Reklama

Reklama

Przesłuchanie Marcina P. przed komisją śledczą ds. Amber Gold, cz. I

W warszawskim sądzie okręgowym trwa posiedzenie sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold. Komisja przesłuchuje byłego szefa spółki Marcina P., który został przetransportowany na posiedzenie z jednego z aresztów w okolicach Trójmiasta. Świadek odmawia odpowiedzi na znaczną część pytań, powołując się na toczące się przeciw niemu postępowanie karne. Odmówił m.in. na pytanie o kontakty z politykami. Poniżej znajdziecie zapis pierwszej części przesłuchania - od godziny 10 do 13.

Marcin P. odmówił odpowiedzi na trzy pierwsze pytania. Joanna Kopcińska (PiS) pytała świadka, kiedy zdecydował się na stworzenie Amber Gold. Marcin P. odmówił odpowiedzi na to pytanie - jak tłumaczył - z uwagi na toczące się postępowanie karne. Świadek nie chciał też odpowiedzieć na pytanie, skąd miał pomysł na stworzenie Amber Gold.

Marcin P. nie odpowiedział również na pytanie, jakie środki były potrzebne na rozpoczęcie działalności Amber Gold i skąd pochodziły te środki.

Pytany, jak wyglądała bieżąca działalność Amber Gold, Marcin P. powiedział, że działalność spółki była "zorganizowana, bardzo przejrzysta, jasna i klarowna".

"Nie chodzi o 850 mln zł"

Reklama

Odpowiadając na pytanie Kopcińskiej (PiS), ile środków wpłacono na lokaty w złoto, P. odparł: "Według aktu oskarżenia, kwota niekorzystnego rozporządzenia mieniem to 850 mln zł i ona jest wprost wzięta z załącznika, bodajże nr 3, do opinii biegłych Ernst and Young, która dokumentuje tylko i wyłącznie uznania rachunków bankowych spółki Amber Gold".

"W ramach postępowania karnego nie został zbadany system Agnet, który zarządzał wszystkimi lokatami, które zakładali klienci. Co więcej: ten system nie został nawet zabezpieczony przez prokuraturę, mimo dwukrotnych naszych wezwań i wezwań biegłych Ernst and Young, którzy wydawali opinię" - powiedział Marcin P. Dodał, że "prokuratora zabezpieczyła go bodajże w 2014 r., w tym momencie, kiedy opinia została już wydana i złożona do akt sprawy". Zdaniem świadka, znajduje się to na płytach, które - jak mówił - "są nie do odtworzenia, gdyż są uszkodzone".

"Według mojej wiedzy, w chwili obecnej jest to weryfikowane przeze mnie i przez obrońcę. Kwota niekorzystnego rozporządzenia mieniem jest zupełnie inna" - mówił P. "Ja nie jestem w stanie na chwilę obecną jej podać, ze względu na to, że mamy bardzo ograniczony dostęp do danych elektronicznych, które są w posiadaniu sądu; sad ma kopię zapasową, której nie może odtworzyć " - dodał. Zdaniem P., sąd "dopiero bodajże po 15 sierpnia będzie mi w stanie udostępnić, przez biuro syndyka, dostęp do systemu Agnet z danych, gdzie na podstawie tego, będzie to możliwe do wyliczenia".

"Niestety, ta kwota nie jest określona, nie jest wyliczona; nie ma także w postępowaniu karnym wyliczonej wysokości szkody" - oświadczył P.

"Nie mam nic do zwrócenia Polakom"


Komentując słowa Witolda Zembaczyńskiego (Nowoczesna), że podczas środowego przesłuchania ma niepowtarzalną okazję do tego, by "zwrócić coś Polakom", świadek powiedział: "Ja nic Polakom do zwrócenia nie mam panie pośle (...) kompletnie nic".

"Skąd miał pan know-how na tę piramidę" - zapytał Zembaczyński.

"Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, proszę nie nazywać tego piramidą finansową" - odpowiedział Marcin P. "Było to przedsiębiorstwo, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, nie była to piramida finansowa, żaden wyrok prawomocny w tej sprawie nie zapadł" - dodał. Podkreślił zarazem, że "w systemie polskim nie istnieje coś takiego jak piramida finansowa".

Odmówił odpowiedzi, z czego się utrzymywał w latach 2008-09, czym dokładnie zajmowała się jego żona i z czego się utrzymywała. Odmówił również odpowiedzi o aktualny majątek.

Przyznał, że być może miał w okresie uruchamiana Amber Gold zablokowane konta przez komornika. Powiedział też, że rozdrabnianie spółek, związanych z Grupą Amber Gold, "tworzenie tzw. spółek holdingowych", wynikało z jego wiedzy.

"To było rozwijane przez bardzo długi okres czasu, zanim doszło do takiej ilości spółek, jaka była, na początku to były dwie spółki, potem pojawiła się trzecia, czwarta, piąta i tak doszliśmy do dziewięciu, jeśli dobrze pamiętam" - powiedział P.

Pytany przez Zembaczyńskiego, czy chciał uciec do Argentyny, przekonywał, że nigdy nie chciał i nie próbował nigdzie uciec.

Początki Amber Gold

Odpowiadając na pytanie przewodniczącej komisji Małgorzaty Wassermann (PiS) Marcin P. powiedział, że jego poprzednie przedsięwzięcie "Salony Finansowe" nie zostało przekształcone w spółkę Amber Gold.

Podkreślił, że "Salony Finansowe" nie zostały przekształcone w żadną spółkę. "One się zmieniły tylko, nazwę na Amber Gold Invest, ale to nie było przekształcenie, spółka Amber Gold to była zupełnie inna spółka, która została powołana i utworzona jako z Amber Gold, czyli wcześniej Grupa Inwestycyjna Ex" - powiedział Marcin P.

Wassermann dopytywała, kiedy doszło do zmiany z Grupy Inwestycyjnej Ex na Amber Gold. "W lipcu, sierpniu 2009 r." - powiedział świadek.

Przewodnicząca komisji pytała, czy decyzja o tym, żeby doszło do tego przekształcenia i rozpoczęcia działalności Amber Gold zapadła u P., w czasie jego przebywania w zakładzie karnym za poprzednie złamanie prawa.

"Decyzja o działalności spółki Grupa Inwestycyjna Ex zapadła jeszcze przed moim osadzeniem i ta spółka została powołana. W tym momencie zostały także stworzone dokumenty, co ma odzwierciedlenie w materiałach elektronicznych zabezpieczonych przez prokuraturę ze spółki Amber Gold w postępowaniu karnym. Cały model funkcjonowania spółki został utworzony jeszcze przed moim osadzeniem, to nie było tak, że to się narodziło w więzieniu" - powiedział P.

"W zakładzie karnym nic się nie narodziło" - podkreślił.

Wassermann dopytywała, kiedy w takim razie narodził się pomysł Amber Gold, Marcin P. odpowiedział, że w 2008 r.

Dopytywany, dlaczego Amber Gold nie rozpoczęło działalności w 2008 r. stwierdził, że trwały przygotowania do zorganizowania takiej działalności. "Otworzenie firmy i prowadzenie firmy z taką działalnością i możliwością rozwoju na dużą skalę, to nie jest przedsięwzięcie jednego dnia" - powiedział P.

Z uwagi na toczące się postępowanie karne odmówił odpowiedzi na pytanie, jak te przygotowania wyglądały i do czego się przygotowywali twórcy Amber Gold.

Na inne z pytań P. odpowiedział, że "nie interesował się bazą klientów Amber Gold".

Według świadka, do czasu, kiedy powstały problemy finansowe Amber Gold w okolicach czerwca-lipca 2012 r., składki ZUS były płacone regularnie.

P. opowiadał też o strukturze organizacyjnej Amber Gold. Mówił, że pierwsza struktura powstała w 2009; w 2012 składała się z 17 departamentów. On sam był prezesem kilku spółek, w tym Amber Gold sp. z o.o., OLT Express sp. z o.o., Amber Gold S.A.

"Świadkowie kłamią"

Marcin P. został zapytany przez Małgorzatę Wassermann (PiS), czy w systemie księgowym Amber Gold była możliwość usuwania i modyfikacji danych księgowych. "Dane do systemu COMARCH XL, który był powiązany z systemem AGNET wprowadzało się w dwojaki sposób - były automatyczne przeniesienia danych z systemu AGNET, których edytować w systemie COMARCH XL nie można było i one były automatycznie zapisywane i one musiały być modyfikowane, jeżeli w ogóle ktokolwiek miał uprawnienia do modyfikacji w systemie AGNET lub dane wprowadzane ręcznie do systemu COMARCH XL, które były zapisywane najpierw do bufora, a później przenoszone do księgi głównej" - mówił b. szef Amber Gold.

Według świadka, dane, które były wprowadzane ręcznie, można było modyfikować i mogli to robić uprawnieni pracownicy. Dopytywany przez posłankę PiS, kto posiadał takie uprawnienia, Marcin P. zeznał, że były to m.in. kierownik działu transakcji Katarzyna Cesarz, pracownice działu płatności: Alfreda Aksnowicz i Grażyna Janiszewska, a także osoby zatrudnione w dziale księgowości, choć - jak zastrzegł - nie jest w stanie podać ich nazwisk.

"Czy pani Misiewicz miała możliwość dokonywania zmian w buforze?" - zapytała Wassermann. "Pani Misiewicz miała taką możliwość, jednakże pani Misiewicz nie zajmowała de facto współdziałalnością spółki Amber Gold" - odpowiedział świadek. "Pani Misiewicz była odpowiedzialna za księgowość całej grupy, ale w związku z przejęciem linii OLT Express Regional, dawny Jet Air i OLT Express Poland, na sam początek, w związku z wymogami i koniecznością sporządzenia  przez biegłych rewidentów opinii dla tych spółek, konieczne było wyprostowanie było ich ksiąg. Pani Misiewicz, od momentu zatrudnienia do lipca 2012 r., zajmowała się prostowaniem ksiąg firm JET Air dawnej, czyli OLT Express Regional i OLT Express Poland, dawnej Yes Airways" - mówił świadek.

P. dodał, że uprawnienia do modyfikacji danych księgowych mieli ponadto: główny informatyk Maciej Brzeski, który - jak zaznaczył b. szef Amber Gold - m.in. na jego polecenie dokonywał "zmian błędów, poprawień" w systemie COMARCH XL. "Miała je pani Małgorzata Kin-Kaczmarek, dyrektor departamentu produktów, która była odpowiedzialna za wdrożenia systemów, w szczególności systemu AGNET, jego rozbudowy, konfiguracji i automatycznych przenoszeń dokumentów między systemem AGNET i COMARCH XL i systemem IC Pożyczki" - dodał świadek.

W tym momencie przewodnicząca komisji śledczej spytała, czy zatem jeżeli świadkowie twierdzą, że jedyną osobą, która miała do tego dostęp, był Marcin P., to mówią prawdę. "Świadkowie kłamią, pani przewodnicząca" - odparł b. szef Amber Gold. "My już dwukrotnie składaliśmy wniosek - i w postępowaniu przygotowawczym i w postępowaniu już przed sądem I instancji o zbadanie uprawnień i dokonywanych operacji w systemach finansowo-księgowych, w systemach AGNET i IC Pożyczki poszczególnych pracowników. Do dnia dzisiejszego ten wniosek przez sąd nie został rozpoznany" - podkreślił Marcin P.

Jak dodał, również prokuratura oddaliła ten wniosek jako "niemający znaczenia dla sprawy".

Związki z politykami

Marcin P. odmówił odpowiedzi na pytanie, czy pozostawał w kontakcie z politykami, a jeśli tak, to z jakimi. Pytany o kontakty z politykami na Pomorzu mówił: "Nie zostawałem na Pomorzu w kontakcie z żadnymi politykami. Politycy sami szukali ze mną kontaktu, ja raczej próbowałem się zawsze od polityków odcinać"

Dopytywany, którzy politycy szukali z nim kontaktu stwierdził: "Na pewno prezydent miasta Gdańska poprzez port lotniczy w Gdańsku".

"Ja do końca nie pamiętam np. sytuacji ze sponsorowaniem filmu 'Wałęsa', bo mnie w tym czasie w biurze nie było, ale z relacji moich pracowników, o ile dobrze pamiętam pani Martyny Piwońskiej, to sam pan prezydent miasta Gdańska dostarczył mi propozycję i chciał ze mną rozmawiać na temat sponsorowania filmu o Wałęsie" - podkreślił.

"Chęć znalezienia kontaktu ze strony polityków różnych opcji zawsze był, chyba najczęstszy był jednak z członkami Prezydium Miasta Gdańska z tego względu, że spółka miała siedzibę na terenie Gdańska" - dodał Marcin P.

Przewodnicząca komisji pytała o polityków, których wymienił P., w tym np. prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, który zapraszał P. do loży VIP-owskiej na mecze.

"Były takie propozycje (...) bilety do loży VIP-owskiej na mecze Euro 2012 przekazałem swoim pracownikom, którzy poszli do tych lóż VIP-owskich i one bezpośrednio do mnie do spółki trafiły, to na pewno" - powiedział P.

"Wiedzieli, że byłem karany"

Wassermann dopytywała P., czy w Gdańsku, ludzie z którymi współpracował i sponsorował ich imprezy, mieli świadomość, co do jego uprzedniej karalności.

"Podejrzewam, że tak, bo to był fakt powszechnie znany, niektórzy się nawet o to pytali. Ja nie jestem w stanie powiedzieć, kto dokładnie, ale takie pytania padały i taka odpowiedź z mojej strony padała w wypowiedzi z mojej strony. To nie była żadna tajemnica o karalności" - odpowiedział P.

Odpowiadając na kolejne pytanie przewodniczącej komisji, P. powiedział, że nie miał kontaktu z ówczesnym ministrem Sławomirem Nowakiem. "Nie, z panem ministrem Nowakiem bezpośredniego kontaktu nie miałem, najwyższy kontakt jaki ja miałem związany z Ministerstwem Infrastruktury to był w tamtym czasie pełniący obowiązki prezesa Urzędu Lotnictwa Cywilnego pan Tomasz Kądziołka, który wszelkie czynności z ministerstwem załatwiał" - wyjaśnił Marcin P.

Marcin P. pytany przez posła Jarosława Krajewskiego (PiS), czy przypomina sobie artykuł Magdaleny Olczak "Pośrednik z wyrokiem za przywłaszczenie" opublikowany 16 kwietnia 2010 w "Gazecie Wyborczej", w którym cytowane są jego słowa, gdzie przyznaje się, że został skazany prawomocnym wyrokiem, odpowiedział, że rozmawiał z Magdaleną Olczak.

Dopytywany, dlaczego zdecydował się na upublicznienie informacji na temat własnej karalności, stwierdził, że tego faktu nie można było ukrywać.

"Na stronie internetowej, w zakładce 'blog Amber Gold' informacja o mojej karalności także była, włącznie z wytłumaczeniem" - powiedział Marcin P.

"To nie było nic ukrywanego i ktokolwiek się pytał, ja na te pytania udzielałem informacji, to nie była jakaś tajemnica, że nikt na ten temat nie rozmawiał" - dodał.

Marcin P. poinformował, że jego pracownicy wiedzieli o jego karalności. "Powiedziałem, że jeżeli nie chcą pracować, znając tę informację, to mogą odejść - ja nie będę miał żadnych pretensji. Nikt się nie zdecydował na odejście" - powiedział.

Zaznaczył również, że o swojej karalności informował swoich pracowników jeszcze przed opublikowaniem artykułu przez "Gazetę Wyborczą".

Rola Michała Tuska

Witold Zembaczyński (Nowoczesna) pytał dlaczego świadek pomawiał prezesa Portu Lotniczego w Gdańsku Tomasza Kloskowskiego oraz Michała Tuska o przestępstwa. Przypomniał, że prokuratura umorzyła postępowania wobec tych osób, nie widząc żadnych nielegalnych działań. "Czy to miał być kamuflaż dla pana działalności, posługiwanie się synem premiera?" - pytał poseł Nowoczesnej.

"Jeżeli bym pomawiał, to pan Kloskowski i Michał Tusk mogli mi wytoczyć postępowanie cywilne o pomawianie. Jeżeli składałbym, fałszywe zeznania, to prokuratura mogłaby wytoczyć mi postępowanie karne za składanie fałszywych zeznań, czego ani jedna, ani druga strona nie zrobiła. Nikogo nie pomawiałem" - powiedział Marcin P.

"Nigdy nie było takiego założenia, że Michał Tusk miał być kamuflażem dla mojej działalności, nigdy także Michał Tusk nie został przeze mnie wykorzystany w jakichkolwiek sytuacjach politycznych, czyli wpływów u ojca, czy innych osób, do których jego ojciec mógł mieć dostęp" - zapewnił.

Jak dodał, Michał Tusk miał się zajmować tylko i wyłącznie kontaktami między dyrektorem zarządzającym OLT Express Jarosławem Frankowskim, lotniskiem w Gdańsku i uzyskiwaniem informacji z tego lotniska, odnośnie możliwości rozwoju siatki połączeń. "Michał Tusk dostarczał nam dane, które w mojej ocenie (...) naruszały, jeżeli nie prawnie, to na pewno moralnie, był konflikt interesów" - powiedział świadek.

Okoliczności zatrudnienia M. Tuska

Marcin P., odpowiadając na pytania Tadeusza Rzymkowskiego (Kukiz'15), relacjonował dokładnie okoliczności zatrudnienia Michała Tuska w liniach lotniczych OLT Express. "Michał Tusk w drugiej połowie 2011 roku chciał napisać artykuł o spółce Jet Air i otwieranych połączeniach w Gdańsku" - relacjonował.

"Zgłosił się do pana Tomasza Wicherka, który w tamtym okresie był prezesem zarządu spółki Jet Air, który powiedział, że nie jest uprawniony do udzielania takich informacji i skierował pana Michała Tuska do mnie, pytając mnie, czy wyrażam zgodę na podanie mojego numeru telefonu dziennikarzowi 'Gazety Wyborczej', z zastrzeżeniem, że jest to syn premiera" - dodał Marcin P.

Jak mówił, wyraził zgodę i rozmawiał z Michałem Tuskiem 20-30 minut. Michał Tusk w efekcie rozmowy napisał ten artykuł, a po jakimś czasie sam zgłosił się do P., że "chciałby znaleźć zatrudnienie w spółce OLT Express Regional".

"Rozmawiał wtedy z Jarosławem Frankowskim (dyrektor wykonawczy OLT - PAP) i wycofał się, mówiąc, jak mi się wydaje, że nie dostał aprobaty ojca, by się zatrudnić w tej spółce" - mówił Marcin P. Dodał, że nie jest pewien, czy tak było na pewno, bo na jego pamięć mógł wpłynąć "przekaz medialny".

"Mnie to było bardzo nie rękę, by zatrudniać Michała Tuska" - zaznaczył. "Dlaczego?" - spytał Rzymkowski. "Z tego względu, że był to syn premiera. Nie chciałem, by polityka mieszała mi się w działalność biznesową spółek" - odpowiedział P.

Po jakimś czasie, jak zeznał, odbyła się też jego rozmowa z Jarosławem Frankowskim, że "można go (Michała Tuska - PAP) będzie wykorzystać, bo jakieś informacje z lotniska wyniesie, bo wszyscy wiedzieli, że na lotnisku znajdzie zatrudnienie."

Z kolei znów po upływie pewnego czasu, jak mówił P., w styczniu lub w lutym 2012 roku, zadzwonił do niego Tomasz Kloskowski (prezes Portu Lotniczego w Gdańsku), nie na komórkę, tylko do biura. "Zadzwonił z propozycją, że pan Michał Tusk jest już pracownikiem lotniska i chciałby u nas pracować, ale w dziale marketingu i zajmować się pomocą w ustalaniu nowych kierunków połączeń" - zaznaczył Marcin P.

Jak dodał, miał on przekazywać np. informacje, jakie trasy docelowe z przesiadką wybierają pasażerowie z Gdańska, co jest bardzo cenną informacją dla linii lotniczej, bo może stworzyć na tych trasach bezpośrednie połączenia.

"Wtedy już z Michałem Tuskiem nie rozmawiałem, tylko rozmawiał z nim Jarosław Frankowski, który przyszedł do mnie z informacją, że Michał Tusk się zgadza, a prezes Kloskowski nie robi żadnych problemów, by pracował jednocześnie w porcie lotniczym i spółce OLT Express" - opowiadał Marcin P.

Michał Tusk nie wyraził jednak zgody na zatrudnienie w Amber Gold sp. z o.o., która zajmowała się marketingiem wszystkich spółek, a chciał być zatrudniony w spółce OLT Express, która "de facto tylko sprzedawała bilety". "Ja powiedziałem, że nie widzę z tym problemu" - zaznaczył Marcin P. W rezultacie Michał Tusk "podpisał umowę współpracy ze spółką OLT Express".

W tym czasie były bowiem zwolnienia z "Gazecie Wyborczej" i Michał Tusk wiedział, że lada moment straci pracę, choć nie miał tam etatu - dodał świadek.

Według niego chciał być natomiast zatrudniony w OLT, a nie w Amber Gold m.in. w związku z tym, że miał kredyt hipoteczny i chciał założyć działalność gospodarczą, i "współpracować ze spółką OLT Express".

Marcin P. dopytywany przez posła Rzymkowskiego, czy w momencie podpisania umowy z OLT Michał Tusk był zatrudniony w porcie lotniczym w Gdańsku, bo z dokumentów wynika, że z OLT Express umowę zawarł w połowie marca 2012 roku, a w porcie lotniczym, w połowie kwietnia, przyznał, że dokładnie nie pamięta kolejności zdarzeń. Choć, jak przyznał, Michał Tusk mógł mieć "promesę na zatrudnienie" w porcie w momencie podejmowania współpracy z OLT.

Marcin P. mówił też, że w sprawie OLT Express miał najczęstsze kontakty z prezesem ULC Tomaszem Kondziołką i, jak powiedział, był zdziwiony, że ten nie został potem zwolniony ze stanowiska.

Opowiadał też, że miał zaufanie do prezesa OLT Express Regional Andrzeja Dąbrowskiego, który "czyścił sytuację w ULC, związaną ze spółką Jet Air", a potem "wyłapywał błędy, jakie miała spółka Yes Airways". "Tyle uchybień ile on znalazł i wyprostował, chapeau bas dla niego" - powiedział Marcin P.

Tusk przekazywał poufne informacje?

Poseł PiS Marek Suski pytał o informacje, które miał przekazywać Michał Tusk na temat firmy Wizz Air. "Stwierdził pan podczas zeznania, że kwestie, o których informował syn premiera, należą do kategorii poufnych, czy pan potwierdza, że były jakieś poufne informacje?" - pytał Suski.

"Z mojej wiedzy - tak, cały czas mówię o tych dofinansowaniach, które były organizowane za pośrednictwem tej gdańskiej organizacji turystycznej. To są informacje poufne, tego pan nie znajdzie na żadnej stronie internetowej, ani, jak pójdzie pan do prezesa portu lotniczego, tam pan nie dostanie (takich informacji), nie znajdzie pan także informacji, do jakich portów lotniczych docelowo latają pasażerowie z przesiadki" - powiedział Marcin P.

Tygodnik "wSieci" ujawnił stenogramy z podsłuchów ABW założonych u Marcina P. W przytoczonej rozmowie Marcin P. mówi do Jarosława Frankowskiego (dyrektora zarządzającego OLT Express): "Słuchaj, jeszcze mam jedno pytanie do ciebie odnośnie pamiętasz, mówiłeś, że Tusk ci przyniósł informację, ile Wizz Air płaci za jednego pasażera i jakie dostaje zwroty, pamiętasz?". Frankowski odpowiada: "Tak, tak. On mi mówił mniej więcej, tylko nie pamiętam, kurde, kwot, wiesz? (...) on tego nie przysyłał, jakby był ostrożny, tak".

Suski pytał też świadka, za co płacił Michałowi Tuskowi. "Michał Tusk stwierdził podczas przesłuchań (przed komisją śledczą), że przekazywał tylko informacje ogólnie dostępne na stronach internetowych" - przypomniał Suski.

'Michał Tusk nigdy nic mi nie wysyłał, oprócz tego artykułu do autoryzacji, nie przypominam sobie, żeby Michał Tusk ze mną kiedykolwiek korespondował" - powiedział Marcin P. Jak dodał, Michał Tusk korespondował m.in. z dyrektorem zarządzającym OLT Express Jarosławem Frankowskim. "Z moją żoną miał jedno spotkanie na temat możliwości wydawania - z racji jego doświadczenia dziennikarskiego - magazynu pokładowego" - mówił świadek.

"Nie umiem dokładnie powiedzieć, co dokładnie robił pan Michał Tusk, bo on nie był bezpośrednio mi podległy, ja go nie rozliczałem z zadań, które on wykonywał, to jest pytanie do Jarosława Frankowskiego" - powiedział Marcin P.

SMS o "umoczeniu rządu"

Krzysztof Brejza (PO) pytał świadka o sms wysłany przezeń 27 lipca do współpracownika w OLT Express: "Mam maila o akcji Ikar, to nie jest na telefon". Współpracownik Jarosław Frankowski odpisał: "Marcin, odpiszę za 25 minut. Czy to coś zmieni?". P. odpisał: "Nie, ale powoduje, że możemy umoczyć rząd". "Z jakich powodów zależało panu na uderzeniu w rząd Donalda Tuska?" - spytał Brejza.

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) powiedziała w tym momencie, że "tak się nie zadaje pytań" i sama spytała świadka, czy zależało mu na "umoczeniu" rządu Tuska.

"Nie zależało mi na umoczeniu rządu Donalda Tuska" - odpowiedział P. Podkreślił, że "sytuacja ta jest związana z prowokacją dziennikarską zrobioną przez pana Pawła Mitera, który w chwili obecnej za tę prowokację jest sądzony przez sąd". Dodał, że - według jego wiedzy i "według zarzutów postawionych przez prokuraturę" - Miter "sfałszował notatkę o akcji Ikar". "Przedłożył mi ją w celu korzyści finansowej" - zaznaczył.

"Składało mi się to wtedy w jedną całość z tego względu, że my mieliśmy za pośrednictwem Tomasza Wicherka propozycję z ministerstwa gospodarki zakupu LOT; dostaliśmy nawet częściowo, o ile się nie mylę, a mam dość dobrą pamięć, księgi handlowe LOT do zapoznania się ws. przeprowadzenia takiego pseudoaudytu, żeby zobaczyć co tam jest" - mówił P.

"Miałem przecieki z ABW"

Witold Zembaczyński (Nowoczesna) przypomniał, że Marcin P. wielokrotnie w rozmowach telefonicznych, które komisja ma w materiale, wspominał, że funkcjonariusze ABW mają się u niego pojawić. "Proszę powiedzieć, czy to były tylko takie pana domysły i czy miał pan przecieki z ABW" - pytał poseł Nowoczesnej.

"Tak, miałem takie przecieki, nie były to (przecieki) od Michała Tuska, to były przecieki z ABW, ale nie bezpośrednio przez ABW (były mi) dostarczane, były (mi dostarczane) przez osoby trzecie, związane z ABW, w tym także przez niektórych dziennikarzy" - powiedział świadek.

Tygodnik "wSieci" ujawnił stenogramy z podsłuchów ABW założonych u Marcina P. Wynika z nich, że tuż po upadku OLT Express na przełomie lipca i sierpnia 2012 r. P. "spieniężał wszystko"; wiedział, że jest podsłuchiwany i miał informacje, że w Amber Gold pojawią się "cisi panowie z ABW".

Pytany przez Małgorzatę Wassermann (PiS), od którego momentu wiedział, że ABW się nim interesuje, P. odparł, że od końca lipca 2012 r., kiedy "ostatni bank nam wypowiedział umowę rachunków bankowych". Dodał, że to zainteresowanie "na pewno" dotyczyło działalności Amber Gold.

Marcin P. zeznał, że nie uzyskał samego planu śledztwa, tylko informacje o zaplanowanych czynnościach ABW ws. Amber Gold, m.in. co do zweryfikowania kont bankowych spółki i przepływów pieniężnych, a nie wobec niego. Dodał: "15 sierpnia dowiedziałem się, że 16 z rana przyjdzie do mnie ABW do mieszkania i do spółki". Zeznał, że dowiedział się tego z smsa wysłanego z nieznanego mu numeru, "który można odszukać". "W smsie był komentarz, że mam uciekać, ale nie planowałem żadnej ucieczki" - dodał P.

Pytany przez Wassermann, czy o czynnościach ABW uprzedzał go Emil Marat, P. odparł: "Tak, na pewno tak". Dopytywany, skąd Marat to wiedział, P. odparł, że miał on się zajmować PR Amber Gold i postawił warunek, że będzie współpracował tylko z radcą prawnym Pawłem Kunachowiczem, który prowadził kancelarię w Warszawie.

"Emil Marat wielokrotnie sugerował mi także, że jest możliwość wykorzystania kontaktów pana Pawła Kunachowicza z politykami, co do załatwienia tej sprawy, czytaj Amber Gold" - zeznał P. Pytany przez Wassermann, na kogo Marat się powoływał, P. odpowiedział, że "powoływał się na kogoś z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, ale nazwiska nie jestem w stanie podać". Wassermann spytała: "Czy powoływał się na pana Cichockiego?". P. odpowiedział: "Być może tak".

Zapytany przez Wassermann, na czym miałaby polegać rola tych polityków, P. odparł: "Któryś z tych polityków był koordynatorem służb specjalnych, odpowiedzialnym za ABW (...) Oni mieli po prostu także uzyskać informacje ze strony ABW, jakie czynności są prowadzone, jakie są realizowane i w jaki sposób można je zablokować albo zmienić". "Takie były sugestie; ja nie skorzystałem z takich możliwości wpływania" - oświadczył świadek.

W 2012 r. ówczesny szef MSW Jacek Cichocki miał uprawnienia w zakresie koordynacji działalności Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Czego dowiedział się od Sylwestra Latkowskiego?

Marcin P. mówił też, że "wydaje mu się, że to Sylwester Latkowski poinformował go o planie śledztwa". P. powiedział, że Sylwestra Latkowskiego poznał przez Michała Lisieckiego, wydawcę "Wprost". Jak dodał, Latkowski wraz z Michałem Majewskim chcieli napisać artykuł o Amber Gold bądź o nim samym. "Już teraz nie pamiętam dokładnie" - dodał.

"Część tego spotkania była utrwalana czy nagrywana, część nie. Pan Latkowski mnie poinformował właśnie, tak mi się wydaje, że to pan Latkowski. To jest taki okres czasu, tak dużo informacji się przewinęło, mogę mylić te fakty, ale tak mi się wydaje, że pan Latkowski poinformował mnie wtedy o planie śledztwa" - powiedział Marcin P.

"Zaznaczyłem, że mogę się mylić, że to pan Latkowski dostarczył mi plan śledztwa. Tak mi się wydaje na 90 proc. (...) Na 90 proc. jestem przekonany, że tak było, podejrzewam, że moja pamięć mnie nie myli" - podkreślił.

Członek komisji Marek Suski (PiS) ocenił, że Marcin P. chce spowodować, by komisja wezwała Latkowskiego na przesłuchanie. "Pan Latkowski ujawnił te taśmy, z których dowiedzieliśmy się o tym, jak wyglądały interesy i że Donald Tusk, premier, wiedział o tym, że prokuratura działa opieszale, i wiedział wcześniej o tym, że Amber Gold to piramida" - powiedział.

"W tej chwili atakuje pan te osoby, powiedział pan też o (Marku-PAP) Belce, że jakaś śmieszna historia, pan Belka mówił o tym finansowaniu pod stołem lotniska z Łodzi, krytycznie się wypowiadał na tych taśmach, to kolejna osoba, która demaskowała wiedzę premiera i PO o tym, że ta firma jest piramidą i że syn premiera tam pracuje w OLT. Kolejną osobę pan atakuje, natomiast o związkach z politykami niby pan nie chce mówić. Tutaj pan mówi o tej sytuacji z Belką" - zwrócił się do Marcina P. poseł PiS.

Suski: Specjalnie się przejęzyczyłem

Świadek pytany przez posła Suskiego, czy umowy zawarte z OLT Express z Michałem Tuskiem były wykorzystywane "do załatwiania różnych innych umów" odpowiedział, że nie załatwiał żadnych umów przez Michała Tuska. "Nigdy na Michała Tuska się nie powoływałem" - podkreślił.

"Co więcej, to Sylwester Latkowski, uzyskując informacje od Emila Marata, przyszedł do mnie z rewelacją, że wie, że u mnie pracuje Michał Tusk. Nikt nie wiedział, że Michał Tusk u mnie pracuje" - dodał. Na uwagę Suskiego "pewnie się pan tym nie chwalił, tym bardziej, że nawet maile przekazywał (Michał Tusk - PAP) jako Józef Broda", Marcin P. powiedział: "(Józef) Bąk". "Czyli dobrze pan wie, pod jakim pseudonimem" - zauważył Suski.

Marcin P. podkreślił, że otrzymywał maila od Tuska; przesyłał mu je Jarosław Frankowski, dlatego nie wiedział od kogo one są.

"Specjalnie się przejęzyczyłem, żeby pan jednak potwierdził, że pan zna" - dodał Suski.

To druga tego typu "wpadka" wiceprzewodniczącego komisji. Wcześniej, podczas przesłuchania Andrzeja Dąbrowskiego, także się "przejęzyczył". Wówczas także nazwał Michała Tuska "Józefem Brodą".

Plany przejęcia LOT-u

Pytany o sprawę LOT-u Marcin P. mówił: "Wiele osób, które miały styczność z LOT-em, zajmowały się tym publicystycznie, dziennikarzy, wiedziało o tym, że LOT najpóźniej w miesiącu październiku, listopadzie 2012 r. ogłosi upadłość, bo nie ma pieniędzy. LOT nie miał w pewnym momencie pieniędzy na wypłaty wynagrodzeń w okresie 2012 r. i nie był w stanie konkurować w żaden sposób z innymi liniami lotniczymi".

Dodał, że "czy to by była spóła OLT, czy weszłaby Lufthansa, czy wszedłby Air Berlin, każdy by wykończył LOT w tamtym momencie, bo był tak zarządzany" - podkreślił P.

Świadek zeznał, że "odmówił rozmów nt. możliwości przejęcia LOT-u przez OLT Express, czy Amber Gold".

Pytany, kto mu składał takie propozycje, świadek powiedział: "To były propozycje przynoszone, o ile dobrze pamiętam przez pana (...) Wicherka". "I to na pewno były (propozycje) z Ministerstwa Gospodarki, a nie z Ministerstwa Infrastruktury, tego jestem pewien na 100 procent" - dodał.

"Dostaliśmy nawet częściowo księgi handlowe LOT-u do zapoznania się, w sprawie przeprowadzenia takiego pseudo audytu, żeby zobaczyć, co tam jest. Po analizie tych ksiąg, ja stwierdziłem osobiście, że oprócz 800 mln długu, marki, ta spółka nic nie ma, totalnie nic, jeszcze związki zawodowe do tego dochodziły. Ja odmówiłem jakichkolwiek rozmów nt. możliwości przejęcia LOT-u przez OLT czy Amber Gold" - relacjonował.

"Śmieszna sytuacja" z Markiem Belką

Marcin P. był pytany przez Tomasza Rzymkowskiego (Kukiz'15) o to, jak wyglądało obniżanie opłat na poszczególnych lotniskach. Dopytywany o lotniska w Łodzi i Katowicach mówił: "Z Łodzią jakaś śmieszna sytuacja była związana z Markiem Belką, ale tutaj Jarosław Frankowski by mógł więcej powiedzieć, bo ja nie jestem w stanie" - powiedział.

"Bynajmniej Łódź, żebyśmy latali, bardzo duże pieniądze oferowała. To była umowa podpisana o zachowaniu poufności z Łodzią, tylko czy to było z Urzędem Miasta w Łodzi, czy to było z samym portem lotniczym, to ja już teraz nie powiem" - dodał Marcin P.

Dopytywany, jaka była rola Marka Belki w tej sprawie, odpowiedział, że nie umie na to pytanie odpowiedzieć.

"Ja pamiętam, że jakaś sytuacja z prezesem Belką była w porcie w Łodzi - czy to była jakaś plotka czy nie to ja nie wiem, na to pytanie powinien umieć odpowiedzieć pan Jarosław Frankowski, bo on się tymi sprawami zajmował bezpośrednio lub osoba, która zajmowała się kontaktami z lotniskami" - podkreślił.

Marcin P. pytany o to, czy środki finansowe z Łodzi zostały przelane na konto, odpowiedział: "wydaje mi się, że nie doszło do podpisania ostatecznej umowy, była tylko umowa przedwstępna".

Afera Amber Gold

Posiedzenie komisji odbywa się w sali nr 221 na pierwszym piętrze SO, gdzie zwykle toczą się najgłośniejsze procesy; są wstawione dodatkowe stoły, tak by cała komisja mogła się pomieścić. P. siedzi ze swym pełnomocnikiem tam, gdzie zwykle siedzi oskarżony - po lewej stronie, patrząc od strony sądu. Po prawej stronie sądu, gdzie zwykle siedzi prokurator, zajmują miejsce eksperci komisji. W sali jest barierka odgradzająca część sali przeznaczoną dla publiczności; tę część zajmują licznie zgromadzeni przedstawiciele mediów.

Spółka Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W 2011 r. firma zainwestowała też w linie lotnicze - linie OLT Express funkcjonowały przez kilka miesięcy w 2012 r. 13 sierpnia 2012 r. Amber Gold ogłosiła likwidację; tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.Według ustaleń, w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

Szef Amber Gold Marcin P. został zatrzymany i trafił do aresztu w sierpniu 2012 r., a jego żona została aresztowana w kwietniu 2013 r. Od marca 2016 r. przed gdańskim Sądem Okręgowym trwa ich proces.Początkowo - w harmonogramie prac z lutego - przesłuchanie małżeństwa P. przez sejmową komisję śledczą planowane było na 28 i 29 marca, nie doszło jednak do niego, gdyż obrońcy Marcina P. i Katarzyny P. oświadczyli wtedy, że ich klienci nie będą zeznawać.

Adwokat założyciela Amber Gold Michał Komorowski mówił wówczas, że jeśli Marcin P. miałby być przesłuchiwany przez komisję śledczą 28 marca "to nie powie nic, ponieważ zagraża to, na ten moment, jego linii obrony". 

Adwokat Katarzyny P. Anna Żurawska poinformowała wtedy PAP, że jej klientka skorzysta z prawa do odmowy składania zeznań.Następnie, w połowie marca - jak informowała szefowa komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) - zwrócił się do niej telefonicznie pełnomocnik b. szefa Amber Gold, zapowiadając, iż ten ostatni jest gotów zeznawać przed komisją śledczą, jeśli przesłuchanie odbędzie się w późniejszym terminie. W efekcie komisja śledcza przystała na tę prośbę i wyznaczyła przesłuchanie na 28 czerwca. Dzień później przed komisją stanąć ma jego żona Katarzyna P.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje