Reklama

Reklama

​Mam COVID. Co robić?

Pamiętnik z izolacji: Strach, bezradność, dziesiątki telefonów, godziny w kolejce - relacjonuje na łamach "Przeglądu" Paula Leśniewska.

Zaczęło się od stanu podgorączkowego. - Nic takiego - mówiła mama - w końcu teraz co drugi jest chory. I rzeczywiście, gdziekolwiek poszłam: katar, kaszel, poszarzałe twarze. - To na pewno nie COVID, zwykły jesienny wirus - dodała. Przytakiwałam bez przekonania. - No bo gdzie mogłaś się zarazić tym cholerstwem?

Reklama

Wysilałam pamięć. Może w tramwaju? Fakt, jeździłam codziennie, ale poręczy nie dotykałam. Sklep? Może i sklep. Gabinet akupunktury? Raczej nie, byłam tam w poniedziałek, dzisiaj czwartek, koronawirus tak szybko nie atakuje. - A co ci w końcu jest? - pytała dalej mama. - Stan podgorączkowy. - Tylko? - Tylko. Może trochę kaszlę, ale mało.

Po konsultacjach zapadł werdykt rodzinny: to nie COVID. Odetchnęłam z ulgą. Jednak następnego dnia poczułam dziwną apatię. Zostałam w domu, opatulona w koc. - Ja idę do pracy. Muszę - powiedział Mati. - Dopóki nie masz oczywistych objawów, będę chodził.

Po południu termometr wskazał 38 st. - Napędziłaś mi strachu - denerwował się Mati przez telefon. Z niedzielnego spotkania z kolegami zrezygnować nie chciał. - Skąd wiesz, że to to? Daj spokój.

Rodzina też uparcie twierdziła, że nic się nie dzieje. Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam. W sobotę wieczorem pod prysznicem zorientowałam się, że żel nie pachnie. Wkrótce przestałam czuć smak.

A jednak COVID. 

Skąd spadek zachorowań w niedzielę i poniedziałek?

W niedzielę niczego załatwić nie można. Przychodnia nieczynna. Krzywa zachorowań zawsze spada w niedzielę i poniedziałek. Nie dlatego, że jest ich mniej. Po prostu ludzie nie dostają skierowań na test. - Trzeba czekać - poinformowała mnie kobieta z infolinii NFZ dla covidowców. Ona skierować na test nie może. Może tylko lekarz, ale to w poniedziałek.

W przypływie desperacji zaczęłam dzwonić do punktów pobrań widniejących na stronie rządowej. Jeden z podanych numerów nie istniał, reszta milczała.

W poniedziałek moja przychodnia zaczyna dyżur o godz. 7.30. Mimo kaszlu i dreszczy zaczęłam dzwonić. Za każdym razem to samo nagranie: "Twoje połączenie nie może zostać zrealizowane. Spróbuj ponownie później". Po 40 minutach usłyszałam szorstkie "halo". - Dzień dobry, chciałam się zapisać na teleporadę - wypaliłam jednym tchem. - A co się dzieje? - Podejrzewam COVID. - Jakie ma pani objawy? - zapytała niechętnie pielęgniarka. - Kaszel, gorączka, nie mam smaku ani węchu.

Ton głosu po drugiej stronie nagle się zmienił. Usłyszałam głębokie westchnienie, pytanie o moje samopoczucie i ubolewanie nad losem świata ogarniętego pandemią. Wyjaśniła się zagadka oczekiwania na połączenie. - Mamy zepsute telefony, nic nie słyszałam. Pani doktor zadzwoni dzisiaj między godz. 12 a 14. Proszę być przy komórce. Niech pani na siebie uważa - dodała troskliwie pielęgniarka. Czułam się jak przed rozmową o pracę. 

Dostać się do punktu wymazowego

Lekarka zadzwoniła po godz. 16. W internecie przeczytałam później, że to normalne, wszyscy dostają skierowania wieczorem, żeby przypadkiem nie zrobić testu od razu. Rozmowa była krótka. Brak smaku i węchu okazał się kluczowy. Bez tych objawów nie dostałabym skierowania. Lekarka poleciła wykonać wymaz jak najszybciej. Jeden z warszawskich punktów był czynny do 18. Pół godziny później byliśmy na miejscu.

Kolejka ciągnęła się wzdłuż chodnika, 30, może 40 osób. Marzliśmy na deszczu. Z każdą minutą czułam się gorzej. Facet za mną pomstował na rząd. Staliśmy ponad godzinę. Pobranie wymazu u jednej osoby zajmowało sześć-siedem minut. Zorientowałam się, że prawdopodobnie na swoją kolej się nie doczekam. Ale stałam dalej. Nie chciałam wierzyć, że zostawią tylu ludzi z niczym. Zostawili. Ktoś ubłagał pielęgniarkę, żeby przyjęli jeszcze jakąś starszą panią. Kobieta weszła do środka na drżących nogach. Obejrzałam się za siebie. Tłum. Niektórzy wykłócali się z pielęgniarkami. Ludziom puszczały nerwy. Młoda kobieta ze łzami w oczach prosiła o wymaz. Krzyczała, że nie ma z kim zostawić dziecka. Nikogo więcej nie przyjęto. Mati pociągnął mnie za rękaw. W samochodzie zdjęłam przemoczoną kurtkę, trzęsłam się z zimna. Miałam nadzieję, że nie dostanę zapalenia płuc.

We wtorek pojechaliśmy na Sadybę. Tym razem punkt drive-thru. Wygodniej, przede wszystkim cieplej. W internecie krążyła plotka, że w takich miejscach robią wymazy za pieniądze. Okazało się, że nie, test można wykonać za darmo. Jeżeli uda się dojechać. Dwie wąskie ulice prowadzące na teren przychodni były zupełnie nieprzejezdne. Nie wiadomo, gdzie kończyła się kolejka. Przez chwilę szukaliśmy. Potem zdaliśmy sobie sprawę, że będzie powtórka z wczoraj. Przed nami stało z 50 aut, może więcej. Punkt zamykali za dwie godziny. Nie mieliśmy szans.

W internecie znalazłam nowy punkt we Włochach. Czynny od 15. - Będziemy godzinę za wcześnie - narzekał Mati. Przynajmniej udało się zająć miejsce. Czwarte. Chorzy piesi kręcili się między samochodami. Nie wiadomo, czy ich przyjęto.

Pobranie wymazu było mało przyjemne. Przez chwilę miałam wrażenie, że pielęgniarz wyjmuje mi mózg przez nos. Po wszystkim dostałam informację o izolacji i numer do sprawdzenia wyników. Zapomniałam zapytać, kiedy będą. Odjechaliśmy z ulgą.  

Co z aplikacją "Kwarantanna"?

Nie muszę być wirusologiem, aby mieć pewność, że liczba zachorowań poszybuje w górę. Im dłużej zwlekano z pobraniem wymazu, tym więcej ludzi było narażonych na zakażenie. Ile osób dziennie nie doczekało się pobrania? Jestem przekonana, że w samej Warszawie setki. Punkty pobrań były czynne przez trzy, cztery godziny. Żeby załapać się na wymaz, trzeba było przyjść długo przed otwarciem. Nie powiedziały mi tego ani lekarka, ani kobieta z infolinii. Udawały, że wszystko jest w porządku, albo nie wiedziały.

O wielu sprawach dowiedziałam się od rodziny i znajomych. To oni powiedzieli mi, że przed wymazem nie można jeść. Nie znalazłam tego na rządowej stronie internetowej, na której były przedawnione wskazania z początku epidemii, ani nie usłyszałam od lekarki kierującej na test.

26 godzin po pobraniu wymazu wynik pojawił się na stronie internetowej. Pozytywny. - Co teraz? - zapytała mama. - Dzwonił ktoś do ciebie? - Nikt nie dzwonił. Wiem tylko, że mam izolację. - A co z Mateuszem? - Nic. Testu mu nie zrobią, bo nie ma objawów. Będzie siedział ze mną.

Czułam się coraz gorzej. Zaczęłam mieć duszności. Na myśl przychodziły mi obrazy chorych rozpaczliwie łapiących oddech. Postanowiłam jednak czekać. Nie chciałam zabierać miejsca starszym, bardziej potrzebującym. Modliłam się o poprawę.

Nie zadzwoniłam do sanepidu. Słyszałam od znajomej, że na rozmowę czekała dwie godziny, aż nagle zerwało połączenie. Kilka razy dziennie przychodziły do mnie groźne SMS-y z hasłem "kwarantanna". "Nie korzystasz z aplikacji Kwarantanna domowa, a to Twoj obowiazek". Nie rozumiałam - nikt mnie o tym obowiązku nie poinformował. Ani po wymazie, ani przy wyniku. W App Storze Kwarantanna domowa miała najgorszą możliwą ocenę. Nie ściągnęłam. 

Odwiedziny policji

W czwartek znajoma lekarka zadzwoniła z informacją o izolacji. Dowiedziałam się, że trwa 10 dni, nie 14. Na początku września zmieniły się wytyczne. Kazała brać leki na podniesienie odporności i zbicie gorączki. Odpoczywać. W razie czego dzwonić do przychodni. Ponieważ nie wykonywałam zadań z aplikacji, codziennie odwiedzała mnie policja. Czasem w domofonie zgłaszał się wojskowy: - Pani Leśniewska? - Tak. - Pomóc coś? - Nie. - To dziękuję. - Ja również.

Kusiło mnie, żeby poprosić o wyniesienie śmieci, ale zabrakło mi odwagi. Mieliśmy ich całe góry. W tej sytuacji brak węchu stał się zaletą.

Cztery, może pięć dni po wyniku zadzwoniła kobieta z sanepidu. Pytała, czy ktoś z tej placówki wcześniej się ze mną kontaktował. Westchnęła, gdy usłyszała "nie". Poleciła izolację i zapytała, z kim mieszkam. Podałam nazwisko Matiego. Zapytałam, czy muszę go zgłaszać na policję. Nie muszę. - Ale jest na kwarantannie? - upewniła się. Oczywiście jest. Wspomniałam o pracy, zapisała adres. Zdaje się, że na tym polega "nadzór epidemiologiczny".

Po tygodniu izolacji zaczęłam zdrowieć. Gorączka ustąpiła, kaszel się wyciszał. Obyło się bez pobytu w szpitalu. Z niepokojem śledziłam informacje na temat wzrostu zachorowań. Wielu ludzi przechodziło COVID bardzo ciężko, brakowało miejsc w szpitalach i lekarzy. Zaplanowałam oddanie osocza. W Polsce nie ma pieniędzy na służbę zdrowia. Są na wybory i limuzyny.

Pod koniec izolacji starałam się dowiedzieć, co z testami po jej zakończeniu. W sanepidzie usłyszałam, że już od jakiegoś czasu ich nie robią. Zadzwoniłam do przychodni, powiedzieli to samo. - Nikt pani skierowania nie da - powiedziała rejestratorka. - Rozmawiałam z lekarzem. Jeżeli pani pracodawca tego wymaga, to niech zapłaci - tłumaczyła.

W innej przychodni lekarka też odmówiła wydania skierowania. - Nie ma sensu robić wymazu. Od kilku dni nie ma pani objawów. Izolacja skończona. Na takim teście mogłoby wyjść RNA martwego wirusa.

Po 10 dniach jesteś zdrowy. Cóż, testy końcowe najwyraźniej są zarezerwowane dla polityków. Izolacja minęła, od sześciu dni nie mam żadnych objawów. Węch wrócił, choć nie jest jeszcze tak czuły jak przed chorobą. Ludzie nadal traktują mnie jak trędowatą. Nie dziwię się. COVID wywołuje panikę. Kiedyś jednak trzeba wyjść z domu. Bez testowego potwierdzenia, że wirusa nie ma.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy