Reklama

Reklama

Lekarze w potrzebie

Pierwsza linia frontu wiąże się zawsze z największym obciążeniem. A to właśnie na niej znaleźli się pracownicy służby zdrowia, gdy w kraju wybuchła pandemia koronawirusa. Po roku zmagań są psychiczne poobijani. - Wsparcie psychologiczne okazało się dramatycznie potrzebne – mówi Interii dr Magdalena Flaga-Łuczkiewicz, psychiatra. Część lekarzy i pielęgniarek rozważa emigrację, a nawet zmianę zawodu.

Reklama

Pandemiczna rzeczywistość mocno odbija się na pracownikach służby zdrowia.

Reklama

Raport prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie Beaty Buchelt, specjalistki ds. zarządzania personelem medycznym, oraz prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego Iwony Kowalskiej-Bobko z Instytutu Zdrowia Publicznego przynosi następujące dane: wirus SARS-CoV-2 negatywnie wpłynął na kondycję psychiczną już co najmniej 35 proc. lekarzy i 38 proc. pielęgniarek w Polsce. 29 proc. medyków po pandemii zamierza ograniczyć swoją aktywność zawodową, 9 proc. planuje wyemigrować, a 6 proc. zamierza w ogóle odejść z zawodu. Zmiany rozważają także pielęgniarki. 18 proc. chce odejść z obecnego miejsca pracy, ponad 6 proc. myśli o wycofaniu się z zawodu, a prawie 4 proc. o migracji. Dodatkowo ponad 8 proc. rozważa ograniczenie aktywności zawodowej (z raportem w całości można zapoznać się TUTAJ).

Wyniki badań zapowiadają katastrofę w zakresie zasobów ludzkich w ochronie zdrowia w Polsce w czasach post-pandemicznych - alarmują badaczki. Dość dodać, że Polska ma najniższy wskaźnik zatrudnienia lekarzy i pielęgniarek na 1 tys. mieszkańców wśród krajów Unii Europejskiej.

Zmaganiami na pierwszym froncie walki z pandemią i planami na przyszłość część z nich dzieli się z psychoterapeutami i psychiatrami. Pandemia sprawiła, że próśb o taką właśnie pomoc jest więcej.

*** 

Izabela Rzepecka, Interia: Od początku pandemii, ile to było telefonów?

Dr Magdalena Flaga-Łuczkiewicz, psychiatra, pełnomocnik zdrowia lekarzy i lekarzy dentystów w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie: - Do końca 2020 roku zadzwoniło kilkadziesiąt osób, w samym województwie. I dzwonią nadal.

Uściślijmy - chodzi o samo Mazowsze, bo..

- Program wspierania lekarzy, który przygotowałam, jest organizowany przez Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie, w związku z tym kontaktują się z nami osoby z woj. mazowieckiego. Zdarzały się jednak telefony osób z innych województw. Pomocy szukali chociażby lekarze z Krakowa czy Łodzi. W takich przypadkach nie mogę im jednak zaproponować terapii w ramach naszej Izby, ale staram się zorganizować im pomoc w miejscu ich zamieszkania.

- Co ciekawe, nasz program powstał jeszcze w 2019 roku.

Czyli w czasach, kiedy o pandemii nie było mowy.

- Chciałam wykorzystać zasoby Izby do wczesnego reagowania - przeciwdziałania uzależnieniom, wypaleniu zawodowemu, poważnym psychicznym tarapatom. Założenie było takie, że każdy lekarz, który widzi u siebie problem natury psychicznej, może zgłosić się do nas, żeby skorzystać z 10 interwencyjnych spotkań. Ja byłam i jestem osobą pierwszego kontaktu, ze mną jest pierwsza rozmowa, pierwsze spotkanie. Sprawdzam, czy lekarz nie wymaga dodatkowo np. interwencji psychiatrycznej bądź terapii uzależnień, oceniam ryzyko m.in. samobójcze, bo w grupie lekarzy panuje bardzo wysokie ryzyko samobójstwa, wyższe niż u osób wszystkich innych zawodów. 

I wybuchła pandemia.

- Zaadaptowaliśmy program do tego, co się dzieje. Idealnie wpasował się on w potrzebę czasu. Wsparcie psychologiczne okazało się dramatycznie potrzebne.

Kiedy było najwięcej zgłoszeń?

- Telefony układały się falami. Pierwsza, ta największa, była między marcem a czerwcem. To był moment ekstremalnej grozy pandemii, kiedy wszystko zamykali, było tak apokaliptycznie - ulice opustoszały, brakowało maseczek, straszna była narracja w przestrzeni publicznej. Potem było mniej telefonów, bo wydawało nam się, że sytuacja jest opanowana. Kolejna ich fala przyszła na jesieni. Od nowego roku lekarze znów się zgłaszają.

Lekarze jakich specjalności dzwonili najczęściej?

- Na początku dzwoniły nie osoby ze szpitali zakaźnych, tylko lekarze podstawowej opieki zdrowotnej (POZ), którzy gubili się w chaosie informacyjnym, nie mieli procedur, środków ochrony osobistej. Zgłaszały się osoby świeżo po stażu, które dostały albo bały się, że dostaną wezwanie do walki w miejscu daleko od domu. Był to taki moment chaosu, na lekarzy padł blady strach, kto i kiedy będzie wezwany na koniec województwa i w jakich warunkach będzie musiał pracować. Dzwoniły również osoby, które nagle dowiadywały się, że od przyszłego tygodnia ich oddział będzie przekształcony w covidowy.  

Któraś z rozmów szczególnie utkwiła pani w pamięci?

- Pandemia to czas wojny. Dramatyczne więc były rozmowy dotyczące powołania do pracy - nie jako samej w sobie, ale nieadekwatnej do kompetencji osoby, która jest np. na początku swojej drogi zawodowej, a urzędniczą decyzją, trochę przypadkową, zostaje wysłana gdzieś, gdzie nie ma opcji, żeby sobie poradziła. "Chcę walczyć, ale tam, gdzie się przydam, a nie tam, gdzie nie mam szans" - mówili lekarze. Towarzyszyło im poczucie zagubienia w systemie, który jest bezduszny. Do tego dochodził ludzki lęk o siebie.

- Z rozmów z lekarzami wychodziła też bezsilność, np. w sytuacji, gdy coś się psuje. Wyobraźmy sobie - środek nocy, pacjenci podłączeni do respiratorów, a ciśnienie tlenu w instalacji spada. Są podejmowane próby naprawienia, ale nie da się tego zrobić natychmiast. Nie można zrobić nic, żeby pomóc pacjentom. 

Obcowanie ze śmiercią w czasie pandemii jest jeszcze bardziej spotęgowane.

- Kiedyś bardzo zależało to od tego, jaką specjalizację się wybrało. Dermatolog czy okulista to nie lekarze, którym codziennie ktoś umiera w szpitalu. Z jakichś względów taką drogę życiową wybrali. Kiedy jednak wybuchła epidemia, część z nich znalazła się na oddziałach covidowych. Dla kogoś, kto pracuje w medycynie ratunkowej, śmierć jest codziennością i, siłą rzeczy - wiem, to brzmi strasznie - człowiek się do tego przyzwyczaja. A tu osoba, która nie była do tego przygotowana, ma pacjentów, którzy się duszą, których trzeba podłączyć do respiratorów i którzy umierają. Codziennie ktoś umierał. W szpitalach osobami, które na co dzień nie stykały się ze śmiercią, nikt się nie zainteresował, nie otrzymały one wsparcia. Nie było bowiem na to przestrzeni.

Można "oswoić" śmierć?

- Lekarze idą w zadaniowość i myślę, że to w momencie, kiedy jest się w pracy, jest jakaś opcja. Ale potem przychodzi się do domu i trzeba coś z tym zrobić. Może się zdarzyć, że taka osoba rozwinie objawy stresu pourazowego, czyli będzie miesiącami śnić różne sceny, przypominać sobie właśnie ten dzień, nie będzie mogła się otrząsnąć. Nie można do końca przewidzieć, u kogo to wystąpi. Częściej jednak trauma pojawia się u tych osób, które w momencie śmierci pacjenta są bezradne, nie mogą nic zrobić. Bezradność jest czynnikiem ryzyka traumy. Warto zwrócić się wtedy o pomoc do specjalisty.

Co powinno zaniepokoić?

- Zaczynają się problemy z wykonywaniem codziennych czynności - nie można spać, jeść, skupić się, wybucha się wściekłością nieadekwatną do sytuacji, płacze się, czuje się odciętym od rzeczywistości. To uniwersalne objawy. Jednak każdy człowiek może reagować inaczej. Ktoś zacznie pić, a ktoś inny będzie siedział i obsesyjnie wracał myślami do scen ze szpitala. 

Lęk o siebie, o dobro i życie pacjentów... Ale walka na pierwszym froncie wiązała się też z obawami o bliskich. W mniejszym bądź większym stopniu z poświęceniem życia rodzinnego.

- Te historie są wstrząsające. Pracujący w miejscu bardzo narażonym, np. na izbie przyjęć szpitala zakaźnego, nie chcieli narażać swoich rodzin na kontakt z wirusem. Część lekarzy wyprowadzała się więc z domu i wynajmowała mieszkania bliżej szpitala. Dzwonił do mnie lekarz, który spotykał się ze swoją rodziną, swoimi dziećmi, tylko w parku, w odległości paru metrów co parę dni. I tak miesiąc, bez wiedzy, kiedy ten stan się skończy. Na dłuższą metę staje się to przecież nie do zniesienia. Pandemia to dramat rodziców-lekarzy.

Lekarze zmagali i zmagają się też z niewyobrażalnym hejtem. Bardzo szybko z braw, owacji na stojąco, przeszliśmy do głośnej krytyki.

- Co do braw dla medyków - ta akcja w środowisku była postrzegana jako coś trochę niedorzecznego. "Nagle" lekarze stali się bohaterami, dowożono im jedzenie. A medycy między sobą mówili: "Mam w pracy tylko dwie maseczki". Dziwne rozdwojenie rzeczywistości. Zresztą brawa skończyły się bardzo szybko.

- Ataki na środowisko medyczne mają już długą tradycję, raz są mniejsze, raz większe. Ale ich konsekwencje mogą być poważne. Zapomnieliśmy, że w okolicach pierwszej fali pandemii prof. Wojciech Rokita, ginekolog z Kielc, ofiara internetowego hejtu, popełnił samobójstwo. Naprawdę ciężko sobie poradzić z uderzającą w nas falą złości i lęku.

Wcześniej nie zdarzyło się chyba, żeby na taką skalę lekarze potrzebowali pomocy psychologa lub psychiatry.

- Moim zdaniem potrzebowali pomocy wcześniej równie mocno, natomiast nie zdarzyło się, żeby była taka gotowość zwracania się po nią. Dziś jest po prostu odrobinę łatwiej zgłosić się po pomoc - psycholodzy, psychiatrzy zrzeszają się dla medyków, są organizowane różnorakie akcje. Wcześniej lekarze musieli się zastanawiać, gdzie takiej pomocy szukać. Teraz w ogóle jest czas intensywnego szukania wsparcia u psychiatrów i psychoterapeutów.

Lekarze szukają pomocy i szukać jej będą?

- Przez pandemię i przez to, że zaczęto głośno mówić o tym, że praca lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych jest niezmiernie trudna, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, mam wrażenie, że my, lekarze, przyjęliśmy do wiadomości, zaakceptowaliśmy to, że sami możemy potrzebować pomocy. To takie szczęście w nieszczęściu. Do psychiatry zwracać zaczęły się osoby, które często od lat miały jakieś problemy, a pandemia tylko je jeszcze bardziej uwidoczniła, dała im impuls, że coś z tym trzeba w końcu zrobić. Wśród zgłaszających się osób przeważają młodzi lekarze.

Z czego to wynika?

- Powodem jest różnica pokoleniowa w postrzeganiu pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Młodzi ludzie nie mają lęku, wstydu, żeby zgłosić się po pomoc. Myślą: jak boli noga, to idzie się do ortopedy, jak boli ucho, to do laryngologa. A jak boli dusza, to idzie się do psychiatry. Natomiast osoby w wieku ok. 60 lat i starsze, to pokolenia czasów, kiedy do psychiatry się nie chodziło, bo oznaczało to, że się jest "wariatem" - to są mniej więcej tego typu skojarzenia. Wydaje się więc to dla nich abstrakcyjne. Zgłaszają się, kiedy to np. dzieci ich do tego zachęcą. Jeśli już trafiają do psychiatry, to są najczęściej w bardzo złym stanie, żyją wiele lat z nasilonymi objawami. Lekarze są wojownikami, walczą do upadłego. Tylko jak już padną, nie mogą się podnieść z łóżka, to wtedy ewentualnie mogą się zgłosić po pomoc.

- Trochę też jest niestety tak, że informacja o tym, że pomoc psychologiczna, psychiatryczna jest organizowana, idzie głównie kanałami używanymi przez młodych ludzi. Myślę tu o social mediach.

Ile osób skorzystało z programu w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie?

- W cykl 10 spotkań z psychoterapeutą weszło od marca do grudnia 2020 roku około 40 osób. Ale osób dzwoniących było zdecydowanie więcej. Kilka rozmów posłużyło jako zrzucenie z siebie problemów, jako taki wentyl. Zdarzyło się też kilkanaście osób, które chodziły wcześniej na psychoterapię i które w czasie pandemii zwróciły się do swojego terapeuty z przeszłości. Ich w naszej statystyce nie mamy.

Prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie Beata Buchelt i prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego Iwona Kowalska-Bobko w raporcie "Zarządzanie zasobami ludzkimi w systemie ochrony zdrowia w czasach pandemii" wskazują, że część lekarzy zastanawia się nad odejściem z zawodu bądź emigracją. W rozmowach z panią takie deklaracje również padają?

- Niestety, te dwie kwestie przewijają się w lekarskich dyskusjach. Medycy mówią, że wyjadą, że tu, w Polsce, nie da się po prostu być lekarzem, że system nie działa jak powinien. Uczą się języka i wkrótce możemy ich stracić. Są też tacy, którzy chcą odejść z zawodu. Człowiek uczył się na lekarza kilkanaście lat, poświęcił się temu, a teraz kombinuje, żeby jakąś firmę założyć, byle nie musieć dalej tego robić.

Fala odejść może się przyczynić do poważnego kryzysu.

- Który i tak mamy. Już jest mało lekarzy, a jak część z nich jeszcze odejdzie albo wyjedzie, to nie będzie lepiej, nie będzie miał kto nas leczyć.

Co pani radzi takim osobom?

- W medycynie jest bardzo dużo różnych dróg. Fajnie znaleźć swoją ścieżkę. Ale żeby to zrobić, trzeba usiąść i się nad tym poważnie zastanowić. Można odejść z medycyny i robić coś innego, są takie osoby. Ja wszystkim, którzy sugerują migrację lub rezygnację z zawodu, zalecam, żeby nie podejmowali takiej decyzji w stanie totalnego kryzysu psychicznego - uciekam, bo już nie wytrzymam - ale, żeby poszli na terapię i przyjrzeli się sobie. Żeby w bezpiecznej relacji terapeutycznej zastanowili się, co chcą robić teraz, gdzie chcą być za pięć czy 10 lat.

Po roku z koronawirusem mówimy już o trzeciej fali pandemii. Ile lekarze są w stanie jeszcze znieść?

- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie jest w stanie podać nam daty końcowej pandemii. Gdyby rok temu powiedziano nam, że będzie rok zamknięcia - no to trudno, rok zamknięcia. A dzisiaj, jak nas jakaś nadzieja złapie, to znowu jest gorzej. Mnóstwo ludzi, w tym lekarzy, jest w stanie zrezygnowania i zmęczenia. Sama zadaję sobie to pytanie: "Ile można w tej niepewności żyć?". 

Rozmawiała Izabela Rzepecka

Rozlicz pit online już teraz lub pobierz darmowy program


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama