Reklama

Reklama

Jak antyszczepionkowcy stali się antyukraińcami

Na pace pomarańczowej ciężarówki leżą worki na zwłoki. Jeden z nich rozpięty. Wystaje głowa mężczyzny, który jakby nigdy nic pali papierosa. "Widzicie, podstawili aktorów" - takie wiadomości przesyłano w 2020 roku, przekonując, że ofiar COVID-19 nie ma. Dwa lata później ten sam film krążył po sieci i miał przekonywać, że nie ma wojny w Ukrainie, a ofiary krwawej inwazji Rosji to aktorzy. Wideo okazało się nagraniem z planu zdjęciowego do teledysku. Zdziwieni? Tak działa dezinformacja.

- Na początku wojny, a nawet już w ostatnich dniach przed rosyjską inwazją na Ukrainę, obserwowaliśmy zmianę narracji z antyszczepionkowej czy kwestionującej istnienie pandemii na antyukraińską. I to były całe siatki profili, które publikowały treści na określonych grupach - mówi Interii Kinga Klich, starsza analityczka w Stowarzyszeniu Demagog, mentorka Akademii Fact-Checkingu. 

Stanisław Żaryn, rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych, idzie krok dalej. Jak wskazuje, kanały, które szerzyły treści negujące istnienie pandemii czy skuteczność szczepionek, wcześniej identyfikowane były z prowadzeniem prorosyjskiej narracji. I te same konta, gdy Rosja najechała Ukrainę, wróciły do korzeni, promując kremlowską propagandę. - Widzimy wyraźnie, że treści niektórych kanałów ewoluują, ale zawsze trzymają się pewnych założeń, które obserwujemy w działaniu rosyjskim przeciwko Polsce - kwituje. 

Reklama

Złe szczepienia, dobra Rosja

O zmianę trendu pytamy też w polskim instytucie badawczym NASK. Marta Gromada z Działu Przeciwdziałania Dezinformacji wskazuje na całe "farmy", które pojawiły się na początku wojny i próbowały dezinformować polską infosferę. Część z nich przeszła ewolucję i z treści antyszczepionkowych przerzuciła się na narrację prorosyjską/antyukraińską. - Zauważyliśmy ruch, który pokazywał przejście z tematów pandemii i antyszczepieniowych na tematykę wojenną - przyznaje Marta Gromada. 

Z analiz NASK wynika jednak, że często działanie to nie było to tak jawne, widoczne i szybkie. - Obserwowaliśmy kilkudniowe opóźnienie, tak jakby nie do końca wszystkie działania były sprawnie przeprowadzone. Część kont dezinformujących w kwestii szczepień czy covidu po prostu przestała funkcjonować i nie uaktywniła się na nowo - mówi.

W Instytucie Badań Internetu i Mediów Społecznościowych słyszymy o tzw. grupach przebudzonych, którzy odrzucają media głównego nurtu jako źródło informacji, a dominuje wśród nich przekonanie o byciu "wybranymi" i "oświeconymi". To z tych grup właśnie wywodzą się - pisze IBiMS w przekazanej Interii analizie - konta szerzące antyszczepionkową i antyukraińską propagandę. Korelacja między pierwszymi a drugimi widoczna była już w pierwszych dniach wojny. 

Tania broń w hybrydowej wojnie

Dlaczego tak się dzieje? Dezinformacja to tania broń, wykorzystywana od wieków. W dobie mediów społecznościowych i szerokiego dostępu do internetu staje się narzędziem szczególnie niebezpiecznym w wojnie hybrydowej. 

- To są działania przygotowywane od lat, przemyślane, znające charakter Polaków, tematy zaczepne, których celem jest jeszcze większe podzielenie i wzburzenie jeszcze większych emocji, polaryzacja społeczeństwa - mówi Marta Gromada z NASK. 

W taki sposób ludzie stają się jednocześnie celem i narzędziem ataku. 

Kinga Klich z Demagoga zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt - kłamstwa w mediach społecznościowych po prostu "robią zasięgi", a to pozwala zarabiać pieniądze. - Widzimy to na przykładzie na przykład Kancelarii LegaArtis, która nazywa się kancelarią, ale jest po prostu blogiem z "newsami" - mówi.

Prawda ma pod górkę

A walka z taką manipulacją wydaje się być nierówna, bo fałszywe informacje rozchodzą się szybciej niż prawdziwe. 

Zbadali to na przykładzie Twittera w 2018 roku naukowcy z Massachusetts Institute of Technology (MIT). Z ich badań wynika, że fake newsy są o 70 procent bardziej podatne na retweet, czyli podanie dalej, niż prawdziwe informacje. Co więcej, prawdziwe informacje potrzebują około sześć razy więcej czasu, niż te fałszywe, by dotrzeć do grupy 1500 osób. Eksperci MIT wskazali też, że to ludzie, a nie boty, są przede wszystkim odpowiedzialni za szerzenie wprowadzających w błąd informacji.

Wie o tym dobrze Władimir Putin. - Znany jest przykład kampanii informacyjnej na TikToku, finansowanej przez rosyjskie władze, gdzie propagandę szerzyli tiktokowi influencerzy - wskazuje Kinga Klich.

 

Rozmówczyni Interii zwraca uwagę, że dzięki teoriom spiskowym dotyczącym covidu grunt dla dezinformacji wojennej był przygotowywany. - W ludziach zasiewane było ziarno niepewności - a czy na pewno te szczepienia są dobre, a czy na pewno w ogóle pandemia prawdziwa, a potem - czy wojna w Ukrainie rzeczywiście jest. Przykładem jest tu profil Głos Gminny, który robi zasięgi wszelkimi teoriami spiskowymi, od zniewolenia ludzkości, przez te dotyczące pandemii czy 5G, a w momencie rozpoczęcia wojny, a nawet jeszcze wcześniej, przeszedł właśnie na antyukraiński dyskurs - mówi. 

Kobieta widmo w BBC

Nabrać dają się nawet dziennikarze najpoważniejszych światowych redakcji. Oni zresztą są celem szczególnym - mogą bowiem dezinformację uwiarygodnić.  

Tym sposobem nieistniejąca osoba udzieliła wywiadu brytyjskiemu nadawcy publicznemu - telewizji BBC, podając się za ofiarę rzekomego rasizmu na granicy polsko-ukraińskiej. 

Jak się dowiadujemy w NASK, w tej sprawie interweniowała sama Kancelaria Premiera. Udało się - stacja film usunęła. 

Tylko skąd w BBC wzięła się kobieta widmo? - Była to osoba podstawiona, wyszkolona, wiedziała, co i jak ma mówić. I dziennikarz jej uwierzył - mówi nam Marta Gromada. 

Rosjanie w bańce

Pośpiech i życie na wysokich emocjach sprzyjają dezinformacji. Pomagają jej też media społecznościowe. Skoczmy na chwilę na TikToka. 

Ta platforma, na której publikuje się krótkie filmiki, ma już półtora miliarda użytkowników na świecie, a analitycy prognozują, że ta liczba będzie się zwiększać. Nie wiadomo, ilu użytkowników ma w Polsce, bo firma nie ujawnia tych danych. Wiadomo natomiast, że zyskuje na popularności, szczególnie wśród nastolatek. 

Dlaczego przypadek TikToka jest ciekawy? Bo jest on kontrolowany przez chińską spółkę. I tu - w obliczu wojny w Ukrainie - pomiędzy zabawne nagrania z tańczącymi nastolatkami a makijażowe metamorfozy wskakuje wielka polityka. Chiny, choć oficjalnie chcą zachować neutralność, wyrastają na cichych sojuszników Moskwy. 

I TikTok, jak się okazuje, jest idealnym narzędziem dla propagandy Putina. Rozmawiam o tym z Kingą Klich. - Po inwazji na Ukrainę TikTok zapowiedział blokadę wrzucania nowych treści w Rosji. Potem Moskwa wprowadziła ustawę o "fałszywych informacjach", a Facebook i Instagram wyniosły się z tego kraju. TikTok został, ale na innych zasadach - opowiada. I tak Rosjanie od 26 marca nie mogą publikować nowych treści oraz nie widzą treści opublikowanych poza Rosją. 

- TikTok zamknął Rosjan w bańce. Efekt jest taki - wynika to z badania Tracking Expose - że przed blokadą 42 proc. treści, jakie widzieli rosyjscy użytkownicy, miały charakter antywojenny. Z końcem marca ponad 90 proc. treści miało charakter prowojenny - mówi Kinga Klich. 

Kłamstwo na 999 dni

Użytkownicy TikToka spoza Rosji też są bardzo narażeni na dezinformację. Z najnowszego raportu StratCom, jednostki NATO, wynika co prawda, że TikTok coraz lepiej radzi sobie z usuwaniem kont czy filmików szerzących fałszywe informacje. - Jednocześnie jednak - zauważa Kinga Klich - TikTok ma najdłuższy wskaźnik utrzymywania fejkowego profilu, bo wynosi on 999 dni. - Dla porównania Twitter: 25 dni - dodaje i przywołuje też inne dane. 

- W Stanach Zjednoczonych przeprowadzono badania na pokoleniu "Z", czyli ludziach w wielu 18-24 lat. Okazało się, że dla 40 proc. badanych TikTok, Instagram i Snapchat są głównym źródłem informacji - wskazuje. 

Teraz wyobraźmy sobie dorastających ludzi, którzy wiedzę o świecie w dużej mierze czerpią z mediów społecznościowych. Takich, w których na usunięcie konta szerzącego fałszywe informacje, trzeba czekać prawie trzy lata. 

Myśl i weryfikuj

Jak walczyć z dezinformacją? Przede wszystkim musimy zachować czujność.

- Dopóki użytkownicy, którzy nie chcą celowo powielać fałszywych informacji, będą ją udostępniać, komentować, lajkować, co podbija zasięgi, czyli dopóki edukacja medialna i kompetencje cyfrowe się nie zwiększą, to będzie bardzo trudno przeciwdziałać dezinformacji. Ważne, żebyśmy szerzyli ideę weryfikacji informacji oraz krytycznego myślenia - kwituje Kinga Klich. 

Większość fake newsów jesteśmy w stanie wyłapać samodzielnie. Warto zastosować kilka prostych, podstawowych zasad sprowadzających się tak naprawdę do wspomnianego przez naszą rozmówczynię krytycznego myślenia:

Widzisz sensacyjną informację? Nie dziel się nią od razu w mediach społecznościowych. Zatrzymaj się. Sprawdź źródło - czy je znasz? Czy jest wiarygodne? Czy inne wiarygodne źródła też podają tę informację?

Sprawdź, kim jest autor materiału - czy wiadomo o nim coś więcej, czy ma dziennikarski dorobek?

Przyjrzyj się uważnie zdjęciu - czy wygląda na prawdziwe, aktualne? Warto skorzystać np. z narzędzia Google Reverse Image Search, żeby sprawdzić, czy zdjęcie już się wcześniej pojawiło w sieci.

Nie zatrzymuj się na samym nagłówku. Przeczytaj całą treść.

Materiał potwierdza twoje przekonania? Stawia w złym świetle polityków, których nie znosisz? Wtedy szczególnie uważaj - mamy tendencję do dawania wiary informacjom, które utwierdzają nas w naszych opiniach.

Jesteś zły czy nawet wściekły po przeczytaniu wiadomości? Również uważaj - fake newsy mają na celu wywołać w tobie te emocje. A one z kolei zaburzają trzeźwą ocenę.

To podstawy gramatyki języka wroga, jakim jest dezinformacja. A język wroga - wiadomo - trzeba znać, żeby się przed nim obronić. Wtedy nawet na mężczyznę palącego papierosa w worku na zwłoki będziemy w stanie spojrzeć spokojnie i krytycznie.

Justyna Kaczmarczyk

justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy