Reklama

Reklama

Nawet pół miliona osób na brytyjskich plażach. Minister zdrowia ostrzega

"Możemy zamknąć plaże, jeśli nie będziecie rozsądni" - ostrzega brytyjski rząd. To po wczorajszej inwazji na plaże w południowej Anglii. Szacuje się, że w kilku nadmorskich miejscowościach mogło pojawić się nawet pół miliona ludzi.

Na Wyspach trwa fala upałów, bezprecedensowa jak na początek lata. Znudzeni lockdownem Brytyjczycy, po złagodzeniu restrykcji, nie siedzą w domach.

Reklama

Zatłoczone plaże, korki na drogach, wypełnione po brzegi pociągi i autobusy, pijackie awantury - takie zdjęcia tłumów w nadmorskich miasteczkach znajdują się dziś na pierwszych stronach gazet. Dziennikarze i politycy apelują - nie marnujcie tych trzech miesięcy wyrzeczeń.

Wielu Brytyjczyków, mimo złagodzenia lockdownu, nie powróciło jeszcze do pracy. Dzięki szczodrej pomocy skarbu państwa nie muszą specjalnie oszczędzać, a bajeczna pogoda kusi. "Nie chcę korzystać z tego prawa, ale jeśli poziom zakażeń zacznie wzrastać, będziemy musieli podjąć odpowiednie kroki" - ostrzega minister zdrowia, Matt Hancock.

Od początku pandemii koronawirusa brytyjski rząd niechętnie i z opóźnieniem wprowadzał obostrzenia. Poziom zakażeń koronawirusem udało się opanować, ale - jak zauważają komentatorzy - stopniowe luzowanie obostrzeń jest procesem bardziej skomplikowanym niż ich wprowadzenie.

Wkrótce otwarcie pubów i restauracji

4 lipca otwarte zostaną w Wielkiej Brytanii puby i restauracje. Będzie to możliwe m.in. dzięki złagodzeniu konieczności zachowanie społecznego dystansu z dwóch do jednego metra. Brytyjskie plaże mogą wówczas stać się jeszcze bardziej zatłoczone.

Wczorajsza sytuacja na południu Anglii zmusiła policję do wprowadzenia stanu tzw. poważnego incydentu. Zostaje ogłaszany, gdy służby medyczne, ratunkowe i policja przestają panować nad sytuacją.

Same plaże nie są największym niebezpieczeństwem. Do zakażeń może dość przede wszystkim w środkach transportu, toaletach i podczas pijackich biesiad, kiedy to dystans społeczny przestaje istnieć.

Równie niepokojące sceny odnotowano wczoraj przed stadionem drużyny Liverpoolu, która po 30 latach zdobyła mistrzostwo Anglii. Kilka tysięcy zebranych tam kibiców myślało o piłce nożnej, a nie o koronawirusie. To także może mieć swoje konsekwencje. 

Bogdan Frymorgen

Opracowanie: Maciej Nycz

Czytaj na RMF24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje