Reklama

Reklama

​Płeć pandemii

Co sprawia, że kobiety często są bardziej narażone na działanie koronawirusa?

Koronawirus jest już z nami od prawie 10 miesięcy, niebawem w kalendariach zaznaczana będzie pierwsza rocznica dnia, w którym świat usłyszał o groźnej chorobie zakaźnej z Chin. W tym czasie w mniejszym lub większym stopniu zmieniła się praktycznie cała rzeczywistość społeczna - od edukacji przez pracę do codziennych kontaktów. 

Reklama

Zmieniły się też media, niemal codziennie fundując odbiorcom przyśpieszony kurs statystyki i analizy danych. Sformułowania takie jak "spłaszczenie krzywej" czy "wzrost wykładniczy" weszły na stałe do słownika internetowych komentatorów rzeczywistości, telewizyjnych wyjaśniaczy świata i felietonistów prasowych, chociaż rzadko kiedy ktokolwiek zadawał sobie trud ich wytłumaczenia lub umieszczenia w kontekście pandemicznych statystyk. Na temat wirusa wiemy coraz więcej, wciąż jednak nie potrafimy przyznać, że pandemia, jak każde zjawisko społeczne, ma również aspekt płciowy.

"Zaraza wreszcie otworzyła nam oczy na fakt, że nasze zdrowie nie zależy tylko od jego biologicznych aspektów, ale też od środowiska społecznego, w którym funkcjonujemy. A płeć ma w nim fundamentalne znaczenie" - mówi prof. Sarah Hawkes, specjalistka ds. zdrowia publicznego z University College London. 

W pracy naukowej łączy wykształcenie medyczne, doktorat z epidemiologii i studia socjologiczne, badając korelacje między chorobami zakaźnymi a uwarunkowanymi przez płeć aspektami życia społecznego. Kiedy wybuchła pandemia COVID-19, prof. Hawkes szybko się zorientowała, że wszechobecne nagle liczby dotyczące zachorowań i zgonów znów nie uwzględniają podziału na mężczyzn i kobiety. 

Dlatego w ramach współprowadzonego przez siebie projektu badawczego Global Health 50/50 uruchomiła platformę śledzącą rozwój zarazy w obu dominujących grupach płciowych. I niemal tak szybko, jak zaczęła zbierać dane, zauważyła w nich znaczące dysproporcje. W wielu miejscach na świecie rozrzut pomiędzy kobietami i mężczyznami był znacznie większy, niż wskazywałby na to czysto biologiczny charakter wirusa. 

W (dotychczas znanej) skali globu na koronawirusa choruje więcej mężczyzn niż kobiet - ten fakt akurat przebił się do medialnego przekazu dość szybko. Na poziomie samych zachorowań różnica jest jeszcze niewielka: na każde 10 kobiet z pozytywnym wynikiem testu przypada 11 zarażonych mężczyzn. Częściej, choć nieznacznie, trafiają oni z powodu koronawirusa do szpitala. Tu stosunek wynosi 10 do 12. Im poważniejsze konsekwencje kontaktu z COVID-19, tym wyraźniejszy dystans między płciami. 10 kobietom przyjętym na oddział intensywnej terapii odpowiada aż 18 mężczyzn - znacznie częściej przechodzą oni chorobę ciężko, wreszcie w ich przypadku prawdopodobieństwo zgonu jest aż o połowę wyższe. 

Debata o płciowych aspektach pandemii kończy się z reguły właśnie w tym miejscu. Czasem dodaje się publicystyczny komentarz o lepszym ogólnym zdrowiu kobiet, wyższą statystykę zakażeń wśród mężczyzn, tłumacząc prawdopodobieństwem nałogu palenia, niechęcią do noszenia maseczek czy większą liczbą chorób towarzyszących. 

Danym z projektu prof. Hawkes (i pozostałych repozytoriów biorących pod uwagę płeć) warto jednak przyjrzeć się nieco lepiej. Chociażby po to, żeby zobaczyć, że są często nieoczywiste. A przede wszystkim, by dostrzec w nich społeczny aspekt chorób zakaźnych. 

Luki w raportowaniu

Po pierwsze, trudno na ten temat prowadzić dyskusję na poziomie ogólnoświatowym, gdyż bardzo wiele krajów w ogóle nie prowadzi statystyk pandemicznych w rozbiciu na płeć. Pogłębiona analiza możliwa jest praktycznie tylko dla Ameryki Północnej, zachodniego wybrzeża Ameryki Łacińskiej, Australii i większości krajów Unii Europejskiej. Większości, ale nie wszystkich. 

Część państw europejskich, w tym Hiszpania, Węgry, Grecja, Chorwacja, ale też Polska, raportuje jedynie szczątkowe, nieregularne badania. Przez to niemożliwe jest precyzyjne opisanie zmiany dystrybucji zakażeń pomiędzy płciami w czasie. A co za tym idzie, trudniej określić, jak na zdrowie kobiet i mężczyzn wpływają poszczególne decyzje władz publicznych i luźniejsze lub ostrzejsze reżimy sanitarne. 

W ogóle o różnicach płciowych w grupie zakażonych nie informują Rosja, Chiny, Indie, większość krajów azjatyckich i Afryki Subsaharyjskiej. Biorąc pod uwagę, że w samej Rosji liczba chorych przekroczyła już milion, widać od razu, jak skomplikowane jest szukanie trendów o naprawdę globalnym znaczeniu.

Po drugie, choć statystyczny mężczyzna musi się mierzyć z wyższym ryzykiem zachorowania i śmierci na COVID-19 niż statystyczna kobieta, są kraje i są momenty w pandemii, kiedy prawidłowość ta nie ma zastosowania. W maju pierwsze alarmujące dane zaczęła publikować Kanada. Do teraz kobiety wypadają tam gorzej we wszystkich badanych aspektach: częściej chorują, trafiają do szpitala, potrzebują respiratora i częściej umierają. 

Początkowo anomalię tę przypisywano demografii tamtejszych domów opieki, skąd pochodzi ponad 70 proc. kanadyjskich zgonów na koronawirusa. Kobiet jest w nich znacznie więcej. Warto jednak zadać sobie pytanie dlaczego. Jakie zjawiska i procesy społeczne powodują, że kobiety częściej stają się podopiecznymi placówek medycznych i opiekuńczych, choć przecież ich zdrowie jest podobno lepsze?

Kobiety żyją dłużej

Colin Furness, epidemiolog z Uniwersytetu w Toronto, zwraca uwagę na kilka danych pozornie odległych od kwestii pandemicznych. Według badań kanadyjskiego instytutu statystycznego wśród osób, których partner życiowy zmarł, wyraźnie więcej - o nieco ponad 20 proc. - jest wdów niż wdowców. Kobiety w Kanadzie żyją też znacznie dłużej niż mężczyźni, różnica w przewidywanej długości życia wynosi aż cztery lata (84,3 do 80,2). 

Statystycznie rzecz ujmując, jest tam więcej osób płci żeńskiej, które osiągnęły zaawansowany wiek, automatycznie plasując się w grupie podwyższonego ryzyka. Wyższe jest również prawdopodobieństwo, że na starość zostaną same, więc dom opieki często bywa jedynym scenariuszem na przeżycie ostatnich lat. Placówki tego typu zresztą i tak są środowiskiem zdominowanym przez kobiety. W Kanadzie, USA i wielu krajach Europy Zachodniej one także stanowią większość zatrudnionego tam personelu.

Z podobnym zjawiskiem borykają się Szwajcarzy. Kobiet choruje tam więcej, choć w pozostałych statystykach, w tym umieszczenia na intensywnej terapii i zgonów, przeważają mężczyźni. Co ciekawe, krzywa zachorowań wśród kobiet gwałtownie wzrosła - znacznie szybciej niż u mężczyzn - właśnie wtedy, gdy wprowadzono pierwsze restrykcje i zasady społecznego dystansowania. Im dłużej trwały obostrzenia, tym większe były dysproporcje płciowe. 

Taką prawidłowość, choć w nieco innym ujęciu, dało się zaobserwować w innych krajach rozwiniętych: Wielkiej Brytanii, Francji, Australii, Włoszech, Hiszpanii i Szwecji. Nawet jeśli na początku w kategoriach statystycznych dominowali mężczyźni, z czasem kobiety nadganiały albo wręcz w całości niwelowały różnicę. Tego biologią wytłumaczyć się nie da, bo wirus nie był w stanie zmutować tak szybko, by mocniej uderzać w jedną płeć niż w drugą. 

Aspekt społeczny

Badacze z projektu Global Health 50/50 nie mają wątpliwości, że odpowiedzialny jest za to rozkład ról płciowych w naszym społeczeństwie. Jonas Glatthard z portalu Swiss-Info zauważa, że kobiety stanowią w Szwajcarii znaczną większość personelu pielęgniarskiego, nauczycielskiego, opiekuńczego. Dużo częściej wykonują zawody, których nie mogą przenieść do domu. 

Według danych Komisji Europejskiej sytuacja taka występuje praktycznie na całym kontynencie. Dlatego właśnie w pierwszych tygodniach pandemii, gdy wszyscy chodziliśmy jeszcze do pracy, mocniej ucierpieli mężczyźni. Później obie krzywe często zbliżały się do siebie, a kulminacja tego procesu nierzadko miała miejsce po wakacjach. Dzieci wracały wówczas do szkół, dorośli do pracy. Jednak to wciąż kobiety częściej opiekowały się najmłodszymi, już wtedy roznoszącymi wirusa w ramach drugiej, pourlopowej fali. I to one częściej zarażały się od dzieci. 

Im dłużej żyjemy z wirusem, tym bardziej widać, że nie traktuje on obu płci jednakowo. Nie jest to jego wina. Doktorzy Akiko Iwasaki i Aaron Ring z Uniwersytetu Yale wykazali, że z biologicznego punktu widzenia różnice w tym, jak kobiety i mężczyźni zarażają się i przechodzą chorobę, powinny być niewielkie, i to na korzyść kobiet. Całą czarną robotę wykonuje tu więc społeczeństwo - nierówne także w chorobie. 

Mateusz Mazzini

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje