Reklama

Reklama

Koronawirus. Czy będziemy szczepić się co pół roku?

Sześć miesięcy po zaszczepieniu przeciwciała zanikają, potrzebna jest dawka przypominająca. Czy z pomocą przyjdą nam limfocyty T? - zastanawia się Deutsche Welle.

Szczepienia przypominające są konieczne, bo z czasem liczba wytworzonych przeciwciał we krwi zaczyna spadać. W przypadku szczepionek typu mRNA (Biontech/Pfizer, Moderna) następuje to z reguły po około sześciu miesiącach od wytworzenia odporności podstawowej.

W przypadku innych szczepionek, choćby jednodawkowego preparatu firmy Johnson&Johnson, niemiecka komisja ekspercka STIKO zaleca odświeżenie szczepienia nawet nieco wcześniej.

Ale czy tak będzie już w nieskończoność? Czy musimy się nastawić na to, że w przyszłości co pół roku, albo każdej jesieni, będziemy potrzebować szczepień odświeżających, tak jak w przypadku grypy?

Reklama

Lekarze na razie nie znają odpowiedzi na to pytanie, bo za mało jeszcze wiemy o koronawirusie. Ponadto zależy to od kilku czynników.

Jest prawdopodobne, że szczepionki na SARS-CoV-2 będą musiały być w przyszłości dopasowywane do rozprzestrzenionych w danej chwili wariantów wirusa - tak jak już teraz robi się z sezonowymi szczepionkami na grypę. Trwają już prace nad licznymi nowymi preparatami na koronawirusa, które mają radzić sobie z różnymi mutacjami, w tym z wariantem Delta.

Czy SARS-CoV-2 będzie endemiczny?

Kluczowe jest jednak to, jak rozwijać się będzie sama pandemia. Nie wiadomo, czy po czwartej albo piątej fali pandemia wygaśnie, czy poprzez mutacje stanie się endemiczna, to znaczy, że będzie regularnie występować w pewnych regionach i zostanie z nami przez dekady.

Ważną rolę będzie przy tym odgrywać tak zwana odporność zbiorowa. Czy kiedykolwiek uda się ją osiągnąć? A jeśli tak, to czy będzie to zasługa szczepień, czy może masowego zakażenia, co powoli rysuje się już w dużej części Afryki?

Nie tylko przeciwciała

Ale w rozważaniach o naszej odporności nie powinniśmy skupiać się wyłącznie na przeciwciałach. Wskazują na to badania przeprowadzone przez zespół naukowców z Wielkiej Brytanii i Singapuru, których wyniki opublikowano 10 listopada w magazynie "Nature".

Naukowcy przebadali pracowników służby zdrowia, którzy zajmowali się chorymi na COVID-19, czyli byli w dużym stopniu wystawieni na kontakt z koronawirusem, ale nie chorowali. Także testy serologiczne na obecność przeciwciał po chorobie nie wykazały niczego nadzwyczajnego.

Naukowcy stwierdzili za to, że pracownicy ci mieli więcej tak zwanych wielospecyficznych limfocytów T, niż osoby, które w mniejszym stopniu miały kontakt z wirusem. Wykryte limfocyty utrudniają namnażanie się wirusa.

Jednocześnie wykryto u nich zwiększoną ilość białka IFI27, które wskazuje na bardzo wczesną infekcję SARS-CoV-2. Naukowcy podejrzewają, że u badanych osób doszło do tak zwanej przerwanej infekcji koronawirusem, to znaczy limfocyty wygasiły zakażenie w bardzo wczesnej fazie.

Nie wiadomo jednak do końca, skąd wzięły się niezwykle silne limfocyty T. Możliwe, że powstały po jeszcze wcześniej infekcji innym koronawirusem, na przykład wirusem przeziębienia.

Czy będzie odporność stadna?

Jaki z tego wniosek? Powtarzająca się ekspozycja na koronawirusy, na przykład gdyby SARS-CoV-2 faktycznie stał się endemiczny i będziemy raz po raz stykać się z jego niewielką ilością, może doprowadzić do tego, że nasz system odpornościowy będzie do tego lepiej przygotowany. Nieważne czy dzięki przeciwciałom czy limfocytom T. Odporność zbiorowa byłaby wtedy o krok bliżej.

Naukowcy ostrzegają jednak przed lekceważeniem obecnego wirusa. Nikt nie powinien być pewny własnej odporności. Ryzyko, że odporności nie wystarczy, jest bowiem wysokie.

Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje