Reklama

Reklama

Epidemia koronawirusa wymyka się spod kontroli? Dr Rafał Mostowy komentuje

Epidemia w Polsce /Wojtek Laski /East News

- Nie jest do końca jasne, który dokładnie czynnik jest główną przyczyną wzrostu zakażeń. Biorąc pod uwagę to, jak sytuacja wygląda prawie w całej Europie, wydaje się, że mamy tu przede wszystkim do czynienia z sezonowością koronawirusa, czyli on staje się po prostu bardziej zakaźny w sezonach jesiennym i zimowym. Ale bardzo możliwe, że to też zostało spotęgowane innymi czynnikami - mówi w rozmowie z Interią dr Rafał Mostowy, biolog chorób zakaźnych z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Aleksandra Gieracka, Interia: Od kilku dni notujemy rekordy zakażeń koronawirusem w Polsce. W czwartek (15 października) przybyło aż 8 tys. nowych wykrytych przypadków. Czy epidemia wymknęła się już spod kontroli?

Reklama

Dr Rafał Mostowy: - Z mojej analizy wynika, że w tym momencie mamy wzrost we wszystkich województwach, w niektórych większy, w niektórych mniejszy, ale we wszystkich współczynnik reprodukcji wirusa jest większy niż jeden, co oznacza, że mamy przyspieszającą epidemię. A czy wymyka się spod kontroli? Zobaczymy, bo nie jest do końca jasne, który dokładnie czynnik jest główną przyczyną wzrostu.

Co tu może odgrywać kluczową rolę?

- Biorąc po uwagę to, jak sytuacja wygląda prawie w całej Europie, wydaje się, że mamy tu przede wszystkim do czynienia z sezonowością koronawirusa, czyli on staje się po prostu bardziej zakaźny w sezonach jesiennym i zimowym. Ale bardzo możliwe, że to też zostało spotęgowane innymi czynnikami, na przykład tym, że uczniowie wrócili do szkół. Tak naprawdę nie wiemy więc, czy epidemia wymyka się spod kontroli, bo nie wiemy, na ile wprowadzone dodatkowe obostrzenia to powstrzymają. Z jednej strony noszenie częściej maseczek powinno pomóc, ale z drugiej strony jest mnóstwo innych okazji do rozprzestrzeniania się dla tego wirusa, jak chociażby wesela. Efekt zobaczymy za tydzień-dwa. Jeżeli to nie zacznie zwalniać, to prawdopodobnie zostaną wprowadzone dodatkowe obostrzenia. Spodziewałbym się, że zostaną ukrócone większe imprezy, ale to są tylko moje spekulacje.

Efekty objęcia całego kraju żółtą strefą mogą być widoczne za tydzień-dwa, a tymczasem już słyszymy, że system ochrony zdrowia jest na granicy wydolności. Czy możemy pozwolić sobie na czekanie tyle czasu na efekty bez podjęcia już teraz zdecydowanych działań?

- Już miesiąc temu słyszałem, że sytuacja w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie wyglądała bardzo źle, zanim rozpoczął się gwałtowny wzrost na skalę krajową. Podejrzewam więc, że teraz jest zdecydowanie gorzej. Ale nie chciałbym się wypowiadać o służbie zdrowia, bo nie siedzę na pierwszej linii frontu. Jeżeli nowe obostrzenia mają przynieść jakiś efekt - a osobiście jestem trochę sceptyczny - to na pewno nie zobaczymy tego w ciągu dnia ani dwóch. Od czasu zakażenia do czasu pojawienia się symptomów, a w Polsce testujemy głównie osoby, które mają symptomy, mija spokojnie kilka dni. Zanim te osoby zostaną przetestowane, zanim te przypadki zostaną upublicznione, to jest jakiś odstęp czasu, więc tutaj trzeba patrzeć na dane uważnie, ostrożnie i na przestrzeni tygodnia-dwóch, a nie z dnia na dzień. 

Jakiego wzrostu zakażeń spodziewa się pan w kolejnych dniach?

- Bardzo ciężko powiedzieć, raczej unikałbym jakichkolwiek spekulacji. Nie jesteśmy w stanie naprawdę tego przewidzieć, bo to zależy od wielu rzeczy. Ale wydaje mi się, że na razie, prawdopodobnie przez jakiś czas to będzie przyrastać, a co będzie później - tego nie wiem. Nikt tego nie wie tak naprawdę. 

A jaka może być liczba rzeczywistych zakażeń w Polsce?

- Na pewno dużo więcej, bo jednak mnóstwo osób zakaża się bezobjawowo. Już chyba każdy z nas zna przypadki osób, które były zakażone albo podejrzewają, że były zakażone i nie miały żadnych objawów. Tu mamy dużo danych naukowych, epidemiologicznych, mówiących o tym, że osoby, które nie mają symptomów w dużym stopniu podtrzymują epidemię. Nie pamiętam dokładnie, czy to jest jedna trzecia czy połowa zakażeń, ale na pewno spora część jest bezobjawowa. Na pewno mamy dużo więcej zakażeń niż wykonanych testów, ale nasuwa się też pytanie, czy wszystkie osoby z symptomami są testowane i czy wyłapujemy przynajmniej te osoby, które mają objawy. 

Lekarze alarmują, że do szpitali trafia coraz więcej pacjentów z ciężkim przebiegiem zakażenia, a sam wirus SARS-CoV-2 stał się groźniejszy. Czy rzeczywiście on się zmienił? 

- Są poszlaki naukowe, ale na razie nic więcej, na to, że jest konkretna mutacja białkowa, która może zwiększać zakaźność wirusa. Nie ma natomiast żadnych dowodów naukowych na to, że zrobił się groźniejszy i bardziej śmiertelny, lub mniej groźny. Głównym czynnikiem zróżnicowania tego, jaką ten wirus ma śmiertelność, jest przede wszystkim demografia. Ten wirus nie ma jednej śmiertelności - to raczej wynik tego, na ile rożne grupy wiekowe mają z nim styczność. Młodzi ludzie poniżej 50., a nawet 60. roku życia mają stosunkowo niską śmiertelność. Dopiero ludzi starsi mają stosunkowo bardzo wysoką śmiertelność w porównaniu do innych chorób zakaźnych.

Może dojść do sytuacji, że konieczne będzie wprowadzenie zupełnego lockdownu? Choć rząd zapewnia, że nie jest to już możliwe na taką skalę jak wiosną.

- Sam się zastanawiam. Wszyscy się tego obawiamy. Też nie jestem do tego jakoś szczególnie pozytywnie nastawiony. W różnych krajach do tego dochodzi. W Izraelu lockdown wprowadzono dość późno i z tego co wiem, nie miało to tak mocnych efektów jak się spodziewano. Ciężko też powiedzieć, co by było, jakby go nie wprowadzono. To będzie też uzależnione od tego na ile, jako społeczeństwo, jesteśmy w stanie zmienić swoje zachowania, na ile te zachowania mogą ukrócić drogi epidemiologiczne wirusowi, a na ile restrykcje - z punktu widzenia polityki zdrowia publicznego - są rzeczywiście skuteczne. To są mocno połączone, ale oddzielne pytania. Także bardzo ciężko spekulować, co nas czeka. Myślę, że trzeba się przygotować na możliwość lockdownu.

 W tej chwili wprowadzenie jakich obostrzeń by pan rekomendował?

- Z punktu widzenia epidemiologicznego zupełnie bezzasadna jest dla mnie organizacja wesel. Wirus bardzo dobrze się rozprzestrzenia w zamkniętych pomieszczeniach, gdy ludzie nie mają maseczek, a mają ze sobą bardzo bliski kontakt. Wesela wydają się być dla wirusa wspaniałą okazją.

Dyskusja o ograniczeniu wesel trwa od wakacji, a teraz sezon na tego typu imprezy już się kończy. Popełniono tu błąd?

- Nie było konkretnych ruchów, ale też inne imprezy są organizowane. Każdy rząd musi ważyć kwestie ekonomiczne i to jest duży problem. Z punktu widzenia epidemiologicznego ekstremalne obostrzenia typu lockdowny prawdopodobnie są w dużym stopniu skuteczne, ale mają ogromny koszt społeczno-ekonomiczny. To są bardzo ciężkie decyzje rządowe. Cieszę się, że nie muszę ich podejmować. 

A co ze szkołami? Czy powrót do zdalnej nauki, przynajmniej w starszych klasach, mógłby pomóc w zahamowaniu transmisji?

- Dobre pytanie. Było dużo badań na temat efektu zamykania szkół i główna konkluzja jest taka, że to ma sens, jeżeli jest to robione odpowiednio wcześnie. Wydaje mi się, że u nas w tym momencie jest już trochę późno i nie wiem, czy to miałoby silny efekt. A takie działania też są bardzo kosztowne - zamykanie szkół też obarcza ogromnym kosztem ludzi, którzy pracują, bo muszą zajmować się dziećmi.

U wielu osób narasta już zmęczenie pandemią. Przestrzega też przed tym WHO. A ludzie chcieliby po prostu wiedzieć, kiedy to wszystko się skończy. Czy jesteśmy w stanie określić, ile to jeszcze potrwa?

- Jest więcej pytań, niż odpowiedzi. Wszyscy oczekują na szczepionkę. Czy ona będzie w przyszłym roku? Zobaczymy. Jest dużo powodów, żeby spodziewać się optymizmu, natomiast nie ma żadnej gwarancji, bo ze szczepionkami różnie bywa. Osobiście spodziewam się, że będziemy mieć w tym roku szczepionkę, ale prawdopodobnie nie będzie ona tak skuteczna i z takim pokryciem, jakie byśmy chcieli. Pytanie też, ile osób będzie chciało się zaszczepić. Inną kwestią jest też odporność. Z jednej strony mamy odporność chroniącą, biorącą się z przeciwciał, która wydaje się być w miarę krótkotrwała bo kilkumiesięczna. 

- Z drugiej strony mamy protekcję długoterminową, ale wygląda na to, że ona - w przeciwieństwie do przeciwciał - mniej chroni przed ponownym zakażeniem, więc małe szanse, że pozwoli nam osiągnąć tzw. poziom odporności stadnej. Ale to jest cały czas aktywny obszar badań. Jak uczyliśmy się o innych chorobach zakaźnych, to takie rzeczy badało się latami, a teraz chcemy to wszystko poodkrywać w kilka miesięcy. Tempo odkrycia jest bardzo duże, natomiast proces naukowy nie jest procesem jednoznacznym, bo działa na zasadzie konsensusu. On często daje sprzeczne odpowiedzi, które trzeba później wyjaśniać za pomocą dalszych badań. To wszystko trwa. 

Czyli musimy uzbroić się w cierpliwość?

- Trzeba się uzbroić w cierpliwość. Ale też te wyniki badań, które mamy teraz, nie za bardzo są w stanie dobrze odpowiedzieć na pytanie, czy moglibyśmy liczyć na to, że wirus kiedyś stanie się mniej zjadliwy i dołączy do innych koronawirusów powodujących choroby sezonowe jak przeziębienie. Większość ekspertów jest zdania, że on po prostu nie przejdzie i nie zniknie, raczej myślimy, że wejdzie w cyrkulację, ale czy wyrobimy sobie na niego odporność, czy będziemy musieli mieć szczepionkę i czy czekają nas ostre obostrzenia do czasu aż jej nie będzie, to nie ma jeszcze jasnej odpowiedzi.

Ostatnio głośno jest o alternatywnej strategii walki z pandemią, zaproponowanej przez trzech naukowców z uniwersytetów Harvarda, Oksfordzkiego i Stanford, którzy twierdzą, że do czasu osiągnięcia odporności stadnej społeczeństwa należy się skoncentrować na ochronie osób najbardziej zagrożonych, a młodym pozwolić żyć normalnie. Co pan sądzi o tym pomyśle?

- To jest bardzo trudny i gorący temat, który budzi duże kontrowersje, także wśród epidemiologów. Mam wrażenie, że nie do końca jest dobrze dyskutowany. Rzeczywiście pojawiły się głosy, że skoro osoby starsze są najbardziej narażone, to powinniśmy się skupić na ich ochronie, a młodszej części populacji pozwolić żyć normalnie. Na pierwszy rzut oka to wygląda dość rozsądnie, tylko problem polega na tym, że w praktyce to może być bardzo trudne, a nawet niemożliwe do zrealizowania. Przy żadnej chorobie zakaźnej nie mamy doświadczeń ze skuteczną izolacją osób starszych od młodszych. Nie wiemy, czy by to się udało. Osoby podwyższonego ryzyka to są osoby starsze, ale często opiekują się nimi osoby młodsze. Jeżeli pozwolilibyśmy osobom z grupy mniejszego ryzyka na swobodne rozprzestrzenianie się wirusa, to bardzo możliwe, że skończyłoby się to zwiększoną śmiertelnością wśród osób starszych. Teoretycznie by działało, a w praktyce nie i skończyłoby się tragicznie. 

- Pojawiają się też inne obawy. Kilka tygodni temu ukazały się wyniki dużych badań sugerujące, że może być korelacja z konkretną mutacją ludzką, która sprawia, że niektórzy ludzie ciężej przechodzą zakażenie. Może być też tak, że jeżeli pozwolilibyśmy na swobodne rozprzestrzenianie się wirusa, to byłaby grupa osób, która by nieproporcjonalnie ostro na niego zareagowała. Coraz częściej też słyszymy o długoterminowych skutkach zdrowotnych bezobjawowej infekcji przez SARS-CoV-2 wśród osób młodych. Także chciałbym widzieć tutaj dogłębniejszą debatę na ten temat, ale na ten moment osobiście nie za bardzo widzę dobry sposób ochrony osób starszych. 

Rozmawiała: Aleksandra Gieracka

Chcesz wiedzieć więcej na temat pandemii koronawirusa? Sprawdź statystyki:

Polska na tle świata

Sytuacja w poszczególnych krajach

Wskaźniki w przeliczeniu na milion mieszkańców

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje