Reklama

Reklama

​Koronapogrzeby. "Dla rodzin to ostre zderzenie z rzeczywistością"

- Powiedzieliśmy rodzinie, że trumna będzie musiała zostać umieszczona w worku ekshumacyjnym. Dopiero później zamiast tego zaczęto owijać trumny folią stretch. Rodzina na początku oznajmiła nam, że w kaplicy rzuci się na trumnę i ten worek zerwie - mówi Interii Dominik Cader z Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych, jednej z największych firm pogrzebowych w Krakowie. O tym, jak wygląda pochówek w czasach pandemii i jak w ostatnią drogę wyprawiani są ludzie zakażeni koronawirusem, rozmawiamy z przedstawicielami branży funeralnej.

W ostatnich kilku latach w Polsce umierało rocznie niewiele ponad 400 tys. osób (402 852 w 2017 roku, 414 200 w 2018 roku i 409 709 w 2019 roku). Dane za roku 2020 nie są jeszcze w pełni dostępne, ale już teraz widoczny jest wyraźny wzrost liczby zgonów w bieżącym kwartale. Według danych GUS od 5 października do 1 listopada zmarło w sumie 45,4 tys. osób, czyli niemal o 15 tys. więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Widać to wyraźnie, gdy próbujemy się dodzwonić do domu pogrzebowego.

Reklama

W większości przypadków okazuje się, że osoba odbierająca telefon właśnie ma spotkanie z rodziną organizującą pogrzeb, albo przerywa rozmowę w pół zdania, słysząc że kolejni pogrążeni w żałobie bliscy właśnie wchodzą do domu pogrzebowego. "Proszę zadzwonić po pandemii, teraz nie ma na to czasu" - pada, gdy pracownik dowiaduje się, że ma do czynienia z dziennikarzem, a nie potencjalnym klientem.

Co zmienił koronawirus?

Codziennie słyszymy o tym, że odchodzą kolejne osoby zakażone koronawirusem. Do niedawna w przypadku każdego takiego zgonu podawano szczegółowo płeć, wiek i miejsce, w którym te osoby umierały. Obecnie, gdy dzień po dniu są ich setki, przestało to mieć jakikolwiek sens. Nie można jednak zapomnieć, że za tymi statystykami kryją się prawdziwe osoby i rodziny, które przeżywają osobistą tragedię. O to, jak wygląda ostatnia droga osoby zakażonej, co zmieniło się w stosunku do zwyczajnych pogrzebów i z czym mierzą się rodziny tracące bliskich w czasie pandemii zapytaliśmy osoby zajmujące się organizacją pochówków.

- Dotąd osoba zmarła po odbiorze z domu, ze szpitala, czy na przykład zakładu opiekuńczo-leczniczego, przewożona była do chłodni. Zazwyczaj transportowano ją na noszach, w worku, lub też w kapsule transportowej. Chodziło o to, by ciało było w tym czasie zakryte dla poszanowania ludzkich zwłok. Później była możliwość przygotowania zmarłego do pochówku. Rodzina mogła dostarczyć odpowiednie ubranie dla niego, pożegnać się. W przypadku kremacji ciało mogło być okryte całunem - wyjaśnia Dominik Cader, zastępca kierownika w Przedsiębiorstwie Usług Komunalnych, jednej z największych firm pogrzebowych w Krakowie.

- Obecnie, gdy wykonujemy "pogrzeby covidowe", czyli pochówki osób zarażonych wirusem SARS-CoV-2, nie ma takiej możliwości. Jeżeli zmarłego przewozimy ze szpitala, nie wolno otwierać worka, w którym się znajduje.

- Ciało powinno być w co najmniej dwóch workach. Zdarza się, że niektóre miejsca wydają zwłoki prewencyjnie umieszczone w trzech, lub nawet czterech workach. Siłą rzeczy nie ma możliwości przygotowania takiej osoby, czy jej identyfikacji przez krewnych. Wiele rodzin zderzających się z tematem nie może uwierzyć, że nie można zobaczyć zmarłego, czy go ubrać. Niektórzy, mimo wszystko, dają nam ubranie i proszą, żeby kiedy będziemy umieszczać ciało zapakowane szczelnie w worki w trumnie, położyć to ubranie na wierzchu - dodaje Cader w rozmowie z Interią.

Jak zauważa Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego, rozporządzenie ministra zdrowia z 3 kwietnia (Dz. U. 2020 poz. 585) nie wymusza na pracownikach domów pogrzebowych aż tak daleko idących środków bezpieczeństwa. Podkreśla przy tym, że przepisy i praktyka ich przestrzegania mogą się jednak różnić.

- W przypadku odbioru ze szpitala trumna jest zdezynfekowana. Jeżeli została wystawiona w miejscu, gdzie nie ma już kontaktu z innymi osobami, wystarczą standardowe zabezpieczenia - rękawiczki i maseczki. Tyle stanowią przepisy, jednak życie pokazuje, że niektórzy czują się bezpieczniej jeżdżąc w strojach ochronnych. Widziałem, że pracownicy czasami jadą tak nawet na pogrzeb. Jest to rzecz zbyteczna, ale jak ktoś chce, to przecież mu nie zabronimy - podkreśla Wolicki. Jego zdaniem, większe zagrożenie stanowią żywi ludzie, którzy uczestniczą w pogrzebach, nie przestrzegając przy tym obostrzeń.

- Co prawda przepis mówi, że do świątyni może wejść jedna osoba na 15 metrów kwadratowych, jednak miałem ostatnio informacje z Polski, że jak zmarł dygnitarz partyjny, kościół był po prostu zapchany - wyjaśnia.

Czy to na pewno moja mama?

Obostrzenia sanitarne zakazujące otwierania worków zawierających zwłoki osób zmarłych z powodu SARS-CoV-2 to dla rodzin dramat. Dotąd, jeśli nie były przy swojej bliskiej osobie w chwili śmierci, mogły dotknąć jej przed pogrzebem, w sposób namacalny zmierzyć się z jej odejściem. Teraz ta szansa została im odebrana. Do pogrzebu dodatkowo trumna, za którą bliscy płacą przecież niemałe pieniądze, wkładana jest albo do worka ekshumacyjnego, albo owijana folią stretch. Niestety dla rodzin jest to ostre zderzenie z rzeczywistością. Jak podkreśla Dominik Cader, wszystko opiera się na staranności, wzajemnym zaufaniu i profesjonalizmie.

- Niestety musimy zaufać ośrodkom i szpitalom, że wszystko jest przeprowadzone należycie i zgodnie z zasadami. Te jednostki, z powodu rosnących oczekiwań rodzin, zaczynają powoli dostosowywać swoje procedury i je ulepszać. Przykładem jest tu jeden ze szpitali w Krakowie. Rozumiejąc, jaka jest sytuacja i jakie mogą się rodzić wątpliwości, jego pracownicy zaczęli od kilku dni fotografować ciała przed umieszczeniem ich w worku na zwłoki. Otrzymując dokumentację przewozu osoby zmarłej, mamy możliwość uzyskania także jej fotografii. Nie jest to niestety osoba przygotowana do pochówku, tylko w stanie takim, w jakim znajdowała się w chwili stwierdzenia zgonu.

- Mimo wszystko daje to rodzinie możliwość pośrednio osobistego potwierdzenia, kto znajduje się w worku i pewną ulgę w tych trudnych czasach. Zdarza się, że po odebraniu na przykład ze szpitala, wydajemy ciała innym zakładom, które mają zająć się pochówkiem na zlecenie rodziny. Pojawiali się bliscy zmarłego, którzy twierdzili, że i tak otworzą worek ze zwłokami, bo muszą się upewnić, że to właśnie ich krewny jest w środku. Każdorazowo informowaliśmy że nasza firma musi postępować zgodnie z wytycznymi i surowo tego przestrzegać, aby nie narażać swoich pracowników.  

Anna Piekut z warszawskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych podkreśla w rozmowie z Interią, że firmy zaczynają odpowiadać na potrzeby rodzin, przeżywających stratę w tym szczególnym okresie, i wprowadzają nowe rozwiązania. - Większość osób odczuwa ból związany z odejściem bliskiej osoby. W czasie pandemii rodzina jest obciążona kolejnym bodźcem, jakim jest brak możliwości pożegnania się z bliską osobą, zakażoną SARS-CoV-2. Wielu ludzi zlecających pogrzeb stało się jeszcze bardziej nerwowych, zestresowanych lub poirytowanych. Aby wyjść im na przeciw, MPUK oferuje dodatkową usługę, jaką jest m.in. pomoc psychologiczna w żałobie.

W świetle przepisów... COVID-19 nie jest chorobą zakaźną

Krzysztof Wolicki zwraca uwagę na to, że chociaż mamy do czynienia z pandemią, to w myśl przepisów, COVID-19 nie jest traktowany jak choroba zakaźna. Podkreśla przy tym, że zapisy prawa tworzą często laicy, którzy nie mają potrzebnej wiedzy, a przy tym nie konsultują się ze specjalistami z danej dziedziny w kwestii tego, co powinni uwzględnić. 

- Ustawodawca pozwolił na to, żeby ludzie mogli się buntować. Gdyby COVID-19 był uznany za chorobę zakaźną, byłoby wyraźnie powiedziane, że nie wolno nam myć zmarłego, nie wolno nam go ubierać, nie wolno okazywać. Natomiast to rozporządzenie, które nas obowiązuje, mówi, że dopuszcza się to w uzasadnionych przypadkach. Dla każdego przypadek, który dotyczy jego bliskiej osoby, jest uzasadnionym przypadkiem. I pojawiają się prośby np. o ubranie zmarłego. Jeśli zakład pogrzebowy odmówi, powołując się na przepisy sanitarne, krewny wyciąga rozporządzenie i pokazuje, że przecież w uzasadnionych przypadkach wolno, oczekując, że ta czynność zostanie wykonana. Na razie nie ma jeszcze pozwów cywilnych w tej sprawie, ale mogą się pojawić pozwy na przykład o niewłaściwe wykonanie usług.

- Pamiętam sytuację, gdy po raz pierwszy mieliśmy zająć się pogrzebaniem osoby zmarłej na covid. Chodziło o tradycyjny pochówek w trumnie. Powiedzieliśmy rodzinie, że trumna będzie musiała zostać umieszczona w worku ekshumacyjnym. Dopiero później zamiast tego zaczęto owijać trumny folią stretch. Rodzina na początku oznajmiła nam, że w kaplicy rzuci się na trumnę i ten worek zerwie - wspomina Dominik Cader.

- Z jednej strony rozumiem ich rozgoryczenie. Nie mieli możliwości zidentyfikowania swojej bliskiej osoby. Zapłacili za trumnę, a jednak ich oczom ukazało się coś spakowanego w worek. Z drugiej strony my musimy pamiętać o zasadach. Po tym zorganizowanym przez nas pochówku, odbywał się pogrzeb przygotowany przez inną firmę. Zastanawialiśmy się, jak oni postąpią. Mieliśmy nadzieję, że nie będzie tak, że my zrobiliśmy wszystko zgodnie z wytycznymi, a oni poszli na ustępstwa. Okazało się, że tamta firma również miała pogrzeb covidowy, klasyczny, w trumnie, zgodnie z tymi samymi zasadami, co my. Zarówno w naszym przypadku, jak i w przypadku tamtego pogrzebu, rodzina nie robiła żadnych problemów. Bliskim zmarłego udało się powściągnąć trudne emocje i wszystko odbyło się spokojnie. 

Jak zauważa Anna Piekut, co prawda wiele osób rozumie restrykcje i zasady bezpieczeństwa sanitarnego i nie ma z tym kłopotu, jednak zdarza się, że bliscy nie umieją się z nimi pogodzić i rozładowują swoje emocje na pracownikach zakładu pogrzebowego. - To jest moment, w którym niezbędne są takie cechy jak empatia i zrozumienie - podkreśla. 

Pogrzeb za miesiąc

Dotychczas, jeśli rodzinie na tym zależało, pogrzeb dało się zorganizować względnie szybko. Zmarły po śmierci trafiał do chłodni, załatwiano wszelkie formalności i przeprowadzano pochówek. Pandemia koronawirusa wprowadziła niespotykane dotąd komplikacje. W związku z COVID-19 dużą część spraw firmy pogrzebowe starają się załatwić zdalnie - mailowo, telefonicznie. Nie wszystko jednak da się przeprowadzić w ten sposób. Konieczne jest między innymi osobiste przekazanie karty i aktu zgonu. A co, jeśli najbliżsi są na kwarantannie?

- My, jako zakłady pogrzebowe, musimy wyjść naprzeciw pewnym problemom, które pojawiły się dosłownie w przeciągu kilku tygodni. Dotąd przewoziliśmy ciała do chłodni i regularnie były realizowane pochówki. Teraz musimy czekać po tydzień-dwa, a czasami nawet aż cztery tygodnie. Zdarzają się takie przypadki, że osoba zmarła jest u nas, ale rodzina nie jest w stanie zająć się pochówkiem osobiście, bo wszyscy jej członkowie przebywają na kwarantannie - mówi Dominik Cader.

- Wiele rodzin zwleka z wykonaniem pogrzebu, do momentu zdjęcia z rodziny kwarantanny. Mało kiedy zdarza się, żeby rodzina wyraziła chęć wykonania pogrzebu bez udziału bliskich. Pochówek zazwyczaj jest zlecany po ustaniu kwarantanny, a do tego czasu ciało przebywa w przechowalni bądź w szpitalu. Zdarzają się takie sytuacje, że identyfikacja ciała osoby zmarłej na COVID-19 odbywa się na odległość - wyjaśnia Anna Piekut.

Kwarantanna nie jest jednak jedynym powodem coraz odleglejszych dat pogrzebów. Terminy wydawane obecnie przez zarządców cmentarzy komunalnych oznaczają nawet dwa tygodnie czekania. Wiąże się to także z dodatkowymi wydatkami dla rodziny zmarłego - każda doba przetrzymywania ciała w chłodni kosztuje.

Zdaniem Krzysztofa Wolickiego, wąskim gardłem całego procesu są właśnie cmentarze i to na tym etapie mogą się pojawiać opóźnienia. - Wszystko zależy też od tego, czy mamy do czynienia z dużym miastem, czy raczej z małą miejscowością. W niewielkich ośrodkach opóźnień nie ma. Problemy występują też w chłodniach, gdzie jest wielu zmarłych.  

"Ze śmiercią jesteśmy na co dzień"

Praca w branży funeralnej nie jest dla każdego. Oznacza ona ciągłe spotkania z ludźmi pogrążonymi w ciężkiej żałobie, przygotowanie zwłok do ostatniej drogi, przełamywanie pewnych tabu. Teraz, w dobie koronawirusa, pracownicy domów pogrzebowych mierzą się z jeszcze jedną kwestią. Przygotowywanie pogrzebów "covidowych" oznacza dla nich ciągłą niepewność.

- My jesteśmy ze śmiercią na co dzień - mówi Krzysztof Wolicki. - Czy jest jeden zgon, czy jest ich dziesięć, to pozostaje tylko kwestia zmiany organizacji pracy. Myślę, że nie ma to specjalnego wpływu na psychikę. W tej branży pozostają ludzie, którzy są odporni. Inni wykruszają się po miesiącu-dwóch. Tak samo, jak nie każdy może być policjantem, czy kominiarzem, tak nie każdy nadaje się do pracy w domu pogrzebowym. Potrzebne są do tego konkretne predyspozycje - podkreśla.

- Osoby pracujące przy pogrzebach mają bardzo silne charaktery. Nie każdy byłby w stanie wykonywać taki zawód - zauważa Anna Piekut. - Ciężkie momenty zdarzają się w każdym zawodzie i właśnie to jest ten moment dla naszej profesji. Stały kontakt z ludźmi lub z ciałami osób zakażonych COVID-19 powodują u pracowników ciągłe obawy o zdrowie własne i bliskich, pomimo stosowanych wszelkich środków ochrony osobistej, w które są wyposażeni pracownicy naszej spółki.

Dominik Cader zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię. Obecna sytuacja może i jest niecodzienna, jednak pracownicy branży pogrzebowej, zarówno ci wykonujący swoje obowiązki w chłodni, jak i prowadzący prace biurowe, mają styczność z osobami zmarłymi z różnych przyczyn. Czynniki chorobotwórcze, jak bakterie i wirusy występują na co dzień i wymagają zachowania wysokich standardów bezpieczeństwa. SARS-CoV-2 sprawił, że stały się one jeszcze bardziej wyśrubowane. Jego zdaniem obecna sytuacja ma pewien wpływ na pracowników domów pogrzebowych.

- Każdy z nas jest przecież człowiekiem i każdy z nas się boi. Mówi się o tym, że wirusa można przejść bezobjawowo, ale też można zapaść na ciężką niewydolność. I tu wchodzą dwie kwestie. Z jednej strony mamy to, jak czuje się sam pracownik. Z drugiej jest obawa, czy wracając do domu nie przeniesie wirusa na swoich bliskich. Dlatego na przykład ja, pracując ze zmarłymi na covid, czy pojawiając się w chłodni, tak się do tego przygotowuję, że bezpiecznie czuję się zarówno ja, jak i pracownicy, z którymi mam styczność - mówi Cader. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy