Reklama

Reklama

Prof. Cyrille Cohen o szczepieniach w Izraelu: Efekty pojawiają się po upływie miesiąca

- Jeśli chcecie poczuć w Polsce efekty szczepień, trzeba tak jak w Izraelu zaszczepić starszą część populacji, bo to ona jest najbardziej zagrożona. Wtedy, po upływie miesiąca, półtora, zaczną się pojawiać efekty i można się spodziewać spadku ciężkich przypadków COVID-19 - mówi prof. Cyrille Cohen, immunolog i doradca izraelskiego ministra zdrowia ds. szczepień przeciwko COVID-19. W czym tkwi tajemnica sukcesu szczepień w Izraelu? - Byliśmy po prostu przekonani, że to jedyny sposób, żeby pokonać pandemię - odpowiada ekspert.

- Do dziś w Izraelu zaszczepiono 55 proc. całej populacji. Ludzie w wieku 50-60+ lat są zaszczepieni w 80-90 proc., dlatego - choć oczywiście martwimy się tym, że zakażeń nadal przybywa - nie musimy się już tak bardzo obawiać śmiertelnych efektów zachorowań - przyznał prof. Cyrille Cohen, który jest profesorem Uniwersytetu Bar-Ilan oraz szefem Laboratorium Immunologii Nowotworu na Wydziale Nauk Przyrodniczych im. Miny i Everarda Goodmanów.

W jego ocenie efektem kampanii szczepień jest obecnie znacznie mniejszy odsetek ciężkich przypadków COVID-19 i spadek liczby zgonów. Jak przyznał profesor, na przełomie stycznia i lutego w Izraelu notowano 1200 poważnych przebiegów zachorowań na COVID-19 i 60 zgonów dziennie, a dziś 600 ciężkich przypadków i maksymalnie 15 zgonów.

Reklama

80 proc. nowych chorych to 40-latkowie

- To prawda, że wciąż przybywa zakażeń, ale dynamika wzrostu jest już mniejsza. W styczniu i w lutym notowaliśmy nawet 20 tys. nowych zachorowań dziennie, a obecnie 2-3 tys. Zakażenia dotyczą zresztą przede wszystkim młodszej części populacji Izraela. 80 proc. nowych chorych to 40-latkowie, którzy jeszcze się nie zaszczepili. Znakomita większość obecnych hospitalizacji - około 95 proc. - dotyczy osób, które nie zostały jeszcze zaszczepione - tłumaczył profesor i dodał, że jest zadowolony ze skuteczności szczepień przeciwko COVID-19.

- Zaczęliśmy przecież szczepić w trudnej sytuacji. W styczniu zmarło 1500 osób. Lockdown ustabilizował wtedy sytuację, spowolnił przyrost liczby zakażeń, jednak chorych wciąż przybywało, ponieważ w Izraelu pojawił się brytyjski wariant koronawirusa. Obecnie ta odmiana już zresztą dominuje i odpowiada za 80-90 proc. dziennych zakażeń - wyjaśnił prof. Cohen.

Jak długo trzeba czekać na efekty?

Ekspert, pytany o to, jak długo trzeba będzie czekać na efekty szczepień w Polsce, odpowiedział, że trzeba się uzbroić w cierpliwość.

- Między podaniem pierwszej i drugiej dawki muszą minąć co najmniej trzy tygodnie i kolejny tydzień, dwa, aby pojawił się efekt szczepienia. Jeśli więc chcecie poczuć w Polsce efekty, zresztą w każdym innym kraju, trzeba tak jak w Izraelu zaszczepić starszą część populacji, bo to ona jest najbardziej zagrożona. Wtedy, po upływie miesiąca, półtora, zaczną się pojawiać efekty i można się spodziewać spadku ciężkich przypadków COVID-19, a co za tym idzie - mniejszej liczby zgonów - powiedział prof. Cohen.

Ładowanie...

W czym tkwi tajemnica sukcesu Izraela?

Doradca ministra zdrowia wyjaśnił także, jak udaje się szczepić Izraelczyków w tak rekordowym tempie. Jego zdaniem zdecydował fakt, że "władze Izraela bardzo wcześnie, bo już latem ubiegłego roku", skontaktowały się z producentami: Pfizerem, Moderną i firmą AstraZeneca i podpisały kontrakty na dostawy szczepionek.

- Byliśmy po prostu przekonani, że szczepienia to jedyny sposób, żeby pokonać pandemię. Do sprawnego prowadzenia tej kampanii przyczyniła się też dobra logistyka, którą zawdzięczamy m.in. digitalizacji systemu ochrony zdrowia - ocenił profesor i dodał, że w ciągu tygodnia udało się zorganizować 400 centrów szczepień i rozplanować je tak, że "każdy Izraelczyk ma do nich blisko".

W jego ocenie duże znaczenie miała też dość powszechna świadomość w społeczeństwie, że szczepienia pozwolą wyjść z lockdownów.

- Wszystko razem sprawiło, że udało się zorganizować kampanię, w której w pewnym momencie szczepiliśmy dwa proc. populacji dziennie! - stwierdził profesor.

20 proc. Izraelczyków było przeciwnych

Zdaniem eksperta kampanię szczepień wciąż utrudniają fake newsy, które trzeba zwalczać, choć przyznał, że "kiedy ludzie widzą, że szczepienia przynoszą efekt i że nic złego się nie dzieje", nieprawdziwe informacje nie mają już takiej siły oddziaływania, jak wcześniej. Jak tłumaczył, przed kampanią szczepionkową, 20 proc. Izraelczyków było zdecydowanie przeciwnych szczepieniom, a 40 proc. się wahało, ale teraz przyjęcie szczepionki deklaruje 90 proc. populacji.

- Największe obawy, szczególnie wśród ultraortodoksów i w społeczności arabskiej, wciąż budzą jednak fake newsy o bezpłodności powodowanej rzekomo przez szczepionkę - przyznał profesor i wyjaśnił na czym polega manipulacja w tej sprawie.

- Z szeroko rozpowszechnianego w Izraelu fake newsa wynika, że zaszczepione kobiety już nie zajdą w ciążę. Pojawia się przy tym argument, że białko S (kolca) koronawirusa przypomina rzekomo białko łożyska, a ponieważ szczepionka mRNA zawiera informację o syntezie białka S, to przeciwciała anty-SARS-CoV-2 uniemożliwią także zajście w ciążę. To kompletna nieprawda, nie ma między tymi białkami żadnego podobieństwa, nie mówiąc o tym, że biorące udział w badaniach klinicznych kobiety zachodziły w ciążę - powiedział profesor.

"Ta historia wstrząsnęła ludźmi"

Według Cohena wątpiących czasem pomaga przekonać samo życie.

- Trzy tygodnie temu mieliśmy w Izraelu dramatyczny przypadek kobiety w ciąży, która była przeciwniczką szczepień. Niestety, zachorowała na COVID-19 i zmarła. Ta historia wstrząsnęła ludźmi. Wciąż powtarzam, że każdy ma prawo podjąć decyzję o tym, czy się zaszczepi, czy nie - szczepienia są w Izraelu dobrowolne - ale powinien ją podjąć w oparciu o fakty - przekonywał profesor.

Profesora martwi wciąż siła oddziaływania fake newsów. - Wedle mojej oceny spora część 90 tys. osób powyżej 60. roku życia, które wciąż się nie zaszczepiły, wierzy w niesprawdzone informacje na temat szczepionek - przyznał profesor.

Zakażeni otrzymują specjalne bransoletki

Ekspert jest też zaniepokojony pojawianiem się nowych odmian koronawirusa.

- Szczególnie martwi mnie południowoafrykańska odmiana SARS-CoV-2. Na szczęście w Izraelu odpowiada ona teraz jedynie za 1 proc. nowych zakażeń, ale przecież otwieramy granice i to budzi moje obawy. Na razie granicę może przekroczyć jedynie 1-3 tys. osób dziennie. Są one testowane na lotnisku, a jeśli test PCR daje wynik pozytywny, sprawdzamy, z którym wariantem wirusa mamy do czynienia. Przyjezdni otrzymują specjalną elektroniczną bransoletkę, za pomocą której możemy sprawdzać, czy się izolują. To ważne, bo według badań 70 proc. z nich nie chce zostać w domu, a przez to może wzrosnąć ryzyko transmisji groźnych wariantów wirusa - przestrzegł prof. Cohen.

Epidemia w Izraelu słabnie

Na pytanie, kiedy Izrael wróci do normalności, profesor odpowiedział, że jego kraj jest już na dobrej drodze.

- Tydzień temu otworzyliśmy restauracje. Stopniowe luzowanie obostrzeń nie spowodowało na razie jakiegoś nagłego przyrostu zakażeń. Wręcz przeciwnie, współczynnik reprodukcji wirusa R spadł z 1,3 do 0,8, a to oznacza, że epidemia słabnie. To dobra wiadomość i mam nadzieję, że się nie cofniemy z tej drogi. Oczywiście, dobre wyniki Izraela nie wystarczą, z pandemią muszą sobie poradzić także inne kraje, a to wymaga czasu. Mimo to już dziś możemy być bardzo ostrożnymi optymistami. Zasłużyliśmy na to - podsumował prof. Cohen.

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy