Reklama

Reklama

Koronawirus w Polsce. Prof. Krzysztof J. Filipiak: Bierzmy przykład z Izraela

- Szczepionki mRNA to "technologiczne cuda" i "szczepionkowe bentleye" - uważa prof. dr hab. n. med. Krzysztof J. Filipiak, kardiolog, internista, farmakolog kliniczny z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i współredaktor "Koronawirus SARS-CoV-2. Zagrożenie dla współczesnego świata" - pierwszego polskiego podręcznika poświęconego pandemii COVID-19. W rozmowie z Interią zwraca uwagę, że tempo szczepień w Polsce jest za wolne, a "Izrael wyszczepi większość społeczeństwa do maja-czerwca tego roku".

Interia: Panie profesorze, czy pan się już zaszczepił? 

Reklama

Prof. Krzysztof J. Filipiak: - Tak, jako lekarz pracujący w szpitalu byłem w grupie "zero" i 25 stycznia 2021 roku otrzymałem już drugą dawkę. Niestety, nie wszyscy klasyfikowani w grupie "zero" są już wyszczepieni. W mojej instytucji dotyczy to też dużej grupy studentów.

Jakieś efekty uboczne szczepienia: ból głowy, dreszcze? 

- Jedynie ból ramienia, zarówno po pierwszej, jak i drugiej dawce. Ale z powodu pracy i innych obowiązków nie miałem czasu bliżej nad tym się zastanawiać. 

Pozostańmy przy szczepionkach. A raczej przy "szczepionkowych bentleyach", bo tak je pan nazywa. Które ze szczepionek zasługują na takie miano i dlaczego? 

- Nazywam "szczepionkowymi bentleyami" wszystkie najnowocześniejsze technologicznie szczepionki, tzw. mRNA. Mój przyjaciel, wirusolog dr Tomasz Dzieciątkowski, nazywa je z kolei "szczepionkowymi maybachami" - jak widać, wielu ekspertom spodobały się te motoryzacyjne porównania. Nazywam je tak dlatego, że nawet jak skończy się już pandemia, rok 2020 przejdzie do historii medycyny jako pierwsze na świecie zastosowanie szczepionek mRNA - najbezpieczniejszej i spersonalizowanej formy szczepień, które być może staną się też w przyszłości orężem do walki z chorobami metabolicznymi, nowotworami, chorobami degeneracyjnymi, autoimmunologicznymi. Szczepionki te badano ponad 30 lat, ale dopiero pandemia, większe nakłady finansowe przeznaczone na badania, dały szybkie rezultaty i zarejestrowanie tego "technologicznego cuda" na rynku.

Na czym polega ich wyjątkowość? 

- Szczepionki mRNA zachwycają swoim działaniem, mają bardzo krótki okres półtrwania, nie mogą wywołać choroby, bo - mówiąc w uproszczeniu - nie zawierają wirusa, ani jego części, nie kumulują się w organizmie, nie ma podstaw medycznych do sugerowania, że mogłyby wywierać jakiekolwiek odległe, niekorzystne efekty. Stąd też nasza bardzo wysoka ocena skuteczności i bezpieczeństwa dwóch takich szczepionek już zarejestrowanych: Pfizera/BioNTech oraz Moderny, a i zapewne trzeciej, która wejdzie na rynek - firmy CureVac. Warto jednak zaznaczyć, że bezpieczne i warte podawania są również wszystkie inne szczepionki. Aktualnie na rynku Unii Europejskiej jest to szczepionka wektorowa AstraZeneca, jak i zapewne niedługo szczepionka zawierająca białko wirusowe wyprodukowana przez firmę Novavax. Ta ostatnia jest technologicznie bardzo podobna do szczepionki firmy Johnson&Johnson. Warto pamiętać, że w Europie są kraje szczepiące też rosyjską szczepionką wektorową Sputnik, a wiele krajów arabskich czy południowoamerykańskich zdecydowało się na zakup chińskiej szczepionki starego typu firmy Sinopharm. U nas - poza "bentleyami" - Pfizer/BioNTech oraz Moderną - mamy szczepić od tego miesiąca również szczepionką wektorową AstraZeneca.

A jak ze skutecznością tych szczepionek? 

- Skuteczność dwóch pierwszych Europejska Agencja Leków (EMA) oceniła na 95 proc., skuteczność AstraZeneca w redukcji ryzyka zakażenia wynosi, na podstawie obecnie zakończonych badań, jedynie 60 proc. Brakuje również szerszych, zakończonych badań określających skuteczność tej szczepionki w grupie seniorów. Ale podkreślmy, że ta 60-proc. skuteczność w zakresie zmniejszenia zakażenia nie powinna zniechęcać osób młodszych do szczepień. Szczepionka ta chroni bowiem prawie w 100 proc. przed ciężkim przebiegiem COVID-19, włącznie z potrzebą leczenia szpitalnego i wentylacji mechanicznej. Stąd też, jeżeli mamy możliwość szybszego zaszczepienia się tą właśnie szczepionką - serdecznie bym do tego również namawiał i zachęcał.

Jak mają się dopuszczone do rynku szczepionki do nowych wariantów koronawirusa? Czy są w stanie sobie z nimi poradzić? 

- Aktualnie przeprowadzone badania wskazują, że szczepionki chronią również przed mutantem brytyjskim, a wiemy, że to on jest szczególnie niebezpieczny dla nas w Europie i obecny już w Polsce. Wyjaśnijmy, że to, że wirusy mutują jest naturalne, a na pocieszenie dodajmy, że koronawirus SARS-CoV-2 wydaje się mutować nawet wolniej niż inne znane wirusy. Na szczęście, co do zasady, nowe mutanty nie są bardziej "zjadliwe" (nie wywołują częściej zgonów, powikłań), są jednak niestety bardziej "zakaźne" (szybciej się rozprzestrzeniają, jedna osoba zakażona przekazuje mutanta zdecydowanie szybciej niż starszą wersję wirusa). "Zjadliwość" jest taka sama - załóżmy, że to śmiertelność 1 proc., a potrzeba hospitalizacji 10 proc. 

W szpitalach zrobiłoby się ciasno... 

- Tak. Skoro nagle zaczęłoby przybywać lawinowo pacjentów, te 10 proc. hospitalizowanych stanowiłoby bezwzględnie coraz większą liczbę. Zaś ich coraz większa liczba w szpitalach, na oddziałach intensywnej opieki, spowodowałaby paraliż ochrony zdrowia i pociągnęła zwiększenie liczby zgonów - czyli to, co widzieliśmy w listopadzie w Polsce. I znowu wracam do naszej fascynacji "szczepionkami bentleyami" - szczepionkami w technologii mRNA. Tylko ta technologia zapewnia w miarę szybkie stworzenie nowej wersji szczepionki - po prostu umieści się w niej zmienione mRNA nowego mutanta. Być może tak będzie trzeba zrobić w przyszłości, bo oprócz mutanta brytyjskiego niepokoi nas również mutant brazylijski i południowoafrykański. Na ten ostatni zresztą szczepionki dotychczasowe wydają się niestety działać słabiej.

Czy tempo szczepień w Polsce jest pana zdaniem zadowalające? Czy nie odnosi pan wrażenia, że producenci szczepionek trochę nam grają na nosie?

- Tempo szczepień w Polsce jest za wolne, ale problemy z pozyskiwaniem szczepionek mają wszystkie kraje Unii Europejskiej. O specyficznych problemach polskiej logistyki szczepień, którą można by naprawić, piszemy szeroko w mediach społecznościowych pod hasztagiem #przyspieszamy. Są kraje niemające problemu z pozyskaniem szczepionki i takim krajem jest np. szczepiący rekordowo szybko Izrael. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Izrael po prostu wynegocjował dwukrotnie większą stawkę za szczepionkę mRNA Pfizera/BioNTech niż np. Unia Europejska. Zresztą sam minister zdrowia Izraela, Juli Edelstein, zapytany o to wprost powiedział, że "wyjście izraelskiej gospodarki z lockdownu uzasadnia wyższe koszty zakupu". 

Wróćmy do Polski... 

- Myślę, że największym błędem rządzących była pochopna rezygnacja z 15 milionów szczepionek najnowocześniejszych (Pfizer/BioNTech, Moderna), nawet gdy miały być dostarczane w kolejnych kwartałach. Gdy producenci ci wpadli w kłopoty z zaspokajaniem oczekiwań innych krajów, zaczęli ograniczać dostawy proporcjonalnie do wcześniej wynegocjowanego kontraktu. A nasz rząd wierzył w 10-razy tańszą szczepionkę AstraZeneca, której teraz z kolei nie podamy jednak seniorom, czyli grupom, które powinny być jak najwcześniej wyszczepione. Kolejna kwestia to bardzo ważne zagadnienie dotyczące naszych możliwości pozyskiwania szczepionek spoza Unii Europejskiej. Najnowsze dane opublikowane w prestiżowej literaturze medycznej w ubiegłym tygodniu wskazują np. na wysoką skuteczność (prawie 92 proc.) wektorowej, taniej szczepionki rosyjskiej. W Europie bardzo szybko wyszczepi nią swoich obywateli Serbia - kraj nie należący do Unii Europejskiej. Ale jest i pierwszy kraj z Unii Europejskiej, który podjął decyzję o zakupie rosyjskiej szczepionki - są to Węgry. O tej kwestii powinni również dyskutować eksperci Narodowego Programu Szczepień w Polsce.

Wspomniał pan Izrael. Kilka dni temu na Facebooku napisał pan, że jest to przykład kraju najlepiej radzącego sobie z pandemią. Czy model Izraela można przenieść na nasz grunt? Może chociaż jakąś jego część?  

- Uważam, że można, a mój wpis rzeczywiście wywołał lawinę komentarzy. Dotarł do kilkudziesięciu tysięcy odbiorców, cytowany był przez portal wp.pl, odniósł się do modelu izraelskiego również koordynator polskiego programu szczepień, minister Michał Dworczyk. W dużym skrócie, nie powtarzając wszystkich argumentów i rozwiązań izraelskich, warto przypomnieć kilka aspektów ich nieprawdopodobnego sukcesu. Izrael wyszczepi większość społeczeństwa do maja-czerwca tego roku. Szczepi powszechnie, rekordowo szybko (170 000 szczepień na dobę), szczepi w wielkich centrach namiotowych, a nie w szpitalach i przychodniach, żeby nie paraliżować systemu ochrony zdrowia. Nie trzeba się rejestrować, bo to system szuka i zaprasza obywateli do szczepień. To jedyny kraj, który szczepi kobiety w ciąży - w drugim i trzecim trymestrze. To jedyny kraj, który szczepi nastolatków 16-18 lat i zapowiada wyszczepienie wszystkich w tej kategorii wiekowej do maja, aby mogli wrócić do szkół i napisać egzaminy maturalne i zdać na studia. To jedyny kraj, który bardzo uprościł kwalifikacje lekarskie, szczepią tam głównie paramedycy, wojskowi, pielęgniarze, szczepionki podaje się nawet w punktach typu drive-thru. To państwo z idealną logistyką. Rządzący doszli do wniosku, że nie znają się na dostarczaniu leków i szczepionek, całą logistykę dostaw oddali więc izraelskiej firmie farmaceutycznej Teva, a sami skupili się tylko na wynegocjowaniu szczepionki dostarczonej szybko dla obywateli całego kraju. Proszę sobie teraz odpowiedź na retoryczne pytanie, czy z tych doświadczeń warto by było skorzystać w Polsce?

Panie profesorze, czy czeka nas trzecia fala koronawirusa? A może w ogóle nie należy dzielić pandemii na tzw. fale? A jeśli one istnieją, to czy można mieć nadzieję, że każda kolejna będzie łatwiejsza do pokonania, biorąc pod uwagę nabyte doświadczenia i rosnącą liczbę zaszczepionych? 

- Moi koledzy wirusolodzy i lekarze chorób zakaźnych dość niechętnie mówią o "falach zakażenia", chociaż rzeczywiście, na podstawie liczby zakażonych czy objętych kwarantanną można mówić w Polsce o dwóch falach - marcowo-kwietniowej w 2020 roku oraz październikowo-listopadowej w 2020 roku. Nadal mamy wysoką liczbę osób umierających z zakażeniem SARS-CoV-2, tak więc raczej jesteśmy na "schodzącej w dół" drugiej fali. Gdyby nastąpił wzrost zachorowań - nazwalibyśmy to "trzecią falą". Nie ma na razie takiego zjawiska. 

A będzie? 

- Wszystko zależy de facto od trzech zmiennych: (1) pojawienia się na szerszą skalę nowych, bardziej zakaźnych mutacji wirusa - to właśnie dzieje się teraz w Wielkiej Brytanii, Portugalii, Francji i w Niemczech, (2) kontynuowania prostych środków bezpieczeństwa - dystansowania się, używania maseczek i dezynfekcji, (3) szybkości wyszczepienia społeczeństwa i dojścia do wymarzonych liczb co najmniej 70 proc. osób już zaszczepionych. Jak widać, na zmienną drugą i trzecią mamy wpływ. Ale niestety nie idzie nam zbyt dobrze. Na dzień 09.02.2021 w Polsce to aktualnie jedynie 450 000 osób, które zakończyły już szczepienia dwoma dawkami przy populacji 38 milionów.  

A co z teoriami spiskowymi? Kilka dni temu słuchałam wywiadu z lekarką, która odradzała szczepienie.

- Na teorie spiskowe musielibyśmy poświęcić osobny wywiad. Wszystkim antyszczepionkowcom mam zatem tylko jedno do przekazania: ziemia nie jest płaska, krowy nie przestają produkować mleka na widok maszyny parowej, Bill Gates nie czyha na nas ze swoim chipami w szczepionkach, reptilianie nie rządzą, a odczyny poszczepienne, a jakże, zdarzają się. Super nowoczesne szczepionki przeciwko COVID-19 nie powodują zmiany płci, orientacji seksualnej ani automatycznego logowania do sieci 5G... Czy lekarze nie wierzą w szczepienia? Skomentuję to tylko tak: w Polsce przeciwko COVID-19 zaszczepiło się już aktualnie 95 proc. lekarzy, a więc osób z gruntownym wykształceniem biologicznym i medycznym. Każdy lekarz, który kwestionuje szczepienia gdzieś się chyba po drodze edukacyjnej tylko przemknął i nie powinien - moim zdaniem - uprawiać tego zawodu. Podważanie najważniejszych zdobyczy medycyny przenosi takiego lekarza do kręgu szarlatanów proponujących leczenie zawału serca za pomocą wykałaczki albo widelca stymulujących specjalne miejsce pod nosem czy sprzedających w internecie "lewoskrętną witaminę C", czy sok z kwaszonej kapusty jako lek na raka. 

Ale jednak coś jest na rzeczy z tymi teoriami spiskowymi. W przedmowie do pana książki prof. Krzysztof Simon napisał: "Z wielu nie do końca zrozumiałych przyczyn nie udało się ograniczyć ogniska epidemicznego do miejsca jego pojawienia (Wuhan) w przeciwieństwie do niedawnych epidemii dwoma innymi koronawirusami: SARS-CoV-1 w latach 2002-2003 i MERS w 2012 roku". Jeśli wtedy sobie poradzono, to dlaczego teraz nie? Czym różni się ta odmiana koronawirusa od tamtych? Gdzieś popełniono błąd? 

- Myślę, że nigdzie nie popełniono błędu. To po prostu zupełnie inny wirus, chociaż z tej samej rodziny. Wirusy SARS-CoV-1 oraz MERS były o wiele bardziej groźne. W przypadku wirusa MERS była to 35 proc. śmiertelność, ale potwierdzono niewiele ponad 2000 przypadków zachorowań, a więc zmarło około 800 osób. W przypadku wirusa SARS-CoV-1 śmiertelność wynosiła 10 proc., chociaż w grupie seniorów powyżej 60 roku życia - już 50 proc. W tym wypadku zachorowało ponad 8000 osób i zmarło 800 z nich. W przypadku SARS-CoV-2 mówimy zatem o wirusie, który nie jest tak śmiertelny (szacujemy, że wynosi ona około 1-2 proc.), ale niezwykle zaraźliwy. Bardziej zaraźliwy niż inne koronawirusy i we współczesnym świecie, łatwy do przenoszenia pomiędzy krajami i kontynentami. Ot i cała tajemnica. 

Tamte epidemie przeszły bez echa. 

- Na wirusa MERS i SARS-CoV-1 nie wprowadzono nigdy nowoczesnych szczepionek mRNA, bo przemysł farmaceutyczny nie był zainteresowany inwestowaniem środków finansowych w epidemię dotyczącą kilku tysięcy chorych. Nie można było nawet zaplanować badania klinicznego, bo nie było już kandydatów do niego. Pandemia SARS-CoV-2 zmieniła zaś rzeczywistość i medycyna stanęła na wysokości zadania. Zaledwie w kilka miesięcy przygotowano super nowoczesne szczepionki i przebadano je w olbrzymich populacjach pacjentów, obejmujących kilkadziesiąt tysięcy osób. Z jednej więc strony nie umieliśmy przeciwdziałać rozpowszechnieniu wirusa na cały świat, z drugiej bardzo szybko wynaleźliśmy broń do walki z pandemią. 

Co już wiemy o ozdrowieńcach? 

- To temat również na osobny wywiad. Może na dzisiaj odpowiedzmy najkrócej: wiemy, że ozdrowieńcy również powinni się szczepić, najlepiej >30 dni od przechorowania. Niestety przechorowanie nie zabezpiecza nas przed potencjalnym ponownym przechorowaniem, nie ma też aktualnie potrzeby określania miana przeciwciał po przechorowaniu, bo do niczego się to nie przydaje. Ozdrowieńców trzeba natomiast otoczyć opieką medyczną i obserwować. Coraz częściej w literaturze mówi się już nie tylko o chorobie COVID-19, rozumianej jako ostra, 10-14-dniowa choroba infekcyjna. Zaczynamy mówić powszechnie o "zespołach post-COVID-owych" czyli różnych objawach, które pojawiają się w kilka tygodni po przechorowaniu, nawet bezobjawowym. Ponieważ mamy już pierwsze półroczne i roczne obserwacje pacjentów po COVID-19, zaczęto też wyróżniać zespoły "Long COVID" albo "Chronic COVID" - czyli objawy chorobowe utrzymujące się przez wiele miesięcy po przechorowaniu. COVID-19 to naprawdę groźna choroba i dlatego właśnie stawiamy na szczepionki, a nie na leczenie czy naturalną odporność po przechorowaniu.

Kiedy, pana zdaniem, wyjdziemy na spacer bez maseczek, usiądziemy w kawiarni, polecimy na wakacje bez testów w kieszeni? A może lepiej zapomnieć o tamtej rzeczywistości?

- Najtrudniejsze pytanie na koniec? Nie znamy odpowiedzi na to pytanie, ale jedno jest pewne: najprostsza droga do realizacji tego scenariusza to przyspieszenie szczepień profilaktycznych i zahamowanie dalszej transmisji wirusa. Profilaktyka choroby zakaźnej to jedyny sposób jej skutecznego wyeliminowania. Chociaż nie do końca wróci już ten stary świat. Wiele zasad higieny, dezynfekcji, a nawet noszenie maseczek w przypadku imprez masowych być może pozostanie z nami. Może nasz europejski świat przypominać będzie ten z Azji sprzed pandemii, gdzie wiele osób na ulicach miast, w środkach masowej komunikacji i tak nosiło maseczki, nawet bardziej z obawy przed smogiem niż pandemią. Jedno, czego jestem pewien, to paradoksalnie wzrost zaufania do szczepień, który pozostanie po tej pandemii. Bo w końcu świat, w którym żyliśmy od marca 2020 roku - puste ulice, zamknięte sklepy i restauracje, sparaliżowane lotniska - to właśnie taka wersja demo świata w pandemii bez dostępnych szczepionek. Takie demo dla antyszczepionkowców.

Rozmawiała Ewa Wysocka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje