołóżmy do tego wygodę życia, dostępność jedzenia. Przecież w czasie tej pandemii nigdy nie mieliśmy kłopotów z wyżywieniem, z ogrzaniem, z komunikacją. My ją przechodzimy w luksusowych warunkach. Jedyna groźna rzecz to wirus, a złapiesz go, jeżeli będziesz się stykał z ludźmi. A niektórzy wręcz się do tego pchają. Dzisiaj zadzwoniła moja znajoma, wściekła na cały świat, bo nie może jechać na narty do Włoch czy Austrii. 

Zagrożenia to nie tylko koronawirus...

- Choćby związane z naturą - trzęsienia ziemi, pożary. Również te wynikające z działalności człowieka jak Czarnobyl. Albo militarne, bo ludzie nie potrafili wyciągnąć wniosków z dwóch wojen światowych i bez przerwy się piorą. No i są wreszcie zagrożenia związane z chorobami, zarazami. Można przewidzieć, że coś takiego nastąpi, ale tak, jak w przypadku trzęsień ziemi - nie wiadomo kiedy. 

Czyli prewencja nie wchodzi w grę. 

- Wręcz przeciwnie. Do epidemii czy pandemii, podobnie jak do wojny, trzeba się non stop przygotowywać. Katastrofy i zagrożenia są z nami i zawsze będą, a szczególnie te epidemiologiczne. O epidemiach wielokrotnie mówiłem na wykładach, na konferencjach. 

I jaka była reakcja?

- Ludzie kiwali głowami, ale jak mówiłem o przygotowaniu ratowników górskich do katastrof, to pukali się w czoło i mówili: "W Polsce nie ma katastrof". A teraz proszę - gdybyśmy się przygotowywali, edukowali społeczeństwo, byłoby łatwiej. Wyedukowane i zdyscyplinowane społeczeństwo w sytuacji kryzysowej powinno się rozumniej poddawać nakazom. 

Jakieś wnioski wyciągniemy, czegoś się nauczymy? 

- Po każdej katastrofie świat się zmienia, życie się zmienia. Po powodzi na Dolnym Śląsku Kłodzko inaczej zostało odbudowane. Podobnie będzie po epidemii. Zwróćmy uwagę, że nie ma grypy, bo jakiś procent ludzi chodzi w maskach i ma przy sobie odkażacze. Często myjemy ręce. Ktoś wchodzi do mojego domu i pierwsze, o co teraz pyta, to gdzie może umyć ręce. Może też zostanie nawyk noszenia maski w okresach grypowych. 

Wracając do trwającej pandemii, co jeszcze można zrobić? 

- To, co powiem, spotka się z ogromną krytyką - trzeba wprowadzić stan wyjątkowy, reżim. Pozamykać, co się da, co można. To, co mówię, jest utopią, ale bez zdyscyplinowania ludzi i nakazów rządu niewiele się zrobi. Pandemia kiedyś umrze, mamy szczepionki, ale już się zaczęła nawalanka, czy się szczepić, czy nie. Zaraz usłyszymy, że ileś osób umarło, coś komuś się stało. Znów chaos i brak wspólnego działania ludzi i rządu. I podkreślam - nie można zapominać o edukowaniu społeczeństwa. Ono musi być non stop edukowane. No i wracam do mediów, które powinny zrozumieć, że również na nich spoczywa potrzeba edukacji. 

Rozmawiała Ewa Wysocka 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy