Reklama

Reklama

Belgowie i Holendrzy podzieleni koronawirusem

W belgijsko-holenderskim miasteczku granica biegnie często środkiem drogi, chodnika, przecina sklepy, a nawet domy. Mimo to od lat Belgowie i Holendrzy żyli tam w zgodzie. Sytuacja skomplikowała się podczas pandemii, bo restrykcje w każdym z krajów są różne.

Mapa holenderskiego Baarle Nassau i belgijskiego Baarle Hertog wygląda jak puzzle. - Jesteśmy dumni z tego, że to u nas występuje aż 30 z 64 wszystkich enklaw na świecie i nawet jeśli czasem mamy z tym problemy, to zawsze udaje się je rozwiązać - mówi przewodnik Willem van Hool. 

Reklama

Na terenie holenderskiego Baarle leżą 22 belgijskie enklawy, a w belgijskiej części miasta jest siedem holenderskich. W nich często mieści się jeszcze po kilkadziesiąt metrów ziemi należącej do sąsiedniego kraju. Mieszkańcy belgijsko-holenderskiego miasta nie myślą jednak o zmianie osobliwych granic.

W belgijsko-holenderskim miasteczku granice biegną często po środku drogi czy chodnika, przecinają sklepy i domy. Jeśli budynek położony jest na terenie dwóch państw, to należy do tego, gdzie ma drzwi wejściowe.

Od tej reguły są jednak wyjątki - jeśli granica przebiega pośrodku drzwi wejściowych, to dom ma dwa adresy: jeden w Belgii, a drugi w  Holandii.

Różne restrykcje

W te geograficzne puzzle Belgowie i Holendrzy w Baarle grają od wieków - dlatego nie stanowią one już dla nich administracyjnej łamigłówki. Władze Baarle Nassau i Baarle Hertog wspólnie decydują o budowie dróg czy oświetleniu miasta, a swoje służby proszą o wyrozumiałość.

Napięcia w holendersko-belgijskim miasteczku zaczęły jednak rosnąć w czasie pandemii koronawirusa. Gdy Belgia całkowicie zamknęła kraj, nakazując obywatelom pozostanie w domach, a Holandia nigdy nie zdecydowała się na tak surowe restrykcje.

- Gdy Belgia zamknęła swoje granice, to nasi mieszkańcy nie mogli często przejść na drugą stronę ulicy czy iść do sklepu spożywczego, który jest po holenderskiej stronie. Przez chwilę było to zabawne, ale potem już nikomu nie było do śmiechu - mówi Frans de Bont, burmistrz Baarle Hertog.

Najbardziej sfrustrowani są belgijscy właściciele sklepów i restauracji, którzy tylko dlatego, że ich lokal mieści się po drugiej stronie ulicy-granicy, ponieśli z powodu nakazu zamknięcia dużo większe straty niż konkurencja, która po holenderskiej stronie nigdy nie musiała zawieszać działalności.

Zamieszanie z różnymi zasadami w czasie pandemii występuje do dziś: do belgijskich sklepów w Baarle można wchodzić tylko w  maseczce, do holenderskich bez... ale są też takie, w których granica przebiega pośrodku sklepu.

Mieszkańcom Baarle w czasach pandemii najbardziej jednak przeszkadza... brak turystów, dzięki którym ta geograficzna osobliwość mogła do tej pory prosperować i nie przejmować się granicznymi uciążliwościami.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy