Reklama

Reklama

Niemcy: Otwarcie szkół w koronakryzysie: "Nie jesteśmy królikami doświadczalnymi"

W niektórych krajach związkowych w Niemczech uczniowie wracają już do szkół, a w innych się do tego przygotowują. Wielu, wskutek koronakryzysu, czuje się nieswojo lub wręcz nie chce wracać do szkoły.

Przez cały miesiąc wszystkie szkoły w Niemczech były zamknięte z powodu koronakryzysu. Teraz kraje związkowe stopniowo przywracają normalny tryb nauczania w oparciu o decyzję rządu w Berlinie, który zalecił stopniowe otwieranie szkół, począwszy od 4 maja. 

Jako pierwsi mają powrócić do szkół uczniowie, których czekają końcowe egzaminy. Ale niektóre landy chcą być szybsze. Jest wśród nich Nadrenia Północna-Westfalia.

"Jesteśmy przyszłymi wyborcami i nie zapomnimy"

15-letnia uczennica tamtejszej szkoły w Lipstadt, Elea Marschollek, mówi w rozmowie z Deutsche Welle, że jest "totalnie zszokowana", bo dowiedziała się, że od czwartku (23 kwietnia) powinna ponownie pojawić się w szkole, co uważa za "nieodpowiedzialne". 

Reklama

Elea ma w tym roku egzamin końcowy. Ta 10-klasistka, podobnie jak jej koleżanki i koledzy, od czwartku musi zacząć się do nich przygotowywać, chociaż akurat w tym landzie liczba osób zarażonych koronawirusem jest wyższa, niż wynosi to średnia krajowa. 

Nastolatka poczuła się tak zbulwersowana, że wysłała do premiera Nadrenii Północnej-Westfalii wiadomość na Instagramie następującej treści: "Jesteśmy przyszłymi wyborcami i nie zapomnimy, kto ma w nosie nasz dobry stan zdrowia". To zdanie znalazło się w jej dłuższym tekście skierowanym do premiera.

"To będzie całkowita katastrofa"

Uczennica czuje respekt przed koronawirusem, ale nie boi się go w jakiś nadzwyczajny sposób. Jej brat przechodzi w tej chwili szkolenie w zawodzie pielęgniarza. "Jeżeli zarażę się teraz w szkole koronawirusem, a on przeniesie go do domu opieki, to będzie całkowita katastrofa" - mówi Elea.

Aby do katastrofy nie doszło, władze niemieckich krajów związkowych pouczyły szkoły, w jaki sposób mają przestrzegać zasad higieny zalecanych przez wiele instytucji naukowych, opowiadających się za ich otwarciem. Zaleca się zwiększenie do półtora metra odstępów między ławkami w klasach. Szkoły muszą także zadbać o możliwość mycia rąk przez uczniów i odpowiednią ilość środków dezynfekcyjnych.

- Wiem, jak wyglądają toalety w szkole, do której chodzi moja córka. Chodzi tam tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne - z wyraźną irytacją w głosie powiedziała Deutsche Welle 53-letnia Susanne Hauser, która najchętniej zabroniłaby córce powrotu do szkoły.

Dla maturzystów w Nadrenii Północnej-Westfalii obecność na zajęciach, przygotowujących ich do egzaminu dojrzałości, nie jest obowiązkowa, w odróżnieniu od 10-klasistów.

- Ale moja córka znajduje się między młotem a kowadłem. Z jednej strony nie chciałaby niczego zaniedbać, a z drugiej, co jej po maturze, jeśli naraża jedynego rodzica, który jej pozostał? - pyta matka Elei.

Pacjenci z grupy ryzyka są zaniepokojeni

Susanne Hauser choruje na astmę i rozedmę płuc, przez co należy do grupy ryzyka. Zwykłe przeziębienie wystarcza, żeby musiała pozostać na dłużej w łóżku.

- Przez cały czas stosowaliśmy się do zalecenia "zostań w domu", a teraz to wszystko ma nagle przestać obowiązywać? To chyba przesada - mówi. Nie rozumie, skąd ten cały pośpiech i dlaczego ma on dotyczyć akurat dzieci.

Podobnie widzi to Ralf Radke. Jest doradcą przedsiębiorstw i honorowym przewodniczącym komitetów rodzicielskich szkół zintegrowanych w Nadrenii Północnej-Westfalii. W rozmowie z Deutsche Welle mówi, że w pierwszym miesiącu koronakryzysu odbierał mało telefonów od zaniepokojonych rodziców. Teraz, po ogłoszeniu decyzji o przeprowadzeniu egzaminów końcowych i ponownym otwarciu szkół, wszystko w mgnieniu oka uległo zmianie.

- Jesteśmy oblegani przez zszokowanych i zaniepokojonych rodziców, którzy nic z tego nie rozumieją - stwierdza. - Część z nich po prostu nie zamierza posyłać na razie dzieci do szkół - dodaje.

Ralf Radke uważa za błąd skupienie uwagi władz na egzaminach. - Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, politycy będą mogli później powiedzieć, że nawet w trudnych czasach utrzymali wysoki poziom nauczania - mówi. Z drugiej strony, przeprowadzenie egzaminów podczas epidemii wymaga znacznie więcej wysiłku i nakładów, niż zwykle. A gdy do szkół wkrótce powrócą także młodsze roczniki, przed letnimi wakacjami raczej nie uda się, jego zdaniem, zapewnić im nauki w normalnych warunkach.

Koronakryzys opóźnia realizację marzeń

Do ofensywy przygotowują się nie tylko rodzice, ale także uczniowie. O tym, jak bardzo są rozgoryczeni i zbulwersowani, świadczą hasztagi w mediach społecznościowych #schulboykott i #schulboykottNRW, pod którymi można znaleźć tysiące wpisów od poirytowanych uczniów. Boją się zarazić koronawirusem i chodzi im także o warunki, w jakich mogą się odbyć końcowe egzaminy. A te podczas epidemii koronawirusa będą utrudnione. Wielu uczniów postuluje w związku z tym wprowadzenie średniej z dotychczas uzyskanych ocen. Kto chciałby ją poprawić, ten może powrócić do szkoły.

Elea Marschollek nie przyłączyła się jeszcze do ruchu bojkotującego egzaminy. Obawia się jednak, że z powodu epidemii koronawirusa nie będzie mogła się należycie przygotować do egzaminów i nie uzyska średniej, pozwalającej jej na kontynuowanie nauki w liceum. Jej marzenie, w postaci podjęcia po maturze studiów w Wielkiej Brytanii, może zatem odwlec się w czasie.

W tej chwili jednak najbardziej zajmuje ją czwartek, 23 kwietnia. Na początku tego tygodnia dostała ze szkoły e-mail z informacjami, jak ma teraz wyglądać nauka. Będzie w niej uczestniczyć tylko połowa jej klasy, czyli trzynaścioro uczniów. Mimo to, Elea czuje się opuszczona przez polityków, którzy nie traktują wystarczająco poważnie jej obaw. Jak mówi: "Mam wrażenie, że politycy chcą przeprowadzić na nas pewien eksperyment. Ale my jesteśmy przecież uczniami, a nie jakimiś królikami doświadczalnymi".

Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy