Reklama

Reklama

​Koronawirus w Polsce. Pielęgniarka: Brawa się skończyły, zaczęły się pretensje

- Nie zostałam pielęgniarką po to, żeby umierać - mówi "Kurierowi Lubelskiemu" Joanna Smaga, pielęgniarka oddziału intensywnej opieki kardiologicznej w Szpitalu Wojskowym w Lublinie. Niedawno wyzdrowiała po przebyciu zakażenia koronawirusem.

- Zorientowałam się w czasie dyżuru, gdy straciłam smak i węch. Około południa robiłyśmy toaletę u pacjentki, bo była zanieczyszczona. A ja po prostu tego nie czułam. Nagle z koleżankami zrobiłyśmy duże oczy, myśląc, że trzeba zrobić badanie - mówi Joanna Smaga w rozmowie z "Kurierem Lubelskim". Pielęgniarka z 20-letnim stażem przeszła COVID-19 lekko, tracąc tylko węch i smak.

Reklama

Jak podkreśla Smaga, personel OIOM-u kardiologicznego dysponuje sprzętem ochrony osobistej, jednak specyfika opieki nad pacjentami sprawia, że nie zawsze zdąży założyć odzież ochronną. - Gdy pacjent się zatrzymuje i jest reanimacja, to nie myślimy w tym momencie o tym, że musimy się ubrać w kombinezon i dwie pary rękawiczek. Myśli się tylko o tym, że zaraz ktoś może umrzeć - mówi, dodając, że zdarza się że nawet co drugi pacjent przyjeżdża do szpitala zakażony. Jeżeli ciężki stan pacjenta wymusza umieszczenie go na kardiologicznym OIOM-ie, zwykle nie ma też czasu na zrobienie mu testu i oczekiwanie na wynik. 

Od braw do zwykłego hejtu

Pielęgniarka zwraca uwagę na to, że pacjenci zaczynają mieć coraz większe pretensje do służby zdrowia. Ludzie nie rozumieją, dlaczego mimo płacenia składek na opiekę zdrowotną nie mogą się dostać do lekarza. Czasami niezadowolenie przeradza się w prawdziwy hejt, w szczególności w internecie.

- Nie zostałam pielęgniarką po to, żeby umierać. Nie na tym to polega. My naprawdę nie oczekujemy braw i zachwytów - podkreśla Smaga. - Od początku pandemii miałam możliwość wzięcia zasiłku opiekuńczego, bo jestem samotną matką wychowującą dwójkę dzieci, a nie wzięłam ani jednego dnia opieki, bo wiedziałam, że inne koleżanki mają gorszą sytuację. [...]  Ale o tym ludzie już nie myślą. Podobnie jak o tym, że jeśli stracimy pacjenta na oddziale, to ja nie idę do domu, spokojnie kładę się spać, po czym wstaję rześka rano. Tak się nie da, to odbija się na naszej psychice.

Pielęgniarka zwraca uwagę, że jej koleżanki od dawna zwracały uwagę na braki kadrowe. Ostrzega też, że obecnie szkolące się w zawodzie osoby mogą się zniechęcić panującą sytuacją. Na pytanie, czy po izolacji z powodu zakażenia zamierza wracać, odpowiada jednoznacznie.

- Oczywiście, że wrócę do pracy, bo jestem pielęgniarką z powołania i ktoś może potrzebować mojej pomocy - stwierdza w rozmowie z "Kurierem Lubelskim". 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne