Reklama

Reklama

Czeska ofensywa na polskie targowiska. "Bezpieczniej i taniej niż w naszych supermarketach"

Trwa czeska ofensywa na polskie bazary - pisze serwis Novinky.cz. Przed świętami Czesi masowo kupują w Polsce. Tłumaczą, że to także z powodu koronawirusa.

Czeski serwis relacjonuje, co działo się w sobotę na targowisku w polskiej wsi Zabełków koło Raciborza w województwie śląskim. Dziennikarka sugeruje, że to miejsce odwiedzają głównie nasi południowi sąsiedzi.

- Z parkowaniem był kłopot, ale się udało. Infekcji się tu nie boimy. Kupujemy na zewnątrz, a nie w zamkniętych pomieszczeniach. Mamy także i rękawiczki. Według mnie jest tutaj bezpieczniej niż w przepełnionych supermarketach - powiedziała czeskiej dziennikarce 30-letnia kobieta z Ostrawy, która na polski bazar przyjechała ze swoją matką. Dodała, że na co dzień stara się kupować przez internet.

Reklama

Czeszka tłumaczy, że dojazd na polskie targowisko zabiera jej 15 minut, a parking po polskiej stronie kosztuje niewiele. Chwali sobie, że polscy sprzedawcy przyjmują czeskie korony, coraz częściej można na targowisku płacić także kartą. Kobiety przede wszystkim przyjechały do Polski kupić masło, mięso i prezenty świąteczne.

"Oszczędzamy, gdzie możemy"

Novinky.cz informują, że na targowisku w Zabełkowie długie kolejki Czechów ustawiały się do stoisk z wędlinami, orzechami i suszonymi owocami.

Pochodzące z Bohumina w pobliżu Cieszyna małżeństwo Chromców też przyjechało w sobotę na zakupy do Polski. - Mamy blisko, pieczemy, gotujemy. Na szczęście nadal można przyjechać do Polski bez testu - tłumaczą. Na bazarze kupili sery, choinkę, wędliny, wędzone ryby, chleb i ciastka. Szacują, że na zakupach w Polsce wydali 2 tys. koron (ok. 340 zł).

- Gdzie nie spojrzysz, głównie Czesi. Po prostu się opłaca. Żona straciła pracę z powodu koronowirusa, więc oszczędzamy, gdzie możemy - mówi mężczyzna.

"Nie będę jadł tego polskiego g..."

Czesi chętnie przyjeżdżają na zakupy do Polski, mimo trwającej od lat w ich kraju wojny z polską żywnością. Towarzyszą jej wzmożone, drobiazgowe kontrole czeskich służb sanitarnych oraz medialne nagłaśnianie nieprawidłowości związanych z polskimi produktami. Premier Andrej Babiš przed laty poczęstowany w czeskiej telewizji polską kiełbasą powiedział: "Nie będę jadł tego polskiego g...". Należące do jego konsorcjum media często informowały o nieprawidłowościach związanych z produktami z Polski.

Andrej Babiš to jeden z najbogatszych Czechów i biznesmen, który działał w branży spożywczej. Tłumaczy, że jako polityk przekazał swoje firmy w ręce funduszu zarządczego, by uniknąć zarzutu o czerpanie finansowych korzyści ze swoich politycznych decyzji. Wielu komentatorów w Czechach zwraca uwagę, że firmy czeskiego polityka nadal zarabiają na prowadzonej przez niego polityce. 

Czeski premier jest też oskarżany o wyłudzenie milionów euro dotacji unijnej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy