Reklama

Reklama

"Przegląd": Kapitalizm po epidemii

- Główne koszty pandemii poniosą jak zwykle najsłabsi. Przede wszystkim pracujący na śmieciówkach, od zlecenia do zlecenia, przy tzw. projektach i innych formach pracy prekaryjnej, czyli niepewnej i pozbawionej jakiejkolwiek stabilizacji - mówi prof. Andrzej Szahaj, filozof polityki i kulturoznawca, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Robert Walenciak: Tak wiele się mówi i pisze o potędze współczesnego kapitalizmu, tymczasem na naszych oczach została ona zachwiana. Rządy wielu krajów wszystko pozamykały w imię walki z epidemią koronawirusa. Kto więc jest silniejszy - kapitalizm czy rządy?

Reklama

- W krótkiej perspektywie rządy i państwa, w dłuższej pewnie jak zwykle kapitalizm. Wielki francuski historyk i filozof Michel Foucault sformułował kiedyś następującą alternatywę: albo rynek kapitalistyczny sprawuje nadzór nad państwem, albo państwo nad rynkiem. Od czasów Reagana i Thatcher mamy do czynienia z tą pierwszą sytuacją. Państwa stopniowo wycofywały się z pełnienia swoich tradycyjnych funkcji, w tym nadzoru nad rynkami. Choć wiadomość o ich śmierci jest z pewnością przesadzona, co pokazuje ostatnia pandemia, niewątpliwie ich moc nadzorcza wobec kapitalizmu znacznie osłabła. Oczywiście w różnych miejscach świata wygląda to różnie.

Jak różnie?

- Diagnoza ta stosuje się raczej do Zachodu i częściowo Ameryki Południowej, ale już nie do Azji. Trzeba koniecznie zauważyć, że w wielu miejscach trudno było w ogóle mówić o jakiejś konfrontacji dwóch różnych elementów kierujących się odmienną logiką działania. Ogromny sukces neoliberalizmu i zasada obrotowych drzwi (ludzie z biznesu szli do agend rządowych, a ci z agend rządowych do biznesu) spowodowały, że same państwa stały się neoliberalne. Ideologia neoliberalizmu do głębi przeniknęła także Unię Europejską. W tym sensie trudno mówić o jakiejś kontroli, nadzorze, regulowaniu itd. Trzeba mówić raczej o trwającej dziesięciolecia symbiozie państwa i kapitalizmu. W moim przekonaniu - fatalnej w skutkach.

Wydaje mi się, że na działania rządów wpłynęły obawy przed epidemią i reakcją opinii publicznej. Jaka jest więc siła opinii publicznej? A może to efekt tego, że łatwo ją nastraszyć?

- Nie wiem, czy istnieje w ogóle coś takiego jak jedna opinia publiczna. Społeczeństwa są dzisiaj niezwykle podzielone pod każdym względem. Dlatego do rządzących płyną sprzeczne sygnały. Są one wyrazem sprzecznych interesów i niezgodnych ze sobą idei. W przypadku pandemii chodzi z grubsza o interes ekonomiczny wielu podmiotów rynkowych zderzony z interesem zdrowotnym obywateli. Przy czym w wypadku podmiotów małych, np. związanych ze sferą usług, jest to sytuacja wręcz tragiczna, bo ich ewentualna aktywność gospodarcza jest związana z olbrzymim osobistym ryzykiem zdrowotnym. W wypadku podmiotów wielkich, takich jak światowe korporacje, ich właściciele czy najwięksi udziałowcy raczej nie ryzykują własnym życiem, więc dla nich te decyzje są psychologicznie łatwiejsze. Większość z nich zapewne sądzi, że jak zwykle wykupi się od skutków kryzysu. Mają ogromne posiadłości wiejskie lub prywatne wyspy, dokąd można uciec. Nie sądzę, aby specjalnie się przejmowali losem pracowników.

Kto zatem jest ofiarą pandemii? Mamy informacje, że epidemia i zamrożenie gospodarek najmocniej dotyka najmniej zarabiających, tych na śmieciówkach, bez poduszki finansowej.

- Nie ma wątpliwości, że główne koszty pandemii poniosą jak zwykle najsłabsi. Przede wszystkim pracujący na śmieciówkach, od zlecenia do zlecenia, przy tzw. projektach i innych formach pracy prekaryjnej, czyli niepewnej i pozbawionej jakiejkolwiek stabilizacji. Wszyscy, których nie chronią stosowne przepisy związane z urlopami, okresami wypowiedzenia itd. Ci, których najłatwiej się pozbyć. Ale tym razem kryzys może się okazać katastrofą także dla ludzi zatrudnionych na etatach. W wielu miejscach z pewnością nastąpi ich redukcja, nie mówiąc już o fali bankructw, której niestety można się spodziewać, szczególnie w gałęziach gospodarki najbardziej dotkniętych skutkami ekonomicznymi pandemii, np. w turystyce czy szeroko rozumianej sferze usług związanych ze spędzaniem wolnego czasu.

Jaki więc kapitalizm czeka nas po epidemii? Czy społeczeństwa będą w stanie łagodzić jego patologie?

- Stoimy na rozstaju dróg. Z jednej strony, każdy kryzys jest szansą na zmianę, z drugiej - istnieje naturalna pokusa, aby powrócić jak najszybciej do tego, co było. W tym sensie najbliższe miesiące i lata będą bardzo ciekawe, a rezultat rozstrzygnięcia zarysowanego powyżej sporu między siłami starego i nowego zadecyduje o naszych losach na lata. Przy czym w moim przekonaniu, jeśli powrócimy w stare koleiny neoliberalnego turbokapitalizmu, ostateczna katastrofa jest nieunikniona, przede wszystkim klimatyczna, ale także ekonomiczna i społeczna.

A powrócimy?

- Niestety, możliwość powrotu do tego, co było, jest bardzo prawdopodobna. Stoją za nią wielkie interesy i wielkie pieniądze, prywatne i korporacyjne, które niewątpliwie zostaną uruchomione, aby nic się nie zmieniło, tak jak nic się nie zmieniło po ostatnim kryzysie finansowym. A przecież powinniśmy szukać nowych rozwiązań.

Jak szukać?

- Kłopot w tym, że w wyniku ograniczenia naszej wyobraźni społecznej przez zbiorowe pranie mózgu, jakie nam zafundowano przez ostatnie kilkadziesiąt lat, straciliśmy zdolność projektowania innych światów ekonomicznych i społecznych. Myśl utopijna, która ma moc pobudzania naszej wyobraźni, wyraźnie zwiędła. Być może obecny kryzys ją pobudzi. Dopóki jednak nie będziemy dysponowali nowymi propozycjami ustrojowymi, które dawałyby szanse na jakiś inny świat, a jednocześnie nie groziły utratą tego, co dobre w dzisiejszym, warto powrócić do rozwiązań onegdaj sprawdzonych. Myślę tutaj o nadzorze nad rynkiem kapitalistycznym, sprawowanym przez silne i niezależne państwo, o gospodarce mieszanej z silnym i dobrze zarządzanym sektorem państwowym, o rozbudowanym państwie socjalnym z dobrymi usługami społecznymi, które mogłoby zaspokoić niewątpliwie rosnący w wyniku epidemii popyt na bezpieczeństwo.

Myśli pan o tradycyjnym modelu socjaldemokratycznym?

- Pewien wzór mogą tu wciąż stanowić państwa skandynawskie. Osobnym problemem jest przejście do tzw. gospodarki postwzrostu. Dziś bowiem widać wyraźnie, że idea wzrostu za wszelką cenę, która towarzyszyła nam przez ostatnie 200 lat, nie ma już racji bytu, choćby ze względów ekologicznych. W tym kontekście kapitalnego znaczenia nabiera kwestia podziału wypracowanego bogactwa, a także jakości życia. Tort do podziału prawdopodobnie będzie mniejszy, dlatego trzeba bardzo zadbać, by ten podział był sprawiedliwy. Ważne jest również jego mądrzejsze tworzenie, pozbawione tak dziś rozpowszechnionych, a niszczących naszą psychikę i tkankę społeczną koncepcji hiperkonkurencji, pracy pozbawionej ram czasowych czy wreszcie oczekiwania, aby oddawać się jej w całości, duszą i ciałem. Absolutnie nie do przyjęcia jest dzisiejsza skala nierówności społecznych. Państwa i organizacje międzynarodowe, np. Unia Europejska, muszą powrócić do polityki ich zdecydowanego łagodzenia, chociażby przez stosowny system podatkowy. Trzeba też sięgnąć do rozwiązań dawno proponowanych, które jednak dotąd nie znalazły stosownego oddźwięku, takich jak dochód podstawowy czy podatek od operacji finansowych, który mógłby znacznie osłabić niszczącą moc hulającego po świecie kapitału spekulacyjnego. Należy zlikwidować wszystkie raje podatkowe i opodatkować wielkie korporacje międzynarodowe, z internetowymi na czele.

Wszystkie te propozycje są od dawna znane.

- Od dawna również wiemy, jakie są przyczyny naszych licznych kłopotów związanych z neoliberalnym turbokapitalizmem. Jednak aż do dziś była to wiedza wypierana. Robiono też wiele, aby ją zdyskredytować i ośmieszyć. Maczali w tym palce pospołu politycy, ekonomiści i dziennikarze. Jednak coś chyba się zmienia, skoro już nawet "Financial Times", organ wielkiego kapitału, dostrzega konieczność zmian. Gdy zrobi to także Forum Obywatelskiego Rozwoju i red. Witold Gadomski, uznam, że zmiana jest naprawdę możliwa.

A co z globalizacją?

- W obecnej formie jest z pewnością nie do utrzymania. Doprowadziła de facto do całkowitego uzależnienia sporej części świata od Chin. I to musi się zmienić. U źródeł jej powodzenia leżało bardzo niemądre założenie, że taniej to zawsze lepiej. I paskudna idea outsourcingu czyniąca z przedsiębiorstw zlepek pracowników, którzy w każdej chwili mogą zostać zastąpieni tańszymi. W ten sposób pogrzebano ideę przedsiębiorstwa jako dobra wspólnego, a z ludzi zrobiono wymienialne trybiki w maszynie, która ich używa, by następnie wypluć jako zbędnych.

Czy rozwiązaniem jest powrót do państw narodowych, czy raczej inna globalizacja?

- Czy globalizacja jako taka odejdzie w przeszłość? Nie sądzę. Międzynarodowy podział pracy zaszedł zbyt daleko. Można mieć jedynie nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z inną globalizacją. Bardziej uczciwą i sprawiedliwą, w której najbardziej jaskrawe formy wyzysku zostaną wyeliminowane. Jednak może to się stać tylko wtedy, gdy międzynarodowe korporacje dbające wyłącznie o zysk zostaną podporządkowane jakimś sensownym regulacjom, wprowadzającym np. cywilizowane normy zatrudnienia i ochrony pracy w takich krajach jak Bangladesz. Nie ma co liczyć na dwóch z trzech głównych graczy polityki międzynarodowej, czyli USA i Chiny. Inicjatywę musi przejąć trzeci gracz - Unia Europejska. Tylko ona może wymusić zmianę reguł gry. Musiałaby jednak być znacznie silniejsza i bardziej zwarta. Poradzić sobie ze swoim neoliberalnym dziedzictwem i sprzecznością interesów narodowych, które ją obecnie rozrywają. Z pewnym charakterystycznym dla jej działania marazmem i brakiem zdecydowania oraz tysiącami lobbystów wielkiego kapitału okupujących korytarze jej brukselskiej siedziby. Nie jestem tutaj zbytnim optymistą.

Wciąż więc będą się pogłębiały nierówności i nasze dzieci będą miały gorzej niż my?

- Los ludzi młodych jest nie do pozazdroszczenia. I to od dawna. To oni także mogą się stać ofiarami dzisiejszego kryzysu. Zresztą od dawna mówi się, że mamy pierwsze pokolenie, które będzie miało w życiu gorzej niż rodzice. Dlatego niezbędny jest cały system wsparcia dla młodych, z tanim budownictwem na wynajem na czele. Ogromnie ważna, kluczowa dla młodych rodzin, jest jakość usług publicznych, choćby takich jak żłobki i przedszkola. Troska o klimat, wszak to na młodych spadną skutki ewentualnej katastrofy klimatycznej. Ale ważne jest także przewartościowanie ideowe naszej edukacji.

To znaczy?

- Nie można dłużej przygotowywać dzieci i młodzieży do bezlitosnego, hiperkonkurencyjnego kapitalizmu. Trzeba na nowo odkryć wartość współpracy, wzajemnej pomocy i solidarności. Na razie stan umysłów części młodych ludzi może zatrważać. Jak pokazały badania prof. Adama Mrozowickiego z Uniwersytetu Wrocławskiego oraz popularność wśród młodych takich postaci jak Janusz Korwin-Mikke, spora grupa domaga się więcej kapitalizmu w kapitalizmie, jest nastawiona na bezwzględną konkurencję i myśli o świecie w kategoriach darwinistycznych. Fakt, z czasem im to przechodzi, ale i tak musi to budzić zdumienie i trwogę. Wiele też mówi o naszym systemie edukacji i o systemie wartości rodziców, z których sporo całkowicie zatraciło jakiekolwiek poczucie tego, co naprawdę ważne w życiu, nakłaniając swoje dzieci do myślenia o sobie jak o małym przedsiębiorstwie, którym trzeba efektywnie zarządzać. W ten sposób wspólnie: rodzice, szkoła, uczelnie oraz kultura masowa z istotnym wsparciem mediów, produkujemy pokolenie, które zmarnuje sobie życie w kieracie pracy często pozbawionej sensu.

Być może jednak i młodzi wreszcie się ockną, porzucą hiperindywidualistyczne nastawienie, tak charakterystyczne dla dzisiejszej kultury spektaklu i idiotycznego celebryctwa, i zdobędą się na bunt w imię swoich interesów grupowych, a zarazem interesów ludzkości, chociażby ochrony klimatu. Przestaną akceptować wmawiany im od lat pogląd, że jeśli ponoszą klęskę, to coś jest nie tak z nimi, a nie ze światem. Przestaną wierzyć w bajki o skapywaniu bogactwa z góry na dół i o tym, że każdy jest kowalem swojego losu, i zabiorą się do zmieniania systemu, zamiast wpisywać się w jego wymogi. Oby tak było.

Rozmawiał Robert Walenciak

Prof. Andrzej Szahaj - filozof polityki i kulturoznawca, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor m.in. książek: "Inny kapitalizm jest możliwy" (2016), "Neoliberalizm, turbokapitalizm, kryzys" (2018), "Kapitalizm wyczerpania?" (2019).



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy